Blog > Komentarze do wpisu

3stajla

Zima nie zima, wiosna nie wiosna, roztopy nie roztopy, śnieg nie śnieg...hmm, może wystarczy. Wystarczy, że powiem, iż odbyło się kolejne spotkanie Loży, i nawet planowana niska frekwencja nie odstraszyła uczestników (a nawet zmobilizowała, w efekcie czego Grupa Trzymająca Butelki stała się grupą całkiem liczebną). Ze względu jednak na oczekiwane pustki, wielu uczestników postanowiło pogwałcić Świętą Zasadę Jednej Butelki Na Głowę, przez co głowy nieco się zagrzały (przynajmniej moja). 16 winom w sumie jeszcze daleko do rekordowych 21, ale jak przypominają trzeźwo najstarsi uczestnicy, rzeczone oczko doprowadziło wszakże do sformułowania Świętej Zasady – wszak nie o bicie rekordów tu chodzi.

Moje relacje z  dwóch poprzednich mityngów GTB możecie znaleźć tutaj i tutaj (więcej na blogu Winobranie), a dziś czas na sprawozdanie ze spotkania styczniowego. Spotkania wyjątkowego szczególnie (wszystkie w końcu są wyjątkowe) przynajmniej z dwóch powodów – tym razem nie było tematu przewodniego, i ku zaskoczeniu ogółu przeważały wina białe (jak to w styczniu ;-) Od nich więc pozwolę sobie zacząć.

Największe wrażenie wywarło na mnie pół-wytrawne Francois Chidaine Montlouis Sur Loire Clos Habert 2005 (cóż za długaśna nazwa). Chenin Blanc we wspaniałym wydaniu – idealna równowaga między kwasowością a cukrem resztkowym. Przepiękny bukiet świeżego, razowego chleba, skarmelizowanej waty cukrowej, gruszek w occie. Jabłkowe, gruszkowe, wręcz kremowe nuty w ustach. Znakomite wino. Peleton porządnych win trzymał się jednak blisko – niezłe były (znowu długaśna nazwa) Ahner Vogelsang Rivaner Moselle Luxembourgeoise 2007, pełny owocowości i świeżości, dalej Villa Maria Sauvignon Blanc 2007 o klasycznych wręcz cechach odmianowych (wzmocnionych przez nowozelandzkie pochodzenie), zielonych, trawiastych, grejfrutowych. Równie dobre jak wymienione, choć utrzymane w zupełnie innym stylu: mineralności, krzepkości, pieprzności – Anselmi 2007 San Vincenzo.

Godnie w tym towarzystwie odnalazły się polskie wina – Pinot Grigio 2006 Winnica Jaworek oraz Sibera 2005 Winnica Płochockich. Nie były to wina wystrzeliwujące w kosmos, ale naprawdę bardzo porządne, co piszę z całą odpowiedzialnością, bo jestem głęboko przekonany, iż jakakolwiek taryfa ulgowa przyszłości polskiego wina mogłaby tylko zaszkodzić. We wspomnianym Pinot Grigio królowała mineralność i lekkie posmaki jabłek. Sibera przywodziła na myśl aromaty sernikowe, przyjemne, owocowe i słodkawe; w ustach było już bardziej mineralnie. Zawiodło mnie natomiast inne wino – Riesling 2005 Winnica Jaworek; o aromatach świeżego mięsa i wątróbki, czy też dojrzałej wędzonki. W ustach silna, nieprzyjemna gorycz; tylko w małym stopni złagodzona posmakami jabłek i innych owoców. Niewykluczone, że to wino po prostu źle się zestarzało. Podobnie mogło być z wytrawnym Tokaji Furmint Benko Borhaz 2006, który przywieziony z rozpoznania bojem na Węgrzech zapamiętałem jako znacznie ciekawszy. Ostatnie z win białych, Chateau Defleur Sidi Salem 2005, należało już pod każdym względem do egzotyki – nie mogło być inaczej, gdyż był to tunezyjski kupaż Pedro Ximenez i Chardonnay, pachnący jak dla mnie jednym, zdecydowanym i silnym zapachem świeżo wyrobionego drożdżowego ciasta. W ustach, cóż, też było egzotycznie.

Jeśli chodzi o wina czerwone, to zdecydowanie gwiazdą wieczoru zostało Carruades de Lafite 2002 (tak, ten Lafite). Znakomite wino, sprawiające wrażenie wyrzeźbionego w migdałowym drewnie (to pewnie nuta z aromatu...), uderzające finezją i powściągliwością, a jednocześnie prezentujące okrągłości których nie powstydziła by się Scarlett Johansson. Cena (dla zainteresowanych) – niestety – astronomiczna.

Także i tym razem peleton nie został bardzo daleko w tyle – Mas Jullien Coteaux du Languedoc 1999, choć chropawy w pierwszym kontakcie, rozwijał z czasem posmaki wiśniowe i kawowe. Wino już 10-letnie sprawiało wrażenie naprawdę dobrze się trzymającego. Montebendico Reserva 2004 Montecucco (nie jestem pewny w 100%, czy dobrze przytoczyłem nazwę) również było winem bardzo dobrym (chyba mój numer drugi wśród czerwonych win wieczoru). Długie i zrównoważone, roztaczało posmaki ciemnych owoców z elementami suszonych moreli i śliwek i goździków. Zdecydowanie wykazujący własny charakter. Równie dobre, choć moim zdaniem nieco zbyt długo siedzące w beczce, było Rubrum Obscurum Cotes de Provence 2004. Kolejne z opisywanych win (jedno okazało się być korkowym, więc suma w końcu wyniosła 15 butelek), Kotsifali-Mantilari Peza 2000  pochodziło z Krety, i znowu reprezentowało egzotykę. Moim zdaniem wino zdążyło się nieco zestarzeć. Ostatnim z próbowanych i opisywanych to znowuż pochodzące z Tunezji (wyrasta nowa potęga winiarska...) Vieux Magon Coteaux Tebourba  1998, o ciekawym, lekko miodowym i słodkim bukiecie, i dość niespotykanymi nutami kawy i mleka skonensowanego w ustach. I to by było na tyle, bo zaraz limit znaków dla notki się skończy...

Wasze Zdrowie!

czwartek, 29 stycznia 2009, sofanes

Polecane wpisy

  • Old vines

    Wśród wielu określeń i dziwacznych haseł, na jakie natknąć się może winopijca próbujący odcyfrować etykietę wina, znaleźć się może – choć pewnie z częstoś

  • Wesołe jest życie Loży

    No i proszę, tak się ten światek ostatnio toczy, że dopiero co zdawałem relację z ostatniego spotkania Loży, a tu już czas pisać kolejną. Po części spowodowane

  • Avignonesi Vino Nobile di Montepulciano 2005

    Pastwiłem się ostatnio nad El Sol bez pardonu, na szczęście pokrzepienie nie było daleko.Z cyklu „wina otrzymane” trafiło do mnie Nobile di Montepul

TrackBack
TrackBack URL wpisu: