Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
czwartek, 29 stycznia 2009

Zima nie zima, wiosna nie wiosna, roztopy nie roztopy, śnieg nie śnieg...hmm, może wystarczy. Wystarczy, że powiem, iż odbyło się kolejne spotkanie Loży, i nawet planowana niska frekwencja nie odstraszyła uczestników (a nawet zmobilizowała, w efekcie czego Grupa Trzymająca Butelki stała się grupą całkiem liczebną). Ze względu jednak na oczekiwane pustki, wielu uczestników postanowiło pogwałcić Świętą Zasadę Jednej Butelki Na Głowę, przez co głowy nieco się zagrzały (przynajmniej moja). 16 winom w sumie jeszcze daleko do rekordowych 21, ale jak przypominają trzeźwo najstarsi uczestnicy, rzeczone oczko doprowadziło wszakże do sformułowania Świętej Zasady – wszak nie o bicie rekordów tu chodzi.

Moje relacje z  dwóch poprzednich mityngów GTB możecie znaleźć tutaj i tutaj (więcej na blogu Winobranie), a dziś czas na sprawozdanie ze spotkania styczniowego. Spotkania wyjątkowego szczególnie (wszystkie w końcu są wyjątkowe) przynajmniej z dwóch powodów – tym razem nie było tematu przewodniego, i ku zaskoczeniu ogółu przeważały wina białe (jak to w styczniu ;-) Od nich więc pozwolę sobie zacząć.

Największe wrażenie wywarło na mnie pół-wytrawne Francois Chidaine Montlouis Sur Loire Clos Habert 2005 (cóż za długaśna nazwa). Chenin Blanc we wspaniałym wydaniu – idealna równowaga między kwasowością a cukrem resztkowym. Przepiękny bukiet świeżego, razowego chleba, skarmelizowanej waty cukrowej, gruszek w occie. Jabłkowe, gruszkowe, wręcz kremowe nuty w ustach. Znakomite wino. Peleton porządnych win trzymał się jednak blisko – niezłe były (znowu długaśna nazwa) Ahner Vogelsang Rivaner Moselle Luxembourgeoise 2007, pełny owocowości i świeżości, dalej Villa Maria Sauvignon Blanc 2007 o klasycznych wręcz cechach odmianowych (wzmocnionych przez nowozelandzkie pochodzenie), zielonych, trawiastych, grejfrutowych. Równie dobre jak wymienione, choć utrzymane w zupełnie innym stylu: mineralności, krzepkości, pieprzności – Anselmi 2007 San Vincenzo.

Godnie w tym towarzystwie odnalazły się polskie wina – Pinot Grigio 2006 Winnica Jaworek oraz Sibera 2005 Winnica Płochockich. Nie były to wina wystrzeliwujące w kosmos, ale naprawdę bardzo porządne, co piszę z całą odpowiedzialnością, bo jestem głęboko przekonany, iż jakakolwiek taryfa ulgowa przyszłości polskiego wina mogłaby tylko zaszkodzić. We wspomnianym Pinot Grigio królowała mineralność i lekkie posmaki jabłek. Sibera przywodziła na myśl aromaty sernikowe, przyjemne, owocowe i słodkawe; w ustach było już bardziej mineralnie. Zawiodło mnie natomiast inne wino – Riesling 2005 Winnica Jaworek; o aromatach świeżego mięsa i wątróbki, czy też dojrzałej wędzonki. W ustach silna, nieprzyjemna gorycz; tylko w małym stopni złagodzona posmakami jabłek i innych owoców. Niewykluczone, że to wino po prostu źle się zestarzało. Podobnie mogło być z wytrawnym Tokaji Furmint Benko Borhaz 2006, który przywieziony z rozpoznania bojem na Węgrzech zapamiętałem jako znacznie ciekawszy. Ostatnie z win białych, Chateau Defleur Sidi Salem 2005, należało już pod każdym względem do egzotyki – nie mogło być inaczej, gdyż był to tunezyjski kupaż Pedro Ximenez i Chardonnay, pachnący jak dla mnie jednym, zdecydowanym i silnym zapachem świeżo wyrobionego drożdżowego ciasta. W ustach, cóż, też było egzotycznie.

Jeśli chodzi o wina czerwone, to zdecydowanie gwiazdą wieczoru zostało Carruades de Lafite 2002 (tak, ten Lafite). Znakomite wino, sprawiające wrażenie wyrzeźbionego w migdałowym drewnie (to pewnie nuta z aromatu...), uderzające finezją i powściągliwością, a jednocześnie prezentujące okrągłości których nie powstydziła by się Scarlett Johansson. Cena (dla zainteresowanych) – niestety – astronomiczna.

Także i tym razem peleton nie został bardzo daleko w tyle – Mas Jullien Coteaux du Languedoc 1999, choć chropawy w pierwszym kontakcie, rozwijał z czasem posmaki wiśniowe i kawowe. Wino już 10-letnie sprawiało wrażenie naprawdę dobrze się trzymającego. Montebendico Reserva 2004 Montecucco (nie jestem pewny w 100%, czy dobrze przytoczyłem nazwę) również było winem bardzo dobrym (chyba mój numer drugi wśród czerwonych win wieczoru). Długie i zrównoważone, roztaczało posmaki ciemnych owoców z elementami suszonych moreli i śliwek i goździków. Zdecydowanie wykazujący własny charakter. Równie dobre, choć moim zdaniem nieco zbyt długo siedzące w beczce, było Rubrum Obscurum Cotes de Provence 2004. Kolejne z opisywanych win (jedno okazało się być korkowym, więc suma w końcu wyniosła 15 butelek), Kotsifali-Mantilari Peza 2000  pochodziło z Krety, i znowu reprezentowało egzotykę. Moim zdaniem wino zdążyło się nieco zestarzeć. Ostatnim z próbowanych i opisywanych to znowuż pochodzące z Tunezji (wyrasta nowa potęga winiarska...) Vieux Magon Coteaux Tebourba  1998, o ciekawym, lekko miodowym i słodkim bukiecie, i dość niespotykanymi nutami kawy i mleka skonensowanego w ustach. I to by było na tyle, bo zaraz limit znaków dla notki się skończy...

Wasze Zdrowie!

15:16, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 stycznia 2009

Czas na kolejny przegląd wiadomości z sieci. Pierwsze ciekawe doniesienie dotyczy trwałości światowych trendów w konsumpcji wina – The Economist donosi, iż stale spadająca konsumpcja w krajach tradycyjnie winiarskich stale spada ;-)
Jednocześnie rośnie spożycie w krajach północnych (Wlk. Brytanii, Rosji, Finlandii, Norwegii, etc.). Amerykanie, w tej chwili (jeśli dobrze pamiętam) wypijający najwięcej wina na świecie, w przeliczeniu na spragnione usta mieszkańca znajdują się daleko – statystyczny jankes wciąż wypija trochę więcej niż 10 litrów rocznie, co w porównaniu z Francuzami i Włochami wciąż jest ilością śmieszną (ci ostatni spożywają 5-6 razy tyle). Polska nie została ujęta w zestawieniu, ale myślę, że kiedyś wreszcie się doczekamy. Chociaż pewnie trochę to potrwa, skoro spożywamy na mieszkańca mniej, niż wynosi średnia światowa (Polacy piją około 2 litrów na głowę, średnia światowa to około 3,5 litra).

Na fali Obamomanii można tymczasem przeczytać sporo o związkach Obamy z winem, lub może - będąc bardziej precyzyjnym – spekulacjach łączących nowego prezydenta z winem na wszelkie możliwe sposoby. Niektórzy starają się przekuć popularność prezydenta na brzęczącą monetę, sprzedając a to kieliszki z Obamą, a to wino z wizerunkiem tegoż (za jedyne 54.95 USD). Media nie przestają śledzić jego każdego kroku, tutaj można np. łatwo dowiedzieć się, co nalewano podczas lunchu inauguracyjnego. I dobrze, bo z niejakim zaskoczeniem przeczytałem, iż w przypadku czerwonego wina zaserwowano Goldeneye 2005 Pinot Noir, którego wcześniejszy rocznik miałem okazję już siorpać, co na zresztą na niniejszym blogu zostało uwiecznione (Ocena: 9, Obama musi czytać mojego bloga).

Mnie jednak najbardziej zaintrygował tytuł sugerujący, iż Mr. Obama sięgnie po Seyval Blanc z Illinois. Cóż, jak z Illinois, to może i z Podkarpacia by mu smakowało ?! Doczytałem potem, że to tylko dobre rady fachowców od wina, ale gdyby tak rzeczywiście...wyobrażacie sobie? Polskie wina mogłyby się reklamować – „spróbujcie wina z ulubionej odmiany Baracka Obamy!”.

A jak już jesteśmy przy polskich winach, to radzę zajrzeć na Vinisferę (zakładki). Sporo nowych informacji – z degustacji polskich win, jest też wywiad z szefem winnicy UJ. Polecam. Na Winomanii (także zakładki) ciekawy komentarz tyczący się pana Marka Kondrata, ostatnio chyba nieco zasłużenie robiącego za dyżurnego chłopca do bicia we wszelkich dyskusjach związanych z polskimi osobami publicznymi i winem. Opinie o jego działalności oscylują od totalnej krytyki i oskarżeń o bufonadę po bezkrytyczny zachwyt; tym bardziej warto przeczytać głos rozsądku.

Wasze Zdrowie!

14:51, sofanes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 stycznia 2009

Witajcie! Jak doskonale wiecie, obiecanki cacanki, i tak dalej. Przyrzekłem dość dawno temu, iż od czasu do czasu powracać będę do tematu win wzmacnianych. Wspominałem już co prawda, że moje osobiste doświadczenia w ich degustacji są raczej szczątkowe, opierając się jednak na licznych i wiarygodnych źródłach, postanowiłem cykl notek o tych specyficznych winach kontynuować. Stanowią one bowiem zbyt ciekawą kategorię wśród wszystkich winnych trunków w ogólności, by konsekwentnie je na niniejszym blogu ignorować. Nie mówiąc już o mnogości faktów i pojęć, które z świata win wzmacnianych się wywodząc, do ogólnego słownika winopijców trafiły. Pisałem już troszkę o porto, dzisiaj zaś czas na trunek - jak się wydaje – jeszcze mniej w Polsce znany i popularny, czyli sherry. Mam przemożne wrażenie (hmm, właściwie doświadczenie), że większości rodaków „sherry” kojarzy się częściej ze słodkim likierem wiśniowym, niż z winem. Spuśćmy zasłonę milczenia na prawdopodobne przyczyny tej obserwacji. Inna sprawa, że sherry nie zasiedla też półek naszych sklepów winiarskich w nadzwyczajnej mnogości stylów i rodzajów.

Tych ostatnich zaś jest tyle, że nie będzie nadmierną przesadą stwierdzenie, iż klasyfikacja sherry to najbardziej pokomplikowana kategoryzacja w świecie win popularnych. W sieci – także polskojęzycznej – jest sporo opracowań dotyczących sherry, wydaje mi się jednak, że nie wyczerpują one tematu w stu procentach. Postaram się więc opis z jednej strony uprościć, z drugiej zaś wspomnieć o co ciekawszych detalach. Zacząć wypada może od wymienienia najważniejszych rodzajów sherry, a żeby za bardzo się nie pogubić, najlepiej chyba zrobić to z krótkim komentarzem tyczącym się różnic w ich sposobie produkcji. Podstawową odmianą winogron na sherry jest Palomino; do wytwarzania sherry słodkiej stosuje się jeszcze Pedro Ximenez (czytaj „himenez”, często określany skrótem PX) oraz Muscat of Alexandria (nazwa występuje pod kilkoma synonimami, np. Moscatel Romano).

Młode, świeżo otrzymane wino poddawane jest ocenie, na podstawie której zostaje następnie przeznaczone na sherry Fino, bądź też Oloroso. Sherry typu fino uznawane jest często za „lepszy” jej rodzaj, choć wcale nie jest oczywistym, czy zawsze i w każdym przypadku słusznie (ale to już zupełnie inna historia). W zależności od wyniku oceny, sherry przeznaczona na fino wzmacniana jest alkoholem winnym do 15-15.5% alkoholu, zaś ta na typ oloroso nawet do około 17-22%. Wbrew pozorom, ta różnica jest kluczowa dla dalszych losów wina. Hiszpańscy winiarze z rejonu miasta Jerez rozwinęli bowiem ciekawą technikę – beczki, w których trunek ma spokojnie leżakować, nie są dopełniane do końca, co dla „normalnych” winiarzy z reszty świata brzmi jak świetna recepta na szybkie i skuteczne zepsucie wina, lub wręcz otrzymanie octu winnego.

To niedopełnianie beczek w przypadku sherry powoduje jednak zupełnie inne konsekwencje: na powierzchni wina typu fino zaczyna bowiem rozwijać się warstewka specyficznych drożdży, tworzących pływający kożuch (biofilm), o pięknej nazwie flor (kwiat). Warstewka ta izoluje fino od tlenu, jednocześnie wprowadzając do wina ciekawe nuty smakowe. Ze względu na wyższy poziom alkoholu flor nie powstaje w przypadku sherry oloroso, tym samym znacznie szybciej rozwijającej charakterystyczne posmaki utlenienia.

Żeby nie było tak prosto, trzeba jeszcze wspomnieć o tzw. systemie solera, czyli przyczynie, dla której na butelce sherry nie znajdziemy rocznika ;-)
System solera przedstawić najłatwiej jako system beczek, pomiędzy którymi transferuje się wino według prostej zasady – z beczki ostatniej spuszczana i butelkowana jest część zawartości (nie więcej jednak niż jedna trzecia), uzupełniana następnie z beczki młodszej w kolejności; i tak dalej, aż do beczki najmłodszej, którą dopełnia się świeżym winem. Dzięki temu warstwa flor w beczkach jest w stanie egzystować nawet przez kilka lat, smak wina w obrębie systemu solera ulega unifikacji, zaś wiek wina uśrednieniu. Dla szczególnie „starych średnich” wprowadzono nawet specjalne oznaczenia, VOS (Very Old Sherry) dla win o średnim wieku wyższym niż 20 lat i VORS (Very Old Rare Sherry), dla win starszych niż 30 lat).

No tak – powiecie – wszystko świetnie, ale rozwodziłem się o niezwykle wielu rodzajach sherry, a wspomniałem jak dotąd raptem o dwóch. No dobrze, już kontynuuję. Jedną z odmian fino, przez wielu traktowanych jako osobna i najszlachetniejsza klasa, jest Manzanilla, powstająca w miasteczku Sanlúcar de Barrameda. Dłużej starzoną manzanillą jest Manzanilla Pasada; której mniej-więcej odpowiednikiem jest Fino-Amontillado. Ta ostatnia to sherry, w której właśnie zanikła warstwa flor, i zdecydowano, by w tym właśnie momencie wino trafiło do butelek. Gdyby starzono je jednak dalej, mielibyśmy szansę spróbować prawdziwego Amontillado. Specyficzną odmianą sherry jest Palo Cortado (początkowo rozwija się jak Fino, jeśli wykazuje jednak pewne specyficzne cechy, potem jest jeszcze raz wzmacniane i dojrzewa już bez flor). Wszystkie wyżej wymienione rodzaje sherry w swych klasycznych i szlachetnych odmianach są najczęściej wytrawne.

Istnieje jednak cały szereg sherry słodszych, niektórych wręcz super-słodkich, powstających dzięki uzupełnianiu „klasycznej” odmiany sherry zagęszczonym, słodkim moszczem (rzadziej słodkim winem, co zwykle oznacza wyższą jakość końcowego produktu). I tak tzw. Pale Cream sherry powstaje na bazie Fino lub Manzanilla (tych mniej udanych ;-), zaś kolorek (brak koloru...) często uzyskuje się stosując filtrowanie na węglu aktywnym. Sherry Medium polega na Amontillado; Cream -  na Oloroso. Są jeszcze Pedro Ximenez i Moscatel, powstajęce z super-słodkiego moszczu, częściowo fermentowanego i wzmacnianego alkoholem winnym. No i to wcale nie są jeszcze wszystkie rodzaje, ale spamiętanie choćby tych nie jest łatwe. Poza tym notka strasznie już długa i nudna się zrobiła, więc niniejszym na tym zakończę, gdyż niniejszym jakbym jakieś pragnienie zaczął odczuwać...

Wasze Zdrowie!

13:06, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 stycznia 2009

Witajcie! Wiem, wiem, niska jest ostatnio moja aktywność sieciowa; ma to bezpośredni związek z aktywnościami realizowanymi na innych polach, w których uczestniczę, a które niewiele z winem mają wspólnego. Tu dodam „niestety”, gdyż w istocie idealnie by było połączyć aktywności winopijskie z tymi zapewniającymi byt; do dnia dzisiejszego jednak nie wpadłem jeszcze, jak to zrobić. Jak tylko wpadnę, nowe notki, dłuższe, ciekawsze i pełne spokoju ducha będą ukazywać się nawet codziennie ;-)

Nie o tym jednak właściwie chciałem pisać; tematem przewodnim dzisiejszej notki jest bowiem wino w sieci, lub inaczej rzecz ujmując - tzw. zasoby internetowe dotyczące wina. Uszczegółowiając, polskie zasoby internetowe dotyczące wina. Uszczegółowiając do granic tortury palców po raz kolejny raz próbujących wystukać na klawiaturze szybko i bez literówki słowo „uszczegółowiając” – zasobów nie zajmujących się handlem czy reklamą wina, a raczej dostarczających wszelkich informacji o tym wspaniałym trunku, kulturze jego wytwarzania i spożycia, itp. Blisko dwa lata istnienia tego blogu skłoniło mnie do refleksji nad tym, jak przez ten czas zmieniła się winiarska rzeczywistość sieciowa. 2 lata może wydawać się stosunkowo krótkim okresem; w Internecie to jednak niemal epoka.

Kiedy przygotowywałem pierwszą notkę na tym blogu, w polskim Internecie od pewnego czasu istniały właściwie tylko dwa blogi winiarskie: Winobranie i Wine Notes. Oba istnieją do dziś i oba oczywiście możecie znaleźć w zakładkach. Jakiś czas potem wystartował Tebe gada o winie - autor jednak o winie pisuje z rzadka i zdarzają mu się dosyć długie przestoje (nawet dłuższe niż moje). Autorzy wszystkich wyżej wymienionych blogów zdecydowali się na swego rodzaju specjalizację – pisują najczęściej (zresztą znakomicie) o konkretnych winach, rzadko, niestety, poruszając bardziej ogólne „winiarskie” tematy. To „niestety” jest lekko prowokacyjne, dobrze wiem, że ich autorzy, podobnie jak ja, nie zajmują się winem zawodowo i prawdopodobnie z zamierzenia nie wchodzą na teren zarezerwowany dla profesjonalistów. Nieuzasadnionej niczym bezczelności starcza tylko mnie.

Oprócz wymienionych wyżej, w momencie startu niniejszego blogu istniały jeszcze portal Winomania oraz Kurdesz, prowadzone przez „zawodowców” (cudzysłów odnosi się do związków zawodowych, nie żadnych przekąsów). Wspomnę chyba jeszcze o Collegium Vini, instytucji istniejącej oprócz Internetu jak najbardziej realnie, prowadzącej szkolenia, degustacje, wyjazdy itp., próbującej generalnie odgrywać rolę – zachowując proporcje – podobną do tej, jaką odgrywał  sklep Stevena Spurriera w Paryżu jakieś 30 lat temu.

Przyznacie, że jeśli chodzi o wzmiankowane „zasoby” nie było to dużo, jak na około 35 milionowy kraj i wielkość sieciowego Wszechświata. W tym krajobrazie nieco gwałtowniejsze zmiany zaczęły zachodzić jakoś tak rok temu – pojawiły się nowe portale, jak Vinisfera; nowe blogi (jak Winogranie, Białe nad Czerwonym, itp.), nowe zasoby służące gromadzeniu opinii o winach (Sstar wines i Moje Wino), wreszcie pierwszy współtworzony przez kilka osób portal „zawodowy”, czyli serwis Magazynu Wino.

Mam tylko nadzieję, że po czasach zdobywania Dzikiego Zachodu nadejdą wreszcie czasy małej stabilizacji i wprowadzania kolejnych zdobyczy cywilizacji. Jeśli bowiem (znowu bezczelnie) pozwolę sobie usprawiedliwić siebie i amatorskich kolegów za ograniczenia, jakim podlegamy w prowadzeniu swoich blogów czy serwisów niejako „naturą rzeczy”, tak w wielu przypadkach „zawodowych” portali pewne rzeczy trudno mi zrozumieć. O ile bowiem „content” tworzony przez „zawodowców” jest zwykle najwyższej próby, o tyle np. rozwiązania techniczne, czy ogólny koncept funkcjonowania niektórych serwisów zupełnie do mnie nie trafia. O fatalnych, jaskiniowo wręcz skonstruowanych miejscach,  jak np.  strony Collegium Vini (gdzie, do diabła,  nawet kropki powinny kojarzyć się z profesjonalizmem!)  nie chce mi się nawet mówić, tam do poprawy powinno iść właściwie wszystko. Dlaczego jednak np. od długich miesięcy przygotowywany portal Magazynu Wino (MW) wygląda tak, jak wygląda, tzn. moim skromnym zdaniem – poprawnie, ale przeciętnie? Hmm, powiem tak pomimo tego, iż mam wrażenie, że mój głos brzmi w zdecydowanej opozycji do większości znajomych tworzących już pewną dość dobrze znającą się społeczność sieciową, generalnie wychwalającą portal MW pod niebiosa.

Przyznam szczerze, że mnie np. bardziej podoba się Vinisfera (tworzona zresztą przez jednego z autorów MW) i nie pojmuję, czemu np. najwyraźniej nikt nie zamierzał oprzeć się na doświadczeniach jej autora? Jeśli chodzi o układ treści, ich ekspozycję, czytelność prezentowanych tekstów – Vinisfera przewyższa aktualny portal MW, i tyle. Oczywiście, portal pana M.K. też ma swoje wady (ogólnie ująłbym je tak – jest zbyt spersonalizowany, jak na portal zwracający się do bardzo szerokiego audytorium). Ech, jakby tak przyszedł inwestor z milionem, zmusił do połączenia Winomanię, Vinisferę i Magazyn Wino, byłoby pewnie idealnie. Tak się pewnie nie stanie (za dużo wodzów, za mało Indian), zasobów sieciowych będzie pewnie przybywało, przybywało, aż w końcu zostaną najlepsi, i to też jest dobre. Ciekawe jednak, jak długo jeszcze będziemy czekać na portal w rodzaju Decantera, Appelation America, czy działu Dining&Wine NYT...
Że co? Czy ja mam świadomość różnicy w wielkości rynku..? Mam, ale co, pomarzyć nie można..?

Wierzę, że masę krytyczną uda się osiągnąć może już w ciągu kilku następnych lat. Ostatnio nowy serwis pojawia się średnio raz na kilka miesięcy (staram się dodawać linki na bieżąco), i wiele wskazuje, że tempo to będzie rosło. Może w końcu ten milion ktoś wyłoży ;-)

Że co, że jestem hipokrytą, bo sam bym się chętnie za ten milion sprzedał..? Pewnie, że bym się sprzedał! Kto z winopijców nie chciałby, żeby jakaś szacowna Instytucja płaciła za wypijane przez nas wino; za podróże do winnic na końcu świata i pstrykanie tam zdjęć czy spisywania pół-trzeźwych wrażeń! Niech pierwszy rzuci butelką, kto bez takich rozmarzeń! No ale żarty na bok. Najfajniejsze w spisywaniu wrażeń z odległych winnic jest to, że można to robić i bez tego miliona. No, ale to już temat na całkiem inną notkę i na całkiem inne refleksje...


Wasze Zdrowie!

15:42, sofanes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 stycznia 2009

Dzisiaj o miłym zaskoczeniu z przedziału win niedrogich. Miłym, gdyż ostatnio w przedziale cenowym 20-40 zł z nużącą powtarzalnością udawało mi się trafiać na wina mało charakterystyczne, bez szczególnego wyrazu i oryginalności. Dopiero co pisałem co prawda, że nic w tym złego; i z tym zgoda, zawsze jednak fajniej, gdy wino nie podejrzewane o zbyt wiele zaskakuje pozytywnie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że taka sytuacja może dostarczyć większej przyjemności, niż proste stwierdzenie, iż wino drogie jest swojej ceny warte.

Dość jednak rozważań ogólnych, czas przejść do samego wina.  Opisywany dzis CS nie jest typowy – nie jest zbyt ciężki i potężny, co wśród chilijskich Cabów w tym przedziale cenowym jest częste; nie jest zbyt agresywny, nie jest zbyt dżemowy, nie jest wreszcie zbyt taniczny. Tu już ciekawa charakterystyka, a dodam, iż średni ciężar jest dobrze wyważony, wino jest naprawdę poukładane. W ustach może nieco zbyt wysoka kwasowość, ale i tak niższa, niż można się spodziewać. W smaku długie, z delikatnymi posmakami ciemnych owoców, śliwek, czarnych porzeczek. Do tego wszystkiego bardzo ładny bukiet, z dominującymi nutami suszonych śliwek i czarnych jagód. W tle może także nuta aromatycznego kakao. Jak mawiają anglosasi, dwa kciuki w górę. Ocena: 8.

Tierra del Fuego, Cabernet Sauvignon 2007

czwartek, 08 stycznia 2009

Witajcie!
Przeczytałem przedwczoraj artykuł opowiadający o tym, jak z pewnej biblioteki urzędniczą decyzją wyrzucono zadomowionego w niej kota. Ech, nie jest w pełni cywilizowanym kraj, w którym robi się takie rzeczy. Inna sprawa, że autor tekstu nie popisał się zupełnie, kiedy zdecydował się przytoczyć powody, dla których kot upodobał sobie szczególnie (zanim jeszcze nastąpiła eksmisja) dział z książkami o filozofii. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie stało się tak, gdyż „zwykle panuje tam mały ruch”. Kotami powodują zdecydowanie wyższe motywacje, co jest oczywiste dla każdego, kto kota posiadał. Nie można lekkim piórem formułować tez tak jawnie koty obrażających. Jeśli kogoś dziwi, że dziś na blogu tyle o kotach, to przypomnę, że jasnym jest, że koty to wino, zaś psy to piwo i wódka. I tak, jak nie należy pisać pewnych rzeczy o kotach, tak też nie wypada mówić pewnych rzeczy o winie. Dzisiaj małe subiektywne zestawionko towarzyskich wypowiedzi z winem w tle, których warto się wystrzegać ;-)

1. „Ja to, proszę pana, pijam tylko wina z Chile” (albo Europy, Francji, Mołdawii, etc.). Przypisanie danemu krajowi, a często i regionowi nadzwyczajnego znaczenia dla jakości wina jest mało racjonalne. W najsłynniejszym regionie można znaleźć strasznego sikacza, w mało znanym – znakomite wino. Nie należy przesadnie generalizować; utrwalanie stereotypów nie leży w długofalowym interesie winopijców.

2. Dobre wino to, dobre wino tamto. O sformułowaniu „dobre wino” napisałem niedawno notkę, więc już dalej tematu nie drążę...

3. „Oj, ja to nie lubię win wytrawnych. Najlepsze są półsłodkie”. Oczywiście, rzecz gustu. Jeśli jednak w towarzystwie troszeczkę bardziej doświadczonych winopijców rzucimy takie hasło, towarzystwo może zacząć traktować nas z lekkim, skrzętnie ukrywanym, acz możliwym do wyczucia współczuciem i pobłażliwością. Świat win opiera się bowiem na winach wytrawnych, w których można znaleźć całą gamę intensywności, owocowości, wrażenia słodkości, etc. Oczywiście istnieje też pokaźna grupa wspaniałych win o wyższych zawartościach cukru, jednak przy dosłownym użyciu sformułowania przytoczonego w nagłówku przeciętny winopijca uzna wypowiadającego za barbarzyńcę lubującym się w słodkich, winopodobnych koszmarkach dosładzanych białym cukrem z chochelki ;-)

4. „Wina starzone w beczkach są lepsze niż inne”. Znowu nadmierna, zdecydowanie nadmierna generalizacja. Wiele wspaniałych win nigdy nie ogląda beczki, wiele jest zmarnowanych poprzez zbyt długie trzymanie w beczce, itp. itd.

5. „O, to już wspaniałe wino, trzymam je tutaj (za piecem) już X lat”. Jeden z najbardziej szkodliwych i rozpowszechnionych mitów o tym, że wino „im starsze, tym lepsze”. Dotyczy to (i to z kilkoma zastrzeżeniami) bardzo małego procenciku wszystkich, zwykle drogich i bardzo drogich win (choć cena nie jest dobrą wskazówką). Zdecydowanie bliższe (choć wciąż dosyć odległe...) prawdy jest stwierdzenie „wino im młodsze, tym lepsze”. Warto pamiętać, że zdecydowana większość win kupowanych w sklepach jest w optymalnym momencie do spożycia, niewielka część może być bez straty (rzadziej z zyskiem) potrzymana 2-5 lat we właściwych warunkach, zaś bardzo nieliczne ‘rodzynki” mogą przetrwać więcej niż 15-20 lat. BARDZO NIELICZNE.


6. „Po winie to boli mnie głowa, a po wódce nie”. No to pij wódkę, człowieku...

7. „Nie pijam wina, do którego dodaje się siarki i\albo tych okropnych siarczynów”. Cóż, raczej dziwna ekstrawagancja. Siarczyny były, są i będą w winie, bo są właściwie niezbędne przy jego produkcji. Ważniejsze jest jednak to, że nie mają one żadnego szkodliwego dla ludzi działania, a całe gadanie o alergiach, zapachach, bólach głowy to bicie piany. Pisałem już kiedyś o tym tutaj.

8. „Wina węgierskie, gruzińskie, i takie są lepsze niż amerykańskie, siakie i owakie”. Stwierdzenie często występujące z tym opisanym w punkcie 1, nie mające żadnych logicznych ani sensownych podstaw.

9. „Wino zakręcane, kapslowane, z kartonu, z sztucznym korkiem, to z definicji wino gorsze niż to zatykane korkiem naturalnym”. Kolejny mit właściwie bez żadnego uzasadnienia. Już w tej chwili większość win z antypodów zatykana jest przy użyciu tzw. zamknięć alternatywnych. Wojna naturalistów i ekologów (tym razem sztuczne zamknięcia grożą środowisku)  to jedno, i nie należy wiązać rodzaju zamknięcia butelki z jakością jej zawartości.

10. „Mam tu świetnego szampana. Z Rosji”. Przyzwyczajenie naszą drugą naturą, ale wypada jednak szampanem nazywać szampana, zaś resztę określać mianem „win musujących”. Albo przynajmniej się starać...

Wasze Zdrowie!

14:02, sofanes
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2