Blog > Komentarze do wpisu

Paraduks dwóch kaczek (i nie tylko)

Winnice małżeństwa Duckhorn, pomimo braku dziesiątek lat tradycji, cieszą się zasłużona estymą wśród winopijców i krytyków piszących o winie. Konsekwencja, perspektywiczne planowanie, dbałość o szczegóły i jakość produkowanego wina stawiane ponad doraźny zysk – wszystko to systematycznie procentowało i procentuje, skłaniając mnie do wiary, że w nadchodzących latach o winach od Duckhornów będzie mówiło się coraz więcej i coraz lepiej. 

Najbardziej znaną posiadłością jest założona w 1976 roku i ulokowana w Napa Valley Duckhorn Vineyards, wyspecjalizowana w klasycznych odmianach „bordoskich” – Cabernet Sauvignon, Merlot oraz Sauvignon Blanc. W 1994 otwarła swoje podwoje Paraduxx – nastawiona głównie na produkcję wina będącego blendem (mieszanką) Zinfandela i Cabernet Sauvignon, nazwanego zresztą identycznie jak winnica – Paraduxx. Zasługuje ono na uwagę także z tego względu, iż jego etykiety projektowane są każdego roku przez innego artystę, zawsze jednak przedstawiając ten sam motyw, którym są...dwie kaczki.

Oczywiście, to nie mógł być (i nie jest) przypadek ;-) Tak się bowiem złożyło, że Dan i Margaret Duckhorn szczególnie upodobali sobie kaczki; trudno orzec, z jakiego powodu ;-) Warto przy tym wspomnieć, że co roku przekazują poważne sumy na ochronę ptaków gnieżdżących się i migrujących wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. W 1997 roku Duckhornowie otworzyli kolejną winnicę, Goldeneye (nazwaną tak – jakżeby inaczej – od jednej z kaczych odmian migrujących nad jej terenem), tym razem specjalizującą się w najbardziej w świecie grymaśnej odmianie winorośli na wino czerwone – Pinot Noir.  Wybór miejsca na nową winnicę poprzedzony został – tak przynajmniej napisali na swojej stronie właściciele (a nie ma powodów, by im nie wierzyć) - długimi testami i porównaniami win produkowanych w wielu chłodniejszych regionach Kalifornii. Ostatecznie, Duckhornowie zdecydowali się właśnie na Anderson Valley.

Winnica Goldeneye jest naprawdę śliczna. Przyjeżdżający na degustację goście wysyłani są do ogrodu, wyposażeni w zestaw zakąskowy z migdałów, dobrego pleśniowego serka i suszonych wiśni. Nie trzeba chyba dodawać, że wzmiankowany zestaw znakomicie komponuje się z winem, które – co jasne – wyprodukowane jest tylko z jednej odmiany winogron. Spróbowaliśmy dwóch win, 2005 Pinot Noir Migration oraz 2004 Pinot Noir Goldeneye. Oba cechowały się niezwykłą, niespotykaną wręcz delikatnością, niemal jedwabistością. Dawno nie piłem win równie stonowanych i zaokrąglonych. Bliska ideału kwasowość, wyraźne, ale nie nachalnie intensywne owoce, niuanse ziołowych przypraw – wina zapraszające wręcz do długiej degustacji i rozsmakowania. Piszę o obu jednocześnie, gdyż oba były do siebie pod tym względem podobne; przy czym Goldeneye miał „wszystkiego” nieco więcej, niż Migration. Odpowiednio więc, oceniam na 8,5 i 9.Dlaczego nie więcej? Ano, pomimo całej pięknej oprawy (ech, te suszone wiśnie...mniam) troszeczkę brakowało mi w tych winach „ciała”. Z drugiej strony, trudno z tego robić zarzut; myślę sobie, że oba wina właśnie takie mają być – to ich styl, który wypada szanować i doceniać w czasach, gdy wiele win „seryjnych” coraz bardziej się do siebie upodabnia. 

Ostatnią winnicą odwiedzoną w Anderson Valley była Husch Vineyard. Wina białe, w których się specjalizuje, rzeczywiście stoją na niezłym poziomie; znacznie gorzej sprawa ma się z czerwonymi. Pierwsze poddane degustacji - 2006 Sauvignon Blanc nie zachwyciło, chociaż to chyba moja ulubiona biała odmiana. Wino sprawiające wrażenie zbyt ostrego, zbyt nachalnego; ostra kwasowość, silne garbniki, gwałtowność i intensywność...nie, nie lubię Sauvignon Blanc w tym stylu, choć nie było to wino bardzo złe. Ocena: 7,5. 2005 Sauvignon Blanc Renegade to propozycja zdecydowanie ciekawsza. Wino, którego fermentację przeprowadzono ponoć jedynie przy użyciu drożdży-dzikusów przez blisko 2 miesiące, nie wykazuje nadzwyczaj złożonego bukietu, ale nadrabia to z nawiązką smakiem. Pełne, bardziej zrównoważone od wyżej opisanego, o wyczuwalnych posmakach melonowych i zielonych owoców. Naprawdę dobre - 8,5. 

Następnie spróbowaliśmy bardzo ciekawego 2005 Special Reserve Chardonnay. W bukiecie nietypowe nuty ogórków i trawy, w ustach świetnie komponujące się ze smakami zielonych jabłek i gruszek. Aż nie chce mi się wierzyć, że to Chardonnay...ocena 8,5. Ostatnie wino z próbowanych białych – 2006 Gewurztraminer raziło przeciętnością. Kwiatowość i balans nie do odróżnienia od dziesiątków podobnych Gewurców dostępnych w każdym supermarkecie. Ocena 7. O winach czerwonych napiszę tylko tyle, że w miarę akceptowalne były jedynie dwa Pinot Noir (niewiele zresztą według mnie od siebie się różniące). Oba oceniłem na 7,5. Delikatne owoce i garbniki, ale nic poza tym.

Przestrzegam za to przez próbowaniem Cabernet Sauvignon – cierpkość, brak równowagi, zapachy starej piwnicy (czyżby Brett?) – ocena najwyżej 6, bo jednak to wino pijalne (tylko po co...). Kolejne wino p.t. Grand Oz – będące blendem Cabernet Sauvignon i Syrah, sprzedawane w limicie dwóch butelek przy zakupie (sic!), najdroższe przy tym w ofercie, to zupełne nieporozumienie. Moim zdaniem, bardzo słabe i przeciętne, w żadnym razie nie warte swojej ceny. Podsumowując – czerwone wina z winnicy Husch można sobie darować.  

C.D.N.

niedziela, 28 października 2007, sofanes
TrackBack
TrackBack URL wpisu: