Blog > Komentarze do wpisu

Loża i ocieranie się o wielkość

Witajcie! Czas na kolejne sprawozdanie dotyczące degustacji win organizowanej nieformalnie przez grupę znajomych z winiarskiego forum Gazety. Poprzednia została opisana tutaj (a dotyczyła wulkanów i niespodzianek), zaś ostatnie spotkanie unaocznić i przypomnieć miało o winach mających bliższe lub dalsze związki z najdroższymi, najlepszymi, najbardziej znanymi. Innymi słowy degustowane miały być np. tzw. podstawowe wina wielkich producentów. Niektórzy z uczestników nieco się wyłamali i przynieśli wina nie tyle ocierające się o swych bardziej szlachetnych kuzynów, ale po prostu samych klasyków, co pozwoliło na wyciąganie ciekawych wniosków, burzliwą dyskusję, i – co najważniejsze – wzbogacanie bazy doświadczeń.


Próbowane wina reprezentowały zupełnie różne kontynenty, style, odmiany, roczniki, aromaty i smaki – jednym słowem (właściwie dwoma...), odmienne charaktery. Trudno w takiej sytuacji wybierać wina „najlepsze”. Postanowiłem więc zastosować stary trick, i wybrać wina równiejsze od równych kierując się zasadą – które najlepiej (i możliwie pozytywnie) utkwiły mi w pamięci. Moją pierwszą trójkę otwiera Egon Müller Scharzhof Riesling 2006, Mosel-Saar-Ruwer – wino po prostu znakomite, za niecałe 70 zł bardzo warte polecenia. Świeże, kwasowe, o niskim alkoholu, pełne, o bliskiej ideału równowadze. Jeśli szukać klasycznego „ocierania się” o wielkość za niewielką cenę, tu można znaleźć dobry przykład. Kolejnym dwóm winom do wielkości bardzo niedaleko (jeśli wypada w ogóle dystans sugerować, bo nie jest to oczywiste), a są to  Il Pino Di Biserno 2005 (chyba jednak mój faworyt wieczoru) oraz Don Melchor 2004. Il Pino Di Biserno to wino stworzone przez braci Antinorich, Lodovico i Piero, i ma być drugim winem winnicy nowej winnicy Biserno (wino główne dopiero pojawi się na rynku). Co tu dużo mówić, ten blend odmian bordoskich (głównie Merlot i Cabernet Franc) świetnie kontynuuje tradycję włoskich super-toscanów, zaś wino główne – jeśli okaże się lepsze od tego, drugiego w kolejności (co nie jest oczywiste) wejdzie bez problemu na półkę z najlepszymi winami świata. Smaki delikatne, ciepłe, karmelowe, ale podbudowane czarną porzeczką i innymi owocami, pełna równowaga i spokojna solidność... och, długo by można pisać o tym winie.

Natomiast Don Melchor, sztandarowy produkt Conchy y Toro, kupaż Cabernet Sauvignon i Cabernet Franc, był, jest, i pewnie będzie winem świetnym. Trochę inny w stylu od wyżej opisanego toskańczyka, więcej w nim chyba skojarzeń tytoniowo-czekoladowych, ale ogólnie rzecz biorąc, wszystko właściwie – struktura, kwasowość, etc. Pozostaje pytanie, o cóż Don Melchor miał się ocierać, skoro to najważniejsze wino Muszli i Byka. Oba wyżej wymienione nie należą niestety do win tanich, jednak dla kogoś, kto chce wydać sporo pieniędzy na dobre wino i nie być zawiedzionym, może być pewny, że są to propozycje odpowiednie.

Kolejne trzy wina przebijające się w mej pamięci to Musar Cuvee Rogue, Bekaa Valley 2004, Qupe Syrah Central Coast 2006 oraz Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1997. Pierwsze z wymienionych, wino z Libanu (z winnicy której piwnice nie raz i nie dwa służyły jako schrony przeciwlotnicze...), było co najmniej intrygujące. Aromaty suszonych owoców, czy generalnie świątecznego suszu do kompotu; interesujące posmaki egzotycznych przypraw i świetna równowaga – bardzo, bardzo ciekawe i nietypowe wino, a przy tym po prostu niezłe. Chylę czoła przed wine-makerem, który potrafił skomponować tak trudny blend (Cabernet Sauvignon, Cinsaut, Carignan, Grenache i Mourvedre; przewaga Cinsaut), zachowując przy tym porządną strukturę (wino nie widziało beczki).

Drugie z wymienionych, Qupe Syrah to wbrew pozorom także blend, choć bazujący głównie na Syrah. Na blogu winobranie określono je mianem „przymilnego” i chyba trafiono w istotę rzeczy. Wreszcie ostatni z trójki, Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1997,  100% przedstawiciel Starego Świata i matuszki Francji, wino pod każdym względem znakomite, łączące ziemistość z owocem w sposób mistrzowski.

Było jeszcze kilka innych butelek, które niewiele ustępowały w moim odczuciu od tych wyżej wymienionych, np. La Massa Giorgio Primo 2003, Le Macchiole Bolgheri 2005 (ponoć korkowy, ale ja złożyłem zdanie odrębne, zaś po likwidacji nie było już możliwości ponownej weryfikacji), Château Doyac Haut-Médoc 2005, czy Riesling Spätlese Mosel-Saar-Ruwer 2005 Joh. Jos. Prum’a, które jednak nie wycisnęły wiecznego piętna w mojej pamięci.

Najbardziej chyba jednak przyjemną rzeczą podczas ostatniego kontrolowanego opilstwa były różnice zdań – nie ma nic nudniejszego, niż degustacja, w której wszyscy ze wszystkimi się zgadzają. Różnice, dodajmy, dotyczyły bardziej filozofii tego, czym jest, lub czym powinno być tzw. wielkie wino, bądź wino aspirujące do wielkości. Wiadomo, że o preferencjach indywidualnych nie ma sensu dyskutować, jednak o tym, jakimi „obiektywnymi” cechami powinno charakteryzować się wino o uznanej marce, rozmawiać można, a wręcz trzeba ;-)

Największe kontrowersje wzbudziły chyba dwa wina: słynne Château Cos d'Estournel Saint-Estéphe 1997 oraz nieco mniej słynne (ale zawsze) Artemis Napa Valley 2003 ze Stag's Leap Wine Cellars. Otóż, w moim skromnym odczuciu Cos był rozczarowujący – prawdą jest, że szybko się rozwijał, jednak jak na wino o takiej sławie spodziewałem się więcej. Dwa pozostałe wina z Bordeaux pasowały mi dużo bardziej. Nie jest wykluczone, że Cos otwarty był po prostu za wcześnie, a że i rocznik ponoć nie należał do udanych, efekt końcowy...był, jaki był. Może oceniam zbyt surowo, ale za cenę butelki Château Cos d'Estournel można kupić prawdopodobnie każde z dzisiaj opisanych win, niektórych wręcz kilka, i sam bym chyba tak zrobił. Co zaś tyczy się Artemisamoje pierwsze zetknięcie się ze stylem win Winiarskiego było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Kiedy teraz spróbowałem Artemisa, uświadomiłem sobie, że to po prostu taki styl – ziemisty, dębowy, migdałowy i skórzany.

Podkreślę, że nie chcę bronić Artemisa, jednocześnie parę zdań wcześniej dokumentnie wyżywając się na Cos d'Estournel – dla mnie jednak wina ze Stag’s Leap chyba nie bardzo nadają się na szybkie degustacje. Myślę, że w pewien sposón szczególnie wymagają skupienia i koncentracji. Wciąż – wiem, narażam się na zarzuty niepoprawnego fana Nowego Świata w każdej postaci – minimalnie wyżej z tej pary postawiłbym Artemisa, który miał w sobie...więcej ukrytej siły, podskórnego potencjału...ech, brak mi słów, by się dobrze wyrazić. Wystarczy na dziś, bo notka jakaś długa się zrobiła. Aha, niezależną relację z tego samego wydarzenia możecie przeczytać tutaj.

Wasze Zdrowie!

piątek, 21 listopada 2008, sofanes

Polecane wpisy

  • Old vines

    Wśród wielu określeń i dziwacznych haseł, na jakie natknąć się może winopijca próbujący odcyfrować etykietę wina, znaleźć się może – choć pewnie z częstoś

  • Wesołe jest życie Loży

    No i proszę, tak się ten światek ostatnio toczy, że dopiero co zdawałem relację z ostatniego spotkania Loży, a tu już czas pisać kolejną. Po części spowodowane

  • Avignonesi Vino Nobile di Montepulciano 2005

    Pastwiłem się ostatnio nad El Sol bez pardonu, na szczęście pokrzepienie nie było daleko.Z cyklu „wina otrzymane” trafiło do mnie Nobile di Montepul

TrackBack
TrackBack URL wpisu: