Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
piątek, 20 lutego 2009

Wśród wielu określeń i dziwacznych haseł, na jakie natknąć się może winopijca próbujący odcyfrować etykietę wina, znaleźć się może – choć pewnie z częstością rzadszą niż „reserve” „grand” etc. – także nieco bardziej tajemniczo brzmiący napis „old vines”. Ewentualnie, co tylko częściowo zależne od miejsca pochodzenia wina, jego odpowiednik: „vieilles  vignes” czy „alte reben”.  Jeśli ktoś, jak śpiewał Wojciech Młynarski, posiada język obcy, to bez trudu potrafi przetłumaczyć to na swojskie „stare krzewy”.  No tak, przetłumaczyć łatwo, ale co to właściwie znaczy? Czy to coś pozytywnego lub neutralnego, czy raczej (nie daj Boże!)  straszliwy napis w rodzaju „zawiera siarczyny”, przed którym wielu rodaków wciąż ucieka do trunków mniej skomplikowanych oraz – jakby to ująć – bardziej czystych...?

Jak zwykle, nie zamierzam odpowiadać wprost ;-)

Tak bowiem jak nieoczywiste są niektóre napisy na etykietach (o nazwach szczepów na etykietach pisałem kiedyś tutaj, zaś do tego, jak czytać etykiety, jeszcze pewnie nie raz wrócę), tak nie ma prostej odpowiedzi na to, czy stare krzewy rodzą  w jakikolwiek sposób specjalne owoce, z których powstają potem wyjątkowe wina.  Samo określenie VV (czyli wspomniane vieilles  vignes) posiada zresztą niepokojącą dozę dowolności; nie jest bowiem w żaden sposób regulowane przez europejskie zasady apelacji (ani żadne inne). Daleki jestem zresztą od ubolewania z tego powodu , od zawsze uważałem, że biurokraci od wina powinni trzymać się z daleka. Oznacza to jednak, że stare krzewy mogą mieć lat 30 lub 100, część z nich może rosnąć na własnych korzeniach, a inne na podkładkach, etc. Wspomniana podkładka lub własne korzenie krzewów winorośli także mogą oddziaływać na końcową jakość wina, chociaż na moje biologiczne wyczucie bardziej pośrednio (np. wpływając na wigor rośliny), i generalnie raczej nieznacznie. Niewykluczone,  że przy różnicach w procesie winifikacji (czyli wytwarzania wina) istniejących pomiędzy różnymi producentami wpływ korzeni czy różnic wieku jest w ogóle zaniedbywalny.

Z drugiej strony istnieją tacy, którzy dadzą się pokroić i posolić, dowodząc, że wina ze starych krzewów są jednak lepsze, niż te zwykłe.  I znowu – to także nie jest kompletnie wykluczone, choć związane może być z czym innym, niż biologiczna patyna i mech na konarach starej winorośli. Jednym z możliwych wyjaśnień jest fakt, że „stare krzewy”, jakie by one nie były, dotrwały sędziwego wieku najczęściej nie przez zupełny przypadek. Znajdują się one często na starych parcelach, czy w regionach, w których wino cieszy się długą tradycją. Często winiarze podchodzą do tych staruszków ze szczególnie dużą dozą szacunku; dokładając wszelkich starań, by  o wino z nich powstające było możliwie najlepsze. Możliwe jest także inne, bardziej „fizjologiczne” wyjaśnienie: jest faktem, że obniżanie plonu winorośli zwiększa jakość owoców na wino. Stare krzewy  często limitują swój plon w sposób niejako naturalny; stąd i może w niektórych przypadkach nieco lepsze owoce powstają bez udziału ludzkich zabiegów. Czy jednak wystarczy to, by z przekonaniem twierdzić, iż wina ze starych krzewów to zawsze klejnociki? Hmm, pozostanę lekko sceptyczny. Ale Was namawiam, byście potestowali trochę na własne podniebienie. Swoje próby opisałem w notce sprzed kilku dni...

Wasze Zdrowie!

21:22, sofanes
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 lutego 2009

No i proszę, tak się ten światek ostatnio toczy, że dopiero co zdawałem relację z ostatniego spotkania Loży, a tu już czas pisać kolejną. Po części spowodowane jest to wciąż spadającą częstotliwością dodawania notek (nie mam już siły pisać, że już-już za dwa-trzy miesiące to się polepszy...), po części przypadkowym nieco ułożeniem terminów spotkań. Loża (dla czytających tego bloga po raz pierwszy: grupa forumowych znajomych organizujących składkową degustację) ubrała tym razem fartuszki pod hasłem powrotu do korzeni, czyli próbowania win stworzonych z możliwie starych krzewów winorośli. Najlepiej tak starych, by posiadały wręcz własne korzenie (o tym, co to znaczy podkładka, filoksera itp. pisałem już kiedyś tutaj). Czy wino takie jest lepsze, niż to otrzymane ze „zwykłych” szczepów? Oto jest pytanie, a degustacja nie przyniosła chyba definitywnej odpowiedzi. Podjęty temat jest zresztą ze wszech miar interesujący, i postaram się do niego wrócić w którejś z przyszłych notek. Na razie zaś powrócę do samej degustacji.

Zaczęliśmy od wyprawy w góry; zatrzymując się na popas w dolinie Aosty, w gościnnych progach ponoć najwyżej ulokowanej w Europie winnicy La Cave du Vin Blanc de Morgex et de La Salle. Próbowaliśmy Blanc de Morgex et de la Salle 2006, stworzonego na bazie odmiany Prie Blanc, rosnącej właśnie na własnych korzeniach.
Wino wzbudziło powszechne zaskoczenie, w niektórych przypadkach (np. moim) ocierające się o zachwyt, tym bardziej podbudowany jego niewielką ceną (choć w Polsce chyba się go nie dostanie). Wino niezwykle ciekawe; moje notatki o bukiecie zdecydowanie wzbudziły moją ciekawość, gdy spojrzałem na nie po przerwie; tym większą, że było to pierwsze wino, więc umysł miałem jeszcze mało zmącony. Napisałem mniej więcej coś takiego: „pierwsze wrażenie przywodzi na myśl Sauvignon Blanc z Nowego Świata, intensywność i zieloność podbudowana nutami owocowymi. Po chwili jednak wrażenie mija, i przychodzi skojarzenie z Gewurztraminerem, które też nie jest całkiem trafne...” Przyprawy, kwiaty i owoce, a przy tym graniczące z pewnością przypuszczenie, że jednak nie jest to żadna z powyższych odmian...? Takie zagadki to tylko główny autor portalu Winobranie rozwiązuje od ręki, ale nie ja ;-)
W ustach wino prezentowało się delikatnie i mineralnie. Piękne, interesujące wino, wygląda zresztą na to, że nie tylko nam się tak wydawało...

Cały akapit na jedno wino to dużo, i pewnie trochę niesprawiedliwe, bo były tego wieczoru także inne znakomitości. Na przykład Henry Marionnet Provignage 2006, z rzadkiej i mało znanej odmiany Romorantin, której po rodzicach całkiem blisko do odmian takich jak Chardonnay czy Melon. Winnica tym razem jedna z najstarszych, jeśli nie najstarsza we Francji, wino zaś nadzwyczaj lekkie, z nutami nie do końca dojrzałych owoców, w tym jabłek, i bardzo ciekawymi akcentami pokrzywowymi. Naprawdę niezłe; niegdyś opisywane już  przez jednego z klasyków winopisarstwa, czyli Erica Asimova z NYT. Kolejne wino, Hatzidakis Santorini 2007, o niższej niż poprzednicy kwasowości, za to ciosane z nieco mniejszą on nich finezją, pod każdym jednak względem poprawne i zrównoważone. Dwa ostatnie wina w kolorze białym to Rieslingi; pierwszy to Van Volxem Alte Reben Saar Riesling 2007, o pięknym ciele, kwasowości, długości i równowadze, co w końcu nie zdarza się tak często, i trochę bladziej na tym tle wypadający Ernst Loosen Erdener Treppchen Vineyard Riesling Kabinett 2006. Van Volxem zaprezentował chyba najładniejszy tego wieczoru bukiet pełny świeżo startych słodkich jabłek, cytrusów i aromatów kwiatowych. Drugi z Rieslingów był zdecydowanie mniej barokowy, ale też ponad-przyzwoity.


Wina czerwone rozpoczęły się wraz z Zinfandel Ravenswood Old Vines Lodi 2004, który zaskoczył mnie nieco swoim niespodziewanym umiarkowaniem. Niemniej jednak trudno policzyć mu to za wadę. W bukiecie nuty słodkie, karmelowe i powidłowe, w ustach zaś już bardziej wiśniowo, z delikatnymi akcentami migdałów. Zaskakująco, wino raczej średnio-ciężkie i powściągliwe; przyznam jednak, że ten styl w Zinie też mi się podoba. Interesujące, czy Joel Petersson, wciąż doradzający Ravensowoodowi, miał powody, by wyrzeźbić tego Zina akurat w taki sposób? Ech, gdyby tak porównać kilka kruczych Zinów na jednej degustacji...

Kolejne wino zdobyło chyba laur kontrowersji wieczoru. Było to Domaine du Cros Cuvee Vieilles Vines Marcillac 2005, i tu muszę się uśmiechnąć, gdyż podczas degustacji określiłem je mianem “szlachetnie ascetycznego”, co rozbawiło część towarzystwa. Wygląda jednak na to, że wino to zawiera trudną do uwierzenia nutę przymusu formułowania eufemizmów – no cóż, zobaczcie tutaj. No, jeśli „szlachetny ascetyzm” nie może być przetłumaczony przy odrobinie dobrej woli jako „refined rusticity”, to niech piję Carlo Rossi do końca dni moich...

Określając je jednak w sposób bardziej klasyczny – nos kusił aromatami ciemnych owoców, czarnego pieprzu i tytoniu (nie był to chyba tytoń z papierosów towarzystwa, które rozsiadło się obok). W ustach wino lekkie do średniego, o właściwiej jednak równowadze i kwasowości, z akcentami czarnych porzeczek i innych owoców. Kluczem do tego wina jest właśnie słowo „akcenty” – żadna nuta nie była nadmierna lub agresywna, a wino miało tyle ciała, ile potrzeba. Z czasem jeszcze się rozwinęło. W mojej ocenie było bardzo ciekawe, złożone, choć delikatne. W pewien sposób nawiązujące do lekkości Pinot Noir, ale nie do końca; zdecydowanie miało swój własny styl. Co ciekawe, starzone było (jeśli się nie mylę), w kadziach z kasztanowca.

Wino numer osiem, czyli Domaine Labranche Laffont Madirane 2006 potwierdzało za to stereotypy – niezwykle skoncentrowane, zamknięte wręcz, o potężnym garbniku, który wziął się tam za przyczyną odmiany. Odmiany o nazwie Tannat. Pod niektórymi względami podobne do poprzedniego Domaine Gardies Vieilles Vignes 2006, oparte m.in. na równie zwykle dość tanicznych odmianach Grenache, Carignan, Mourvedre w mojej ocenie było zdecydowanie gorzej zrównoważone. Zbyt niska kwasowość, zbyt mocny garbnik, niestety. Ale pijalne jak najbardziej.

Tak jak wieczór rozpoczął się zaskoczeniem, tak skończył się kolejną miłą niespodzianką. A imię jej było Chateau Haut-Bailly, Pessac-Leognan 1997. Rześkie, niezwykle rześkie, pod każdym względem poukładane, owocowe i okrągłe. Świetny materiał na podchwytliwy materiał na degustację pt. „zgadnij, ile lat ma to wino”. Ja bym dał się pokroić, że najwyżej trzy ;-) A tak poza tym, po prostu świetne wino; klasyk.

Wasze Zdrowie!

22:05, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2009

Pastwiłem się ostatnio nad El Sol bez pardonu, na szczęście pokrzepienie nie było daleko. Z cyklu „wina otrzymane” trafiło do mnie Nobile di Montepulciano od Avignonesi. Wino bardzo dobre i eleganckie, a przy tym znakomicie rozwijające się w kieliszku. Delikatne, czerwone i czarne owoce w bukiecie i pełna elegancja na języku. Wino średnio ciężkie, długie, znakomicie zrównoważone, na początku prezentuje całkiem przyjemną owocowość, za którą postępują przyjemne nuty wanilli, cedru, może cynamonu. Kwasowość także średnia, współgrająca z całością. Bardzo przyjemne wino, warte polecenia, w swej kategorii cenowej jest w porządku. Ocena: 8,5.

 

Avignonesi Vino Nobile di Montepulciano 2005
15:47, sofanes , Oceny
Link Komentarze (1) »
wtorek, 03 lutego 2009

Taka fajna reklama! Taka dizajnerska butelka bez etykiety! Takie ekspozycje w każdym supermarkecie! Taka naprawdę fajnie zaprojektowana strona www! I takie fatalne wino...Ale może po kolei. Butelka trafiła do zakupowego koszyka w ramach stale realizowanego planu przepatrywania win popularnych i szeroko dostępnych. W większości przypadków oceniane tu wina z tej grupy nie trafiały do skrajnych kategorii; kilka nawet zostało zaliczonych do grona okazji. Nie jest tak jednak w przypadku opisywanego dziś El Sol Chile. Zwykle oceniam wino przez dwa dni – popijając sobie po trochu i śledząc ewentualne zmiany. Tym razem także tak było, ale właściwie przez przypadek. Pierwsze wrażenie było bowiem tak bardzo negatywne, że wino postanowiłem natychmiast wylać. Aromaty były zdecydowanie nieprzyjemne – jakby owoców, ale owoców, które zbyt długo leżały na słońcu i zaczęły fermentować. W tle zaś przewijał się wyjątkowo nieprzyjemny, chemiczny wręcz zapach kojarzący się z płynem do mycia okien. Smak nie był dużo lepszy – choć nieco mniej natarczywy, to jednak słodkawy i zupełnie płaski. W tym momencie zdecydowany byłem dać najniższą możliwą ocenę (tego jeszcze na tym blogu nie było) czyli „5”, co znaczy „niepijalne”. Przez najprawdziwszy przypadek zapomniałem jednak wylać butelkę do zlewu, i co dosyć mnie zaskoczyło, miało to swoje konsekwencje. 

Pisałem nie raz, iż napowietrzanie służy winom – właściwie nigdy jednak nie sądziłem, że dotyczy to także win tak bardzo byle jakich. A jednak. Kiedy następnego dnia ujrzałem zapomnianą butelkę, z pewną dozą masochizmu postanowiłem sprawdzić, czy aby na pewno moja surowa ocena z dnia poprzedniego była zupełnie słuszna – właściwie będąc głęboko przekonany, że z pewnością tak jest. No i przyznaję – spotkało mnie zaskoczenie. „Chemia” z aromatu gdzieś się ulotniła. Smak stał się zupełnie neutralny, choć wciąż zbyt słodkawy (później doczytałem, że to wino półwytrawne). Nie, zdecydowanie nadal nie było to wino, jakie chciałbym komuś polecić – jednak wrażenie koszmaru trochę się ustateczniły. Skoro tak, ocenę podwyższam – ale cóż, do zakupu nie namawiam. Ocena: 6.

El Sol, Chile