Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
środa, 30 stycznia 2008

Dziś krótko, bo notka do oglądania, a nie czytania. Właśnie dogrzebałem się zapowiedzi (trailera) Bottle Shock – filmu opowiadającego o wydarzeniach paryskiej degustacji w 1976 roku (pisałem już kiedyś o tym w tej notce, jeśli nic nie kojarzycie). No, a jeśli nie wiecie, kto to Warren Winiarski, to zobaczcie jeszcze tutaj i tutaj ;-)

 

Zapowiada się całkiem przyjemnie, nieprawdaż? Wasze Zdrowie!

23:31, sofanes
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 stycznia 2008

Witajcie, Moi Drodzy!
Mam nadzieję, że wiecie doskonale, że wino staje się lepsze wraz z wiekiem? Im jesteśmy starsi, tym bardziej nam smakuje...;-)

No dobrze, żarty na bok.
Dzisiaj będzie o dwóch zmianach w winiarskim świecie (chyba na lepsze), które choć zaszły już dobrych kilkanaście lat temu, do świadomości wielu przeciętnych konsumentów wciąż często nie mogą się przebić. Jednym z najbardziej zaskakujących początkujących winopijców „odkryć” jest przekonanie się, że zdecydowana większość win wcale nie polepsza się wraz z wiekiem. Pokutujące od dziesięcioleci przekonanie o tym, że „wino tym lepsze, im starsze” wzięło się najprawdopodobniej z uproszczonego rozumowania, przebiegającego mniej więcej tak: jeśli wino, to Francja, a jeśli Francja, to Bordeaux i Burgundia. A skoro niektóre z trunków reprezentujących te dwa najpowszechniej kojarzone winiarskie regiony istotnie można umieścić w piwnicy na dłuższy bądź krótszy czas, to widać coś w tym jest...

To jednak wypaczony obraz, i może warto powtórzyć jeszcze raz, że dziś 99% produkowanego na świecie wina wchodzi na rynek w momencie optymalnym do spożycia, bądź bliskim optymalnego. Szanse na to, że początkujący amator tego wspaniałego napoju trafi w supermarkecie na butelkę wina, która po kilkuletnim przechowywaniu (nawet we właściwych warunkach) zdecydowanie zyska, są bardzo niewielkie.

Co więcej, wiele wskazuje na to, że jest to trend od którego raczej już nie będzie odwrotu. Oczywiście, wino bez śladów owocowych nut, smakujące leśną ściółką, krzemieniem czy smołą dostarcza naprawdę niezwykłych wrażeń, jednak większość normalnych ludzi (czyli wyłączamy krytyków znudzonych pisaniem po raz dwieście sześćdziesiąty ósmy o czarnej porzeczce i wiśni) woli być pewnym, że wino jakie zaserwują gościom nie będzie miało ekscytujących nut solanki po śledziach i tym podobnych.

Starzenie wina przeprowadza się w celu osiągnięcia właściwej równowagi między cierpkością, kwasowością i owocowością wina. Trwa ono zwykle 2-4 lat, ale przeprowadzane jest u producenta (właśnie dlatego na półce w sklepie królują zwykle roczniki win starszych, niż jednoroczne, oczywiście mówię tu o winach czerwonych).
Dłuższe starzenie przeprowadza się właściwie już tylko po to, by złagodzić (obniżyć) poziom garbników w winie, które z czasem ulegają wytrąceniu. Dzieje się to jednak zawsze (nie słyszałem o wyjątkach) kosztem zanikania smaków „owocowych”.

Druga zmiana w winiarskim świecie, o której chciałem dzisiaj napisać to malejące znaczenie „roczników” dla produkcji wina. I wcale nie chodzi o to, że niedawno (zobaczcie wpis w portalu Kurdesz) znany recenzent i degustator wina Hugh Johnson obwieścił, że w dzisiejszych czasach trzeba być snobem, by kierować się rocznikiem przy zakupie wina. Johnson trochę przesadził, ale tylko trochę. „Na każdym zebraniu jest taki moment, że ktoś musi zacząć pierwszy” - no właśnie. Dziś technologia produkcji wina rozwinęła się tak bardzo, że większość producentów jest w stanie nadrabiać niedostatki Natury. I nie chodzi mi tu wcale jedynie o wina „techniczne”, szaptalizację czy dodawanie kwasu z torebki, tylko większą kontrolę nad każdym etapem produkcji wina, pozwalającą osiągać bardzo podobne wyniki pomimo używania różniących się partii winogron.

Wydawać się może, że smutny jest ten brak romantyzmu „od zawsze” związanego z wytwarzaniem wina – ale on zniknął już dawno, dziś utrzymuje się go tylko w piwnicach, w których wino leżakuje (i które otwiera się dla turystów). Zresztą, nawet jeszcze przed technologiczną rewolucją doświadczeni producenci potrafili dostosować się do zmiennych warunków – zbierali np. mniej, albo przeprowadzali szczególnie uważną selekcję dojrzałości owoców (czasem, choć nie zawsze, prowadziło to nieco paradoksalnie do uzyskiwania wybitnych win w teoretycznie najsłabszych latach).
No i w ogóle nie ma co się przejmować „rocznikowością” win kosztujących mniej, niż przynajmniej kilkadziesiąt złotych.

Wasze Zdrowie!

18:53, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 stycznia 2008

Dziś, Moi Kochani, notka gniewna. Przeczytałem bowiem artykuł w gazecie Dziennik, który donosi o rychło mającym nastąpić zakazie handlu alkoholem w Internecie (na terenie Polski, rzecz jasna, na szczęście nasi mądrzy prawotwórcy i prawointerpretatorzy tylko tu mogą testować swoje pomysły). Zacznę może od tego, że nie jest wcale wykluczone, że aktualnie istniejące prawo jest niejasne i może być interpretowane przez niektórych w sposób taki, jak przedstawia to dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) czy przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki. Rzecz w tym, że to prawo, a także jego interpretacja jest idiotyczna. Tak jest – po prostu idiotyczna.

Okazuje się, że – brzmi to prawie jak farsa – sklepy internetowe nie powinny sprzedawać alkoholu, gdyż kupujący nie są weryfikowani pod względem wieku. No taaak, jasne, nie od dziś wiadomo, że głównymi klientami sklepów internetowych są nastolatki, które wpadają w alkoholizm racząc się burgundami i Bordeaux. Nie mówiąc już o tym, że ten wydumany problem (a jak inaczej go nazwać?) można rozwiązać na 10 innych sposobów, chociażby wymuszające weryfikację wieku przez kurierów. Ale nie zamierzam dyskutować z tym argumentem, bo jak mówię, uważam go za wydumany i sztuczny. Sklepy w Internecie nie handlują siarą, gdyż koszty wysyłki i reklamy mogłyby podnieść cenę tego świetnego trunku na poziomy nieakceptowane przez większość jego amatorów. To są truizmy i nie ma co się o nich rozwodzić.

Denerwuje mnie – a pewnie i wielu innych obywateli – rzecz inna. Taka mianowicie, że oto kolejna utrzymywana z naszych podatków agencja rusza na wojnę ze smokiem, którego tylko ona widzi. Chciałbym postawić tu pytanie z tytułu – a po cholerę nam PARPA razem z dyrektorem Brzózką? Małoletni w tym kraju bez problemu mogą kupić alkohol, wie o tym każdy, kto nie jest hipokrytą z obrzydliwą obłudą rzucającym frazesy o „twardym prawie, ale prawie”. Jak sam małoletni nie kupi, to kupi mu wujek spod sklepu. Nie dzieje się tak, bo Polacy nie chcą dbać o prawo (w każdym bądź razie nie wyłącznie), ale głównie dlatego, że żyjemy w kraju kultury piwno-wódczanej. I PARPA nie zrobiła nic, by ten stan rzeczy się zmienił. A tak, piszę z premedytacją „nic”, bo trzeba nie być przy zdrowych zmysłach, żeby twierdzić, że zmiany w profilu konsumpcji alkoholi (z wódki na piwo) które dokonały się w ciągu ostatnich 15 latach wydarzyły się na skutek działalności PARPA.

PARPA produkuje analizy, plany walki z alkoholizmem, raporty, opracowania i inne tym podobne, a także podejmuje działania o tyleż idiotyczne, co nie wymagające zbytniego wysiłku – jak chociażby aktualna walka o zakaz sprzedaży alkoholu w sieci. Nie raz i nie dwa przytaczałem zdanie Thomasa Jeffersona – No nation is drunken where wine is cheap, mądrze streszczające prawdę według której promowanie kultury picia wina najlepiej zwalcza kulturę „śledziowo-wódczaną”, w której alkoholików jakby zawsze więcej. Ale w Polsce, co jest już kuriozum w świecie, w imię walki z alkoholizmem (i ochroną budżetu) nawet rolnicy-winiarze nie mogą sprzedawać wina jako lokalnego produktu. Mamy więc alkoholików (ale przecież w Rosji jest ich więcej, cieszmy się), mamy unikalny produkt pt. „siara’, mamy izby wytrzeźwień, prowadzimy narodowe wojny o definicję wódki (toż to nasza tożsamość), no i mamy PARPA.

Nie możemy za to pojechać na weekend na zwiedzanie lokalnej winnicy, zjeść w niej dobrego serka i popić dobrym winem. Przed tą pokusą jesteśmy skutecznie chronieni. A teraz będziemy musieli kupować wino w supermarkecie, gdzie sprzedaje się „co najlepiej idzie”, albo w specjalnych sklepach, gdzie marża może zabić. Panie dyrektorze Brzózka – tylko niech Pan się nie porani, jak zamiast w smoka, wjedzie Pan w wiatrak.

Visions of Quixote, Octavio Ocampo

15:06, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2008

Montes to kolejny po Conchy y Toro chilijski producent win o naprawdę niezłym stosunku jakości do ceny. Opisywany dzisiaj Cabernet Sauvignon jest dobrym przykładem na poparcie powyższej tezy. Rocznik 2006 to stosunkowo młody jak na CS, i wydaje się (przynajmniej mnie), że można to wyczuć – jeśli coś mam zarzucić temu winu, to właśnie lekki brak zrównoważenia; jest (było?) chyba nieco zbyt natarczywe. Ale na tym listę „nad czym tu pokręcić nosem” zamykam i przechodzę do pochwał. Piękny, skoncentrowany bukiet ciemnych owoców, jeżyn, porzeczek i wiśni obiecuje przyjemne doznania. Pierwszy łyk przynosi klasyczne smaki wiśni i czarnej porzeczki, wspierane dość krzepkimi taninami. Kolejne nie zostawiają wątpliwości, że jest to wino o dość wysokiej kwasowości, pełne i intensywne. Wydaje mi się, że (sugerowane nawet na etykiecie) przejściowe potrzymanie tego wina na półce raczej go nie skrzywdzi. Jeśli zaś zdecydujecie się kupić butelkę w najbliższym czasie, porządne napowietrzenie jest koniecznością. Dobre wino, warto spróbować. Ocena: 8.

Montes CS 2006

wtorek, 22 stycznia 2008

Witajcie, Kochani!

Aura za oknem, jaka jest, każdy widzi – szaro, smutno i zima. Mam nadzieję, że nie dopadły Was żadne katarzyska ani inne infekcje. Mało jest w końcu rzeczy bardziej denerwujących (a już szczególnie dla osób lubiących wino) jak zatkany nos. Nie da się w takim stanie przeprowadzić choćby poprawnej degustacji, a zawartość nawet najlepszej butelki smakuje beznadziejnie. Tak jest, to właśnie w czasie jesiennych i zimowych epidemii nieżytów i gryp najlepiej można odczuć, jak bardzo istotny dla każdego winopijcy jest jego organ powonienia ;-)

Myślę sobie, że nie pomylę się nadzwyczajnie, jeśli zaryzykuję stwierdzenie, iż olbrzymia większość ludzi pijących wino stosuje do jego oceny dwuwartościowe kryterium: „smakuje mi” i „nie, dziękuję, to bardzo dobre wino, ale muszę jeszcze dziś załatwić bardzo pilną sprawę”. I bardzo dobrze, gdyż warunek osobistej akceptacji jest tu najważniejszy.
Dziwnym trafem tak się jednak składa, że wiele osób którym wino częściej smakuje, niż nie, zaczyna przykładać coraz większą wagę do tego co i jak pije. Niektórzy odkrywają w sobie zgoła pragnienie (dodatkowe) pogłębienia swej wiedzy win dotyczących, czy nawet wprowadzenia kolejnych stopni wartościujących poza dwoma wyżej wymienionymi!

Z przyczyn trudnych do ustalenia (i zrozumienia) wiele osób dopiero zaczynających pić wino jest przekonanych, że czynność ta wykonywana w sposób bardziej uświadomiony wymaga wiedzy zahaczającej o tajemną. Nic bardziej błędnego – smakowanie wina może stać się naprawdę przyjemnym hobby, wymagającym jedynie podstawowego zaangażowania (pisałem już o trochę o temacie w notce Dogmat Amatora Win oraz Nigdy się nie dowiecie, jeśli nie spróbujecie).Trzeba jedynie pamiętać o kilku zasadach, z których najważniejsze postanowiłem zebrać poniżej:

1) Staraj się jak najwięcej zapamiętywać z tego, co piłeś – jaka jest nazwa wina, kto je wyprodukował i z jakiego regionu pochodzi. Dobrze jest prowadzić notatki bądź notes z etykietami stymulujący pamięć wzrokową. Jeśli uważasz to za śmieszne, możesz sobie na początek odpuścić – jak złapiesz bakcyla na dobre, w końcu go założysz i tak.

2) Trenuj swój nos i smak, staraj się wyodrębnić grupy zapachowe (czasem łatwiej jest powiedzieć: „ciemne owoce”, niż sprecyzować, jakie) czy pojedyncze nuty – nie bój się śmieszności, gdy np. zamiast z owocami czy „przyjemnymi” aromatami wino kojarzy Ci się z zapachem skarpetek, lakierem do paznokci, świeżym mięsem czy paliwem lotniczym – wbrew pozorom każdy z nich, choć rzadki, ma swoje uzasadnienie i wcale nie musi oznaczać, że wino będzie smakowało źle;

3) Rozmawiaj z innymi, czasem ich skojarzenia mogą Cię olśnić (tzn. pomóc ustalić, co tak pachnie....no co tak pachnie...och, no przecież wiem...no co to jest?!). Nie przejmuj się jednak, jeśli wasze oceny się różnią, nawet mocno – czasem pewne zapachy kojarzą się różnym ludziom odmiennie, choć wyczuwają dokładnie tę samą nutę;

4) Pamiętaj, że doświadczenie i Twoje własne oceny zmieniają się z czasem i doświadczeniem. Nie przejmuj się, że części osób dane wino smakuje, a Tobie nie (lub na odwrót). NIGDY nie śmiej się, ani nie krytykuj ocen innych – to robią tylko winne snoby, największy dopust naszych czasów;

5) Pamiętaj, że kolor wina właściwie nie mówi nic na temat jego jakości;

6) Staraj się rozróżniać (to nie zawsze jest łatwe) najważniejsze cechy wina – słodkość (pierwsze wrażenie pojawiające się natychmiast po trafieniu wina do ust) , kwasowość (drugie wrażenie, nie do końca tożsame z kwaśnością, a dotyczące raczej „żywości” wina i tego, na ile wydaje się „świeże”; odczuwa się ją wyraźnie gdzieś po 2 sekundach od spróbowania) i taniny (garbnik), decydujące na ile wino jest cierpkie (dobrze wyczuwalne np. natychmiast po przełknięciu wina na dziąsłach – jeśli macie wrażenie „suchości” i jakby ściągnięcia, to wino miało dość wysoki garbnik);

7) Jeśli bawiły Was do tej pory określenia „długość” i „ciężar” w odniesieniu do wina, niech przestaną. „Długość” (najczęściej) odnosi się do czasu, jaki po przełknięciu wina wciąż wyraźnie odczuwamy jego smak, zaś „ciężar” do wrażenia, jakie sprawia łyk wina w Waszych ustach. To najważniejsze określenia, reszty douczycie się z czasem ;-)

8) Nie próbujcie stosować się do wszystkich powyższych punktów jednocześnie...

Wasze zdrowie!

20:21, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 stycznia 2008

Witajcie, Kochani...Cóż interesującego można złapać w sieci? Ano, jak zwykle, parę różnych ciekawostek. Dobra wiadomość dla nieuczciwych kelnerów - naukowcy ze Stanford pokazali, że związek pomiędzy ceną a jakością wina można objaśnić w dość nieoczekiwany sposób. Okazuje się bowiem, że wystarczy jedynie wiedzieć, że dane wino kosztuje więcej, by bardziej nam smakowało. Najlepsze, że wcale nie chodzi o udawanie – droższe wino smakuje nam bardziej na „poziomie fizjologicznym” - ośrodek odczuwania przyjemności uaktywnia się intensywniej podczas degustowania wina, o którym „wiemy”, że jest droższe... 

A co na naszym podwórku? Od mojego ostatniego podsumowania tego, co dzieje się w sieci ciekawego minęło już trochę i chyba czas znowu coś napisać.Po pierwsze, natknąłem się na nowy portal o nazwie „Moje wino”, który ma w założeniu służyć jako platforma służąca ocenianiu win przez samych winopijców – a więc coś na kształt np. polecanego już kiedyś przeze mnie cork’d. Pomysł dobry, wykonanie niezłe, choć tu i tam widać jeszcze drobne błędy, ale portal dopiero rusza. Jedna rzecz mi się nie spodobała – brak możliwości równoczesnego oglądania  recenzji innych osób dotyczących tego samego wina. Jak jednak napisałem, portal dopiero startuje, twórca włożył sporo pracy, zapowiada się nieźle, można też tam znaleźć informacje o nadchodzących degustacjach. Być może rozwinie się równie ładnie, jak Vinisfera, inny portal, do którego link macie w zakładkach, a w którym pojawił się niedawno ciekawy artykuł o Carmenere i kłopotach winnicy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jak już tak polecam sieciowych znajomych, warto zajrzeć też na strony Winomanii (także w zakładkach), w odnowionych szatkach graficznych. No i to tyle na razie,

Wasze zdrowie!

15:20, sofanes
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3