Blog > Komentarze do wpisu

Wesołe jest życie Loży

No i proszę, tak się ten światek ostatnio toczy, że dopiero co zdawałem relację z ostatniego spotkania Loży, a tu już czas pisać kolejną. Po części spowodowane jest to wciąż spadającą częstotliwością dodawania notek (nie mam już siły pisać, że już-już za dwa-trzy miesiące to się polepszy...), po części przypadkowym nieco ułożeniem terminów spotkań. Loża (dla czytających tego bloga po raz pierwszy: grupa forumowych znajomych organizujących składkową degustację) ubrała tym razem fartuszki pod hasłem powrotu do korzeni, czyli próbowania win stworzonych z możliwie starych krzewów winorośli. Najlepiej tak starych, by posiadały wręcz własne korzenie (o tym, co to znaczy podkładka, filoksera itp. pisałem już kiedyś tutaj). Czy wino takie jest lepsze, niż to otrzymane ze „zwykłych” szczepów? Oto jest pytanie, a degustacja nie przyniosła chyba definitywnej odpowiedzi. Podjęty temat jest zresztą ze wszech miar interesujący, i postaram się do niego wrócić w którejś z przyszłych notek. Na razie zaś powrócę do samej degustacji.

Zaczęliśmy od wyprawy w góry; zatrzymując się na popas w dolinie Aosty, w gościnnych progach ponoć najwyżej ulokowanej w Europie winnicy La Cave du Vin Blanc de Morgex et de La Salle. Próbowaliśmy Blanc de Morgex et de la Salle 2006, stworzonego na bazie odmiany Prie Blanc, rosnącej właśnie na własnych korzeniach.
Wino wzbudziło powszechne zaskoczenie, w niektórych przypadkach (np. moim) ocierające się o zachwyt, tym bardziej podbudowany jego niewielką ceną (choć w Polsce chyba się go nie dostanie). Wino niezwykle ciekawe; moje notatki o bukiecie zdecydowanie wzbudziły moją ciekawość, gdy spojrzałem na nie po przerwie; tym większą, że było to pierwsze wino, więc umysł miałem jeszcze mało zmącony. Napisałem mniej więcej coś takiego: „pierwsze wrażenie przywodzi na myśl Sauvignon Blanc z Nowego Świata, intensywność i zieloność podbudowana nutami owocowymi. Po chwili jednak wrażenie mija, i przychodzi skojarzenie z Gewurztraminerem, które też nie jest całkiem trafne...” Przyprawy, kwiaty i owoce, a przy tym graniczące z pewnością przypuszczenie, że jednak nie jest to żadna z powyższych odmian...? Takie zagadki to tylko główny autor portalu Winobranie rozwiązuje od ręki, ale nie ja ;-)
W ustach wino prezentowało się delikatnie i mineralnie. Piękne, interesujące wino, wygląda zresztą na to, że nie tylko nam się tak wydawało...

Cały akapit na jedno wino to dużo, i pewnie trochę niesprawiedliwe, bo były tego wieczoru także inne znakomitości. Na przykład Henry Marionnet Provignage 2006, z rzadkiej i mało znanej odmiany Romorantin, której po rodzicach całkiem blisko do odmian takich jak Chardonnay czy Melon. Winnica tym razem jedna z najstarszych, jeśli nie najstarsza we Francji, wino zaś nadzwyczaj lekkie, z nutami nie do końca dojrzałych owoców, w tym jabłek, i bardzo ciekawymi akcentami pokrzywowymi. Naprawdę niezłe; niegdyś opisywane już  przez jednego z klasyków winopisarstwa, czyli Erica Asimova z NYT. Kolejne wino, Hatzidakis Santorini 2007, o niższej niż poprzednicy kwasowości, za to ciosane z nieco mniejszą on nich finezją, pod każdym jednak względem poprawne i zrównoważone. Dwa ostatnie wina w kolorze białym to Rieslingi; pierwszy to Van Volxem Alte Reben Saar Riesling 2007, o pięknym ciele, kwasowości, długości i równowadze, co w końcu nie zdarza się tak często, i trochę bladziej na tym tle wypadający Ernst Loosen Erdener Treppchen Vineyard Riesling Kabinett 2006. Van Volxem zaprezentował chyba najładniejszy tego wieczoru bukiet pełny świeżo startych słodkich jabłek, cytrusów i aromatów kwiatowych. Drugi z Rieslingów był zdecydowanie mniej barokowy, ale też ponad-przyzwoity.


Wina czerwone rozpoczęły się wraz z Zinfandel Ravenswood Old Vines Lodi 2004, który zaskoczył mnie nieco swoim niespodziewanym umiarkowaniem. Niemniej jednak trudno policzyć mu to za wadę. W bukiecie nuty słodkie, karmelowe i powidłowe, w ustach zaś już bardziej wiśniowo, z delikatnymi akcentami migdałów. Zaskakująco, wino raczej średnio-ciężkie i powściągliwe; przyznam jednak, że ten styl w Zinie też mi się podoba. Interesujące, czy Joel Petersson, wciąż doradzający Ravensowoodowi, miał powody, by wyrzeźbić tego Zina akurat w taki sposób? Ech, gdyby tak porównać kilka kruczych Zinów na jednej degustacji...

Kolejne wino zdobyło chyba laur kontrowersji wieczoru. Było to Domaine du Cros Cuvee Vieilles Vines Marcillac 2005, i tu muszę się uśmiechnąć, gdyż podczas degustacji określiłem je mianem “szlachetnie ascetycznego”, co rozbawiło część towarzystwa. Wygląda jednak na to, że wino to zawiera trudną do uwierzenia nutę przymusu formułowania eufemizmów – no cóż, zobaczcie tutaj. No, jeśli „szlachetny ascetyzm” nie może być przetłumaczony przy odrobinie dobrej woli jako „refined rusticity”, to niech piję Carlo Rossi do końca dni moich...

Określając je jednak w sposób bardziej klasyczny – nos kusił aromatami ciemnych owoców, czarnego pieprzu i tytoniu (nie był to chyba tytoń z papierosów towarzystwa, które rozsiadło się obok). W ustach wino lekkie do średniego, o właściwiej jednak równowadze i kwasowości, z akcentami czarnych porzeczek i innych owoców. Kluczem do tego wina jest właśnie słowo „akcenty” – żadna nuta nie była nadmierna lub agresywna, a wino miało tyle ciała, ile potrzeba. Z czasem jeszcze się rozwinęło. W mojej ocenie było bardzo ciekawe, złożone, choć delikatne. W pewien sposób nawiązujące do lekkości Pinot Noir, ale nie do końca; zdecydowanie miało swój własny styl. Co ciekawe, starzone było (jeśli się nie mylę), w kadziach z kasztanowca.

Wino numer osiem, czyli Domaine Labranche Laffont Madirane 2006 potwierdzało za to stereotypy – niezwykle skoncentrowane, zamknięte wręcz, o potężnym garbniku, który wziął się tam za przyczyną odmiany. Odmiany o nazwie Tannat. Pod niektórymi względami podobne do poprzedniego Domaine Gardies Vieilles Vignes 2006, oparte m.in. na równie zwykle dość tanicznych odmianach Grenache, Carignan, Mourvedre w mojej ocenie było zdecydowanie gorzej zrównoważone. Zbyt niska kwasowość, zbyt mocny garbnik, niestety. Ale pijalne jak najbardziej.

Tak jak wieczór rozpoczął się zaskoczeniem, tak skończył się kolejną miłą niespodzianką. A imię jej było Chateau Haut-Bailly, Pessac-Leognan 1997. Rześkie, niezwykle rześkie, pod każdym względem poukładane, owocowe i okrągłe. Świetny materiał na podchwytliwy materiał na degustację pt. „zgadnij, ile lat ma to wino”. Ja bym dał się pokroić, że najwyżej trzy ;-) A tak poza tym, po prostu świetne wino; klasyk.

Wasze Zdrowie!

sobota, 14 lutego 2009, sofanes

Polecane wpisy

  • El Sol Chile

    Taka fajna reklama! Taka dizajnerska butelka bez etykiety! Takie ekspozycje w każdym supermarkecie! Taka naprawdę fajnie zaprojektowana stronawww!I takie fataln

  • 3stajla

    Zima nie zima, wiosna nie wiosna, roztopy nie roztopy, śnieg nie śnieg...hmm, może wystarczy. Wystarczy, że powiem, iż odbyło się kolejne spotkanie Loży, i nawe

  • Sieciówka 13

    Czas na kolejny przegląd wiadomości z sieci. Pierwsze ciekawe doniesienie dotyczy trwałości światowych trendów w konsumpcji wina – The Economist donosi ,

TrackBack
TrackBack URL wpisu: