Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
czwartek, 29 listopada 2007

No tak, czas zaserwować kolejną pigułkę...dwie już zażyte, a ja obiecałem przecież napisać więcej o niejakim Nicholasie Longworth’u.
Dżentelmen ten (o czym było już wcześniej wspomniane) stanowiący żywy przykład realizacji skądinąd charakterystycznego dla tego czasu i miejsca mitu od pucybuta do milionera, żywił marzenie doprowadzenia do tego, by na amerykańskiej ziemi udało się wreszcie wyprodukować przyzwoite wino. Marzenie to nie odróżniało go zanadto od niezliczonych poprzedników. W wielu wypadkach nie odróżniało go nawet od nich osobiste bogactwo – głównym powodem, dzięki któremu jego imię i nazwisko zostało zapamiętane (a ich nie) był bowiem fakt, że Nicholas Longworth był pierwszym...któremu się udało.

A sukces ten zawdzięczał, jak można się domyślać, przypadkowi – wśród wielu klonów winorośli, które testował, znalazła się jedna, która nie tylko okazała się dosyć odporna na choroby, ale i dało się z niej produkować akceptowalne wino. Odmiana ta nazywała się Catawba, a trafiła w ręce Longwortha dzięki uprzejmości pewnej wdowy z Maryland. Jak pewnie już się domyślacie, Catawba była przypadkowym mieszańcem (podobnie jak w przypadku odmiany Alexander), powstałym najprawdopodobniej pomiędzy V.labrusca i V. vinifera, choć zdanie na ten temat wciąż są podzielone (niektórzy twierdzą, że jest to rdzennie amerykański szczep). Nazwa szczepu Catawba wywodzi się od nazwy rzeki w Północnej Karolinie; a ta znowu od nazwy szczepu Indian zamieszkujących kiedyś jej okolice.
 
Czerwone, wytrawne wino wyprodukowane z Catawby raczej nie zadowoli podniebienia wysublimowanego konsumenta, ale mówiąc krótko - da się wypić, co na początek wystarczyło Nicholasowi L., który znalazł odbiorców produkowanego wina wśród przedstawicieli licznej niemieckiej kolonii osiadłych w okolicy. Dla nieco zdesperowanych brakiem wina Niemców produkt Longwortha był akceptowalny; dla reszty potencjalnej klienteli już niekoniecznie. Wkrótce jednak przypadek znowu pomógł naszemu pionierowi – w części już wyprodukowanego wina, tuż przed zabutelkowaniem,   zaszła ponowna fermentacja (prawdopodobnie na skutek przypadkowego dosypania cukru), która doprowadziła do powstania napitku o cechach wina musującego. Uzyskany napój wydał się Longworthowi bardzo smaczny i przykuł jego uwagę na tyle, iż zdecydował się zatrudnić eksperta z Francji, wyspecjalizowanego w produkcji prawdziwego szampana.

Metoda champenoise była, rzecz jasna, świetna - nawet pomimo początkowych drobnych trudności, kiedy to np. zastosowano do butelkowania standardowe butelki do wina w wyniku czego pewnego razu w piwnicy eksplodowało ich circa 42 tysiące.
Wiadomo jednak, że prawdziwych idealistów takie drobnostki nie powstrzymują, a Nicholas Longworth, jak już wspominałem, oprócz idealizmu posiadał wielocyfrowe konto bankowe.
Zakup trwalszych butelek i zatrudnienie bardziej przewidujących wine-makerów przyniosło w końcu prawdziwy sukces. Musująca Catawba stała się, jak to się dziś mówi, prawdziwym hitem. Do 1850 roku sprzedawana była w całym kraju, zaś pozytywnie wypowiadały się o niej nawet gazety europejskie, nie szczędząc ciepłych porównań do oryginalnego szampana!

Wkrótce Nicholas Longworth zostaje nazwany „ojcem amerykańskiego winiarstwa”, zaś jego sukces zachęca pierwszych naśladowców. Sława musującego wina z Catawby  przyczynia się także do zmiany podejścia przeciętnego winopijcy, który coraz częściej zaczyna próbować Catawby w wydaniu wytrawnym. Pełnię szczęścia idealisty mącą jedynie coraz większe problemy z chorobami winorośli, ze szczególnie fatalnym dziesięcioleciem 1850-1860, kiedy udaje się wyprodukować tylko trzy przyzwoite roczniki. Bogactwo Longwortha pozwala mu znosić mu kaprysy pogody, kieszenie innych  producentów nie są już tak głębokie. Wielu bankrutuje, wielu ledwo wychodzi na swoje. W 1863 roku Nicholas Longworth umiera; jego naśladowcy idą w rozsypkę. Pierwszy  okres "prawdziwego" winiarstwa w USA (Kalifornię wypada rozpatrywać oddzielnie; już wkrótce osobna „pigułka” na jej temat) kończy się symbolicznie w 1870 ze sprzedażą winiarni Longwortha miejscowemu browarowi.

Szlak jednak został przetarty; wiara w to, że uda się produkować wino w centralnej i wschodniej części USA przywrócona. Przez kolejne 50 lat inni śmiałkowie eksperymentowali z różnymi szczepami winorośli. Niektórzy w Ohio, przy wybrzeżu jeziora Erie (gdzie jedną z wysp, ze względu na dużą liczbę krzewów winorośli nazwano Catawba) inni bardziej na zachód, w rejonie Missouri, gdzie dużą popularność uzyskał szczep o nazwie Norton. Również w znanym dzisiaj regionie Finger Lakes w stanie Nowy Jork zaczęto wtedy właśnie zakładać pierwsze winnice. Wszędzie wprowadzano (z różnymi sukcesami) nowe odmiany, jak Isabella czy Ives Seedling.

Jeśli zaś o mnie chodzi, mogę rzec, że część z tych wyżej wymienionych regionów odwiedziłem, i różne dobre (i mniej dobre) wina piłem. O wizycie w winnicach na północ od St. Louis w Missouri pisałem już kiedyś; jeśli zaś chodzi o Ohio, wybrzeże jeziora Erie objechałem podczas wyprawy do Niagary i tzw. Regionu Tysiąca Wysp (skąd pochodzi pewien znany sos), ale akurat w winnicach miejscowych wtedy nie gościłem. Mam niejasne wrażenie, że próbowałem całkiem niezłego miejscowego wina na wyspie Kelley, ale niejasne wrażenie to trochę za mało, żeby się rozpisywać. Rozpiszę się za to troszeczkę o Kalifornii i tamtejszym winiarstwie; ale to dopiero w kolejnej notce...
Wasze Zdrowie!

03:03, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 listopada 2007

Nie, kochani, bez obawy, siadajcie i częstujcie się Wirtualnym, nie zamierzam zamiast niego serwować steku banałów o młodym winie, które nie jest może dobre (ale nie zawsze wcale jest też ohydne), ale może mieć swój urok, jeśli...bla-bla-bla. W ogóle mam wrażenie, że ludzie piszący o winie starają się omijać ten temat, no bo o czym tu się rozpisywać...wiadomo, że we właściwym czasie i tak ukaże się 57 artykułów wałkujących temat od lewa do prawa i z powrotem. Co gorsza, tak dzieje się co roku ;-)

Przyznam się, że nie zamierzałem akurat BN poświęcać nawet jednej notki, ale zdanie zmieniłem, gdy natknąłem się na interesującą ciekawostkę. Czy wiecie, w jaki kraj na Świecie importuje najwięcej BN? No, strzelajcie – Niemcy, USA? Nie, Moi Drodzy, w żadnym razie. Więcej Beaujolais nouveau kupuje bowiem...Japonia. I to około dwa razy więcej, niż oba wspomniane wyżej kraje razem wzięte, czyli około 11 milionów butelek. Francuscy producenci w pełni tego konsumenta doceniają - na ten specyficzny rynek trafi w tym roku np. 400 000 butelek różowego BN, skrojonego specjalnie pod japoński gust.

Czym wyjaśnić ten fenomen? Trudno powiedzieć, ale ten oto artykuł w Japan Times sugeruje kilka wyjaśnień. Perfekcyjny marketing, rzecz jasna, to jedno z nich (zobaczcie poniższy film, i zgadnijcie, czym napełniony jest basen...), ale mnie zaskoczyło bardziej przypuszczenie, że chodzi właśnie o smak i zapach młodego wina – ponoć świetnie wpisującego się w tradycje japońskiej kuchni, doceniającej produkty słabo przetworzone...

Ech, Moi Drodzy, de gustibus...i tak dalej ;-)

Wasze Zdrowie!

03:21, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 listopada 2007

Proszę bardzo, kolejny Shiraz z Australii, choć nie jestem pewien, czy akurat do dostania w Polsce (są niektóre inne wina tego producenta). Wrażenia – oto klasyczny przykład australijskiej Shirazowości  ;-)

Bardzo piękny bukiet, skoncentrowany i intensywny, generalnie jeżynowo i śliwkowo, nuty owocowe tak intensywne, że aż słodkawe. Smak mocno dżemowy (jedni to kochają, inni mniej, ja w zależności od humoru), świeża konfitura śliwkowa. Średni ciężar i długość. Wino, które raczej nie zawiedzie, ale nie dałbym za nie więcej, niż 50 złotych. Ocena: 7,5.

 

Rosemount Shiraz DL 2005
02:42, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 listopada 2007

Kilka dni temu napisałem pierwszą notkę dotyczącą historii winiarstwa w Stanach Zjednoczonych, w oparciu głównie (acz nie jedynie) o książkę Paula Lukacsa.
Dzisiaj ciąg dalszy; dotyczący prób z uprawą winorośli i produkcji wina na Wschodzie USA (o Kalifornii napiszę trochę później).

Pierwsi europejscy osadnicy docierający do wschodniego wybrzeża Ameryki przywozili ze sobą wszystko, co tylko mogło im się przydać podczas kolonizacji Nowego Świata. W bagażu znalazło się także miejsce dla krzewów winnej winorośli, której przetworzony produkt ma niezwykłą cechę dodawania optymizmu w każdych, nawet najtrudniejszych warunkach. Pomimo najlepszych starań farmerów, Vitis vinifera za nic jednak nie chciała przyjmować się na amerykańskim gruncie. Działo się tak na skutek obecności całego szeregu bezlitośnie ją atakujących patogenów, przeciwko którym nie miała ona praktycznie żadnej odporności (trochę więcej pisałem o tym temacie tutaj). Nie bardzo rozumiejący przyczyny kolejnych porażek farmerzy i posiadacze ziemscy nie ustawali jednak w wysiłkach mających doprowadzić do upragnionego celu, czyli produkcji lokalnego wina. Stosowano najróżniejsze podejścia - dla przykładu, niektórzy zasobni arystokraci sprowadzali „na jeden raz” nawet kilkadziesiąt tysięcy sadzonek (licząc zapewne na efekt skali), tylko po to, by z przerażeniem oglądać błyskawicznie postępującą zagładę nowo założonej plantacji.

Ich frustrację zwiększała obserwacja, iż wiele podobnych do winorośli winnej miejscowych gatunków radzi sobie znakomicie. Cóż jednak z tego, skoro próby wytwarzania z nich wina kończyły się zawsze wyprodukowaniem napitku wyjątkowo obrzydliwego, o okropnym posmaku często określanym jako „lisi”?

Nieustannie podejmowane wysiłki uprawy Vitis vinifera, nieuchronnie kończące się mniej lub bardziej spektakularnymi porażkami, przyniosły jednak jeden nieoczekiwany efekt – na dziesiątki lat przed opisaniem podstaw genetyki, w wielu (jak można mniemać) ogrodach i uprawach winorośli powstały przypadkowo pierwsze odmiany mieszańcowe. Tylko niektóre miały szanse być zauważonymi i przetestowanymi, ale to właśnie te nieliczne naturalne mieszańce na nowo przywróciły wiarę, że wyprodukowanie przyzwoitego wina we wschodniej części kontynentu północnoamerykańskiego jest możliwe.

Wczesnych zwolenników uczynienia z Ameryki kraju winem płynącego było wielu; najbardziej znanym był pewnie Thomas Jefferson, wielki admirator europejskiego wina i niestrudzony propagator kolejnych eksperymentów mających doprowadzić do tego, że USA staną się krajem winiarsko-samowystarczalnym. Jeszcze za życia Jeffersona dotarła do niego przesyłka z odmianą winorośli o której mniemano, iż jest rdzenną i w pełni amerykańską, oraz winem z niej wyprodukowanym. Raczej na pewno nie było to wino nadzwyczajne, jak na dzisiejsze standardy, ale spokojnie nadawało się do picia. Dziś już nieistniejąca odmiana Alexander (nazwana tak od nazwiska ogrodnika, który odkrył ją około 1740 roku) była prawdopodobnie mieszańcem V. vinifera  i V. labrusca.

Dopiero jednak szczep o nazwie Catawba i duże pieniądze niejakiego Nicholasa Longwortha udowodniły, że w USA naprawdę może powstać przyzwoite wino.
Wspomniany wyżej Nicholas Longworth był bez wątpienia postacią nietuzinkową.
Syn rojalistów, czyli zwolenników rządów Korony Brytyjskiej w koloniach, zaraz po uzyskaniu przez USA niepodległości udał się na Zachód, by zmyć hańbę ze swojego nazwiska i zacząć od zera. Był idealistą, a przy tym – to połączenie możliwe chyba tylko w Stanach – geniuszem spekulacji nieruchomościami. Osiedlając się w okolicy Cincinatti bez przysłowiowego grosza przy duszy, w ciągu kilkunastu lat stał się jednym z najbogatszych Amerykanów.

Jego idealizm zaś przejawiał się w wierze, iż USA może być krajem, w którym zrealizuje się „agrarny mit” kraju bez wielkich miast z nieodłącznie do nich przypisanymi przestępczością, brudem, saloonami, oraz wszystkimi innymi negatywnymi zjawiskami. Podzielał tym samym, być może świadomie, być może nie, poglądy Thomasa Jeffersona. Tym, co wspólne dla przekonań obu wymienionych dżentelmenów było uznawanie wina jako ważnego elementu realizacji tego „agrarnego marzenia”. Dziś może wydawać się to dosyć zaskakujące – nie wolno jednak zapominać, że Ameryka na początku XIX wieku była rozpijaczona w sposób straszliwy. Życie pionierów do łatwych nie należało, i jakoś tak się stało, że w konsumpcji „ciężkiego” alkoholu per capita USA było w tym okresie na samym szczycie statystyk (choć dokładnych wyliczeń w tym czasie nie prowadzono).

No nation is drunken where wine is cheap” – zauważył trzeci prezydent USA i jest to cytat, który warto polecić także naszym parlamentarzystom.
Wino, jako element kultury i życia zgodnie z naturą miało być postawione w opozycji do whisky i innych mocnych trunków. A co dokładnie zrobił Nicholas Longworth, Moi Kochani – już za parę dni.
Zdrowie!

03:39, sofanes
Link Komentarze (4) »
środa, 21 listopada 2007

Oto kolejny Zin z Amador County od Monteviny. Jest to bez wątpienia wino bardziej stonowane, niż opisywany już tutaj Zinfandel Terra d’ Oro tej samej firmy.
Jest też zdecydowanie lepiej zrównoważone, choć nieco mniej złożone. W porównaniu ze swoim starszym bratem sporo tańsze (co nie znaczy, niestety, że tanie, jego cena to około 50 złotych) i (jeszcze bardziej) warte swojej ceny. Bardzo przyzwoity Zinfandel – nos dość typowy, czerwone owoce, może bardzo lekki zapach rodzynek, biszkoptu z truskawkami i ziół. W ustach piękne także piękne owoce, delikatne, ale dość dobrze wyczuwalne.
Wino nie jest atakujące, pięknie rozwija się z czasem (w karafce, znaczy się, a nie przez lata w piwnicy...). Warto spróbować. Ocena: 8.

Montevina Zinfandel 2003

poniedziałek, 19 listopada 2007

Moi Drodzy! Wpadła mi w ręce książeczka o historii amerykańskiego winiarstwa (właściwie, ograniczonej do USA), popełniona przez pisującego o winach do Washington Times Paula Lukacsa, a zatytułowana American Vintage – The Rise of American Wine.
W gruncie rzeczy historia amerykańskiego winiarstwa jest na pewno bardziej złożona, niż to opisał pan Paul (tylko złośliwiec mógłby twierdzić, że 386 stron jak na jankeskie winiarstwo to aż nadto...), ale i ta skrótowa wersja może przyciągnąć uwagę i zafascynować. Podczas czytania nawiedziła mnie pewna idea – a może tak, na podstawie tej ciekawej lektury i źródeł dodatkowych, pokusić się o jeszcze bardziej skrótowo-blogowy, odcinkowy opis tego, jak jankesi uczyli robić się dobre wino...? Książeczka pewnie nigdy nie zostanie przetłumaczona na polski, a traktuje zajmująco o różnych osobach i wydarzeniach, które zainteresować mogą dziwaków znajdujących upodobanie w niszowych tematach (i niszowych blogach na ten przykład).

Oprócz tego, pisanie, sprawdzanie różnych faktów i poszukiwania dodatkowych źródeł w sieci sprawia, że jakoś tak mimochodem wiele informacji samych wchodzi do głowy i zostaje czasami na moment dłuższy, niż dwie chwile (a może to tyle samo...? Czytelnicy Tytusa, Romka i A’Tomka, korygujcie!), tak więc sporządzenie tych notek traktuję też jako mały trening i zabawę.
Dobrze więc...dziś zacznę od fragmentu wstępu, który przytoczę mniej – więcej dosłownie (a skłonił mnie ten wstęp do zakupu całej książczyny). Wybaczcie nieudolny przekład...
No, to erhm, erhm, zaczynam:

(...) „Wina dla barbarzyńców” – rzekł mężczyzna; a przynajmniej takie słowa rozległy się w słuchawce tkwiącej w moim uchu, wypowiedziane przez tłumacza. Działo się to w maju 1997 roku, gdy przebywałem na odbywającym się we Włoszech sympozjum poświęconym przyszłości wina w Unii Europejskiej. Mężczyzna – wyglądający na arystokratę producent wina z Toskanii - kierował swoje krytyczne słowa pod adresem win pochodzących z USA. „Barbarzyńskie wina” – powtórzył, i w ognistej mowie wezwał swych pobratymców na szańce, by bronić się przed inwazją tych najwyraźniej niepijalnych pomyj. Tego samego popołudnia oczekujący na kolejne wydarzenia dziennikarze mieli okazję spróbować win wystawionych przez różnych producentów obecnych na sympozjum. Wśród oferujących poczęstunek stał ten sam signor, cały pęczniejący od dumy i nalewający swoje super-drogie i super-wspaniałe vino da tavola; zrobione głównie na bazie Cabernet Sauvignon, o pięknym, purpurowym kolorze; a smakujące...dokładnie tak, jakby przyjechało tu prosto z Napa Valley.
Był to moment, w którym zdecydowałem się napisać tę książkę. Od końca lat 70-tych, czyli mniej więcej od czasu, do którego datuje się moje zainteresowanie winami, amerykańscy winiarze otwarcie starali się naśladować „model europejski”. Dwadzieścia lat później jest już dokładnie na odwrót, z tym może wyjątkiem, że nikt w Europie się do tego nie przyzna. Wystarczy jednak spróbować bogatego, drogiego Bordeaux, pełnego owoców Burgunda, wreszcie Super-Toscanów, jak chociażby ten wyżej przeze mnie wspomniany – by stwierdzić, że Nowy Świat znacząco zmienił styl i smak win Starego Świata.
Amerykańskie wino, które jak najbardziej przez długie dziesięciolecia po Prohibicji w rzeczy samej było „barbarzyńskie”, dziś jest wśród najlepszych na świecie. (...)”

Smaczne? No, więcej cytatów raczej nie będzie, ale książka fajna.
Historia amerykańskiego wina w telegraficznym skrócie, w nieregularnych odcinkach, już wkrótce.
Wasze zdrowie!

05:17, sofanes
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3