Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
niedziela, 30 listopada 2008

Dużo! Wszystkiego w tym winie za dużo. Potężna kwasowość, silne garbniki, mocny alkohol, intensywny ekstrakt. Agresywne i niezbyt poukładane. Powinno spędzić sporo czasu na półce; drugą ewentualnością jest dłuuuuuugie napowietrzanie w karafce. Powiem szczerze, że nie jest to wino, które mnie podbiło – dość drogie (koło 50 zł), reprezentuje klasę win „czyśćcowych” – lepsze niż stołowe, ale raczej bez szans na choćby zbliżenie się do win szlachetniejszych w smaku. Miałem nieodparte wrażenie, że jest to Carmenere robione na kształt Cabernet – nie wiem, czy brzmi to wystarczająco jasno, ale generalnie chodzi mi o nadreprezentację cech, o które często oskarża się wina z Nowego Świata (zresztą zupełnie niesłusznie, jeśli spojrzeć na całokształt) – pewna nadmierność wzmocniona alkoholem, atakująca kwasowość, etc. Nie, nie jesteśmy fanem tego typu nowoświatowości, my preciousss... 

Wino ciężkie, długie i pełne, dominują ciemne owoce  i nieśmiałe (szkoda, że aż tak bardzo), może nawet bardzo nieśmiałe nuty czekoladowo-skórzane. Gdyby te ostatnie były intensywniejsze, a wino bardziej zrównoważone – cóż, pewnie pisałbym zupełnie inną notkę. A tak ocena na 7,5, i to raczej miłosierna...

Santa Carolina Barrica Selection Carmenere, Rapel Valley, Chile, 2006

czwartek, 27 listopada 2008

...jeden dla zdrowotności. Tak, tak, Moi Drodzy, dzisiaj postanowiłem wrócić do tematu wina i zdrowia. Kiedyś już notkę na ten temat napisałem, jednak ostatnio pojawiły się nowe ciekawe wyniki sugerujące o pro-zdrowotnym działaniu wina (a właściwie jednym z jego składników, osławionym resveratrolu). Związek o tej trudnej do wymówienia i zapamiętania nazwie należy do klasy polifenoli, które w różnych postaciach i formach obficie występują w skórkach winogron i winie (polifenolami są także garbniki\taniny).
Resveratrol zrobił już sporą karierę, kiedy okazało się, że może on przedłużać życie np. nicieniom – należy on bowiem do grupy substancji aktywujących pewne geny ( tzw. geny SIR), których podwyższona aktywność (bądź sztuczne dodanie dodatkowych kopii) wydłużało czas życia drożdży, nicieni i muszek owocowych. Efekt wzmocnionego działania tychże genów przypomina stan  fizjologicznego „głodu” (dietary restriction), którego dobroczynny efekt wydłużania życia został już dawno dowiedziony.

O ile jednak każdy z nas chętnie żyłby parę lat dłużej, o tyle pozostawanie przez lata lekko głodnym to cena, przyznajmy, dość wygórowana. Tym większą uwagę naukowców przyciągają substancje, które mogą wywoływać podobny efekt fizjologiczny na poziomie komórkowym co ścisła dieta, pozwalając nam na zjedzenie od czasu do czasu kusoczka białego mięsa (znaczy się, słoniny...). No i tu powracamy do resveratrolu, który wydaje się być właśnie takim cudownym środkiem. W każdym bądź razie argumentów za taką tezą dostarcza wrześniowa praca z Cell Metabolism (bardzo szacownego czasopisma).
Badania, tym razem przeprowadzone na myszach, sugerują, iż pomimo tego, iż myszy nie żyły jakoś specjalnie dłużej, to ich stan fizjologiczny był sporo lepszy, niż u kuzynów nie mających szczęścia konsumować resveratrolu, zaś ekspresja genów pobudzanych przez ten związek bardzo podobna do tej wywoływanej przez dietę. Innymi słowy, coś jakby eliksir młodości (co nam w końcu po długim życiu, jak nie będziemy mogli samodzielnie otworzyć butelki z winem). Autorzy sugerują jednak, że to, iż życie myszy nie uległo wydłużeniu ma związek z faktem, iż w eksperymencie użyto myszy w dorosłych (zgadnijcie, dlaczego). Troszkę dokładniej pisze o tym New York Times, a jeśli macie zacięcie naukowe, popatrzeć możecie na oryginał artykułu tutaj.

Wyciągać na podstawie wyżej opisanych wyników zbyt daleko idących wniosków nie należy (dawki substancji w eksperymencie były bardzo wysokie), z pewnością nie można sugerować, by poić winem małe dzieci (by wydłużyć im życie), ale kieliszeczek wina do obiadu z pewnością nie zaszkodzi...

Wasze (a jakżeby inaczej) Zdrowie!

16:20, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 listopada 2008

Witajcie!

Jak wiecie, czasem nachodzi mnie humor, by zająć się tematem który choć w małym stopniu łączy moje zainteresowania zawodowe z hobbystycznymi. Nie są to pewnie notki szczególnie ekscytujące dla większości zaglądających tu czytelników, ale wydaje mi się, że czasem warto napisać trochę na tematy, o których popularne przewodniki winiarskie wspominają rzadko lub wcale, a które mają większe lub mniejsze przełożenie na zawartość naszych kieliszków. Wiadomo, że pomimo całego rozwoju technologicznego, zarówno tego bio-, mikrobio- i innych, na samym początku jest...winorośl.

Celowo nie napisałem „winorośl właściwa” bądź „winorośl winna”, gdyż wino można robić także z innych jej gatunków. Pisałem już kiedyś troszeczkę o tym tutaj, zaś do tematu odmian pokrewnych, jak i hybrydowych\mieszańcowych pewnie jeszcze kiedyś wrócę. Dzisiaj jednak chciałbym skoncentrować się na pojęciach „klon”, „odmiana”, „szczep”. Kiedyś – ech, to były piękne czasy – wszystko było jasne. Ścisłe (no, nie do końca) definicje i jasność przekazu. A potem zaczęła się epoka badań molekularnych, i zrobił się koszmarny bałagan. Nie to, że zjawisko to dotknęło szczególnie winiarzy; w końcu największy nieporządek zrobił się w gruncie rzeczy we wszystkich pięknych i ustalonych systematykach, jednak pewna konfuzja wkradła się w wypowiedzi enologów, winotwórców i winopijców.

Konfuzja – dodajmy – w pełni uzasadniona. Jak bowiem podejść do faktu, że wszelkie dotychczasowe grupowania i podziały opierały się głównie na cechach morfologicznych i anatomicznych, czasem (poprzez metody pośrednie) także na cechach fizjologicznych, podczas gdy genetyczne podłoże tych zmian może być bardzo, ale to bardzo różne?
Żeby zanadto nie komplikować: czasami bardzo intensywne różnice mogą być spowodowane różnicą w działaniu np. jednego genu; innym zaś razem różnice w dziesiątkach genów mogą dawać bardzo skąpe „widzialne” skutki. Efekty mogą być bardzo ciekawe. Na przykład w przypadku odmiany Pinot Noir mamy do czynienia z sytuacją w której zróżnicowanie genetyczne obejmuje cały szereg klonów; a co zabawne, różnica pomiędzy niektórymi z „czarnych” klonów jest większa, niż pomiędzy częścią klonów Pinot Noir a „odmianami” na wino białe: Pinot Blanc i Pinot Gris.

Kiedy okazało się, że o kolorze gron może decydować właściwie jeden gen, stało się jasnym, że różnice w obrębie wielu klonów danej „odmiany” mogą być nawet bardzo duże (pomimo tego, iż definicja „odmiany” mówi o wyrównaniu i stabilności). Co ciekawe, coraz więcej wskazuje na to, że za wysoką skłonność winorośli do mutowania odpowiadają transpozony (tzw. geny skaczące). Znaczy to po prostu, że nowe klony winorośli powstają prawie wyłącznie poprzez przypadkowe mutacje prowadzące do wyłączania genów. Co i jak zostanie wyłączone, oczywiście leży poza naszą kontrolą.
Znaczy to także, że dany klon, przez lata rozmnażany wegetatywnie, „nagle” może rozwinąć nowe cechy (co dla doświadczonych winotwórców nie jest pewnie zaskoczeniem). Jeśli teraz zestawimy to z licznymi argumentami o unikalności i szlachetności Vitis vinifera i nieszlachetności innych gatunków; o gorszej „z natury” jakości odmian hybrydowych, o przeklętym GMO nawet nie wspominając, wnioski mogą być ciekawe, nieprawdaż?

Ale nie o tym chciałem. Do napisania dzisiejszego tekstu skłonił mnie bowiem dosyć stary już (ale niezwykle ciekawy) artykuł z portalu Wine Business, gdzie o różnych aspektach zmienności klonalnej i jej wpływie na poziom tanin wypowiada się profesor Douglas Adams z UC Davis (nie, to nie ten od Autostopem przez Galaktykę...). Myślę, że obserwacja, iż poziom tanin pomiędzy różnymi klonami Pinot Noir może różnić się nawet 33-krotnie, może działać na wyobraźnię. Wspomina on także, iż powszechnie akceptowana prawda, iż „z czasem taniny polimeryzują, przez co wino robi się łagodniejsze w smaku” może być, delikatnie mówiąc, nieprawdą. Warte przeczytania.

Na koniec jeszcze trochę dla porządku o nazewnictwie. Czemu właściwie używa się określenia „klon” dla nowych genotypów danej odmiany, nie wiadomo. Podejrzewam, że wszystko wzięło się od rozmnażania wegetatywnego, gdzie (teoretycznie) klony, a więc z definicji zduplikowane organizmy o identycznych cechach, miały zasiedlać kolejne winnice. Łatwość mutowania winorośli sprawiła jednak, że dziś „klon” odnosi się raczej do różnic w obrębie danej odmiany. Który to obręb, jak było wspomniane, mocno jest rozmyty ;-)

Wasze Zdrowie!

17:28, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 listopada 2008

Witajcie! Czas na kolejne sprawozdanie dotyczące degustacji win organizowanej nieformalnie przez grupę znajomych z winiarskiego forum Gazety. Poprzednia została opisana tutaj (a dotyczyła wulkanów i niespodzianek), zaś ostatnie spotkanie unaocznić i przypomnieć miało o winach mających bliższe lub dalsze związki z najdroższymi, najlepszymi, najbardziej znanymi. Innymi słowy degustowane miały być np. tzw. podstawowe wina wielkich producentów. Niektórzy z uczestników nieco się wyłamali i przynieśli wina nie tyle ocierające się o swych bardziej szlachetnych kuzynów, ale po prostu samych klasyków, co pozwoliło na wyciąganie ciekawych wniosków, burzliwą dyskusję, i – co najważniejsze – wzbogacanie bazy doświadczeń.


Próbowane wina reprezentowały zupełnie różne kontynenty, style, odmiany, roczniki, aromaty i smaki – jednym słowem (właściwie dwoma...), odmienne charaktery. Trudno w takiej sytuacji wybierać wina „najlepsze”. Postanowiłem więc zastosować stary trick, i wybrać wina równiejsze od równych kierując się zasadą – które najlepiej (i możliwie pozytywnie) utkwiły mi w pamięci. Moją pierwszą trójkę otwiera Egon Müller Scharzhof Riesling 2006, Mosel-Saar-Ruwer – wino po prostu znakomite, za niecałe 70 zł bardzo warte polecenia. Świeże, kwasowe, o niskim alkoholu, pełne, o bliskiej ideału równowadze. Jeśli szukać klasycznego „ocierania się” o wielkość za niewielką cenę, tu można znaleźć dobry przykład. Kolejnym dwóm winom do wielkości bardzo niedaleko (jeśli wypada w ogóle dystans sugerować, bo nie jest to oczywiste), a są to  Il Pino Di Biserno 2005 (chyba jednak mój faworyt wieczoru) oraz Don Melchor 2004. Il Pino Di Biserno to wino stworzone przez braci Antinorich, Lodovico i Piero, i ma być drugim winem winnicy nowej winnicy Biserno (wino główne dopiero pojawi się na rynku). Co tu dużo mówić, ten blend odmian bordoskich (głównie Merlot i Cabernet Franc) świetnie kontynuuje tradycję włoskich super-toscanów, zaś wino główne – jeśli okaże się lepsze od tego, drugiego w kolejności (co nie jest oczywiste) wejdzie bez problemu na półkę z najlepszymi winami świata. Smaki delikatne, ciepłe, karmelowe, ale podbudowane czarną porzeczką i innymi owocami, pełna równowaga i spokojna solidność... och, długo by można pisać o tym winie.

Natomiast Don Melchor, sztandarowy produkt Conchy y Toro, kupaż Cabernet Sauvignon i Cabernet Franc, był, jest, i pewnie będzie winem świetnym. Trochę inny w stylu od wyżej opisanego toskańczyka, więcej w nim chyba skojarzeń tytoniowo-czekoladowych, ale ogólnie rzecz biorąc, wszystko właściwie – struktura, kwasowość, etc. Pozostaje pytanie, o cóż Don Melchor miał się ocierać, skoro to najważniejsze wino Muszli i Byka. Oba wyżej wymienione nie należą niestety do win tanich, jednak dla kogoś, kto chce wydać sporo pieniędzy na dobre wino i nie być zawiedzionym, może być pewny, że są to propozycje odpowiednie.

Kolejne trzy wina przebijające się w mej pamięci to Musar Cuvee Rogue, Bekaa Valley 2004, Qupe Syrah Central Coast 2006 oraz Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1997. Pierwsze z wymienionych, wino z Libanu (z winnicy której piwnice nie raz i nie dwa służyły jako schrony przeciwlotnicze...), było co najmniej intrygujące. Aromaty suszonych owoców, czy generalnie świątecznego suszu do kompotu; interesujące posmaki egzotycznych przypraw i świetna równowaga – bardzo, bardzo ciekawe i nietypowe wino, a przy tym po prostu niezłe. Chylę czoła przed wine-makerem, który potrafił skomponować tak trudny blend (Cabernet Sauvignon, Cinsaut, Carignan, Grenache i Mourvedre; przewaga Cinsaut), zachowując przy tym porządną strukturę (wino nie widziało beczki).

Drugie z wymienionych, Qupe Syrah to wbrew pozorom także blend, choć bazujący głównie na Syrah. Na blogu winobranie określono je mianem „przymilnego” i chyba trafiono w istotę rzeczy. Wreszcie ostatni z trójki, Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1997,  100% przedstawiciel Starego Świata i matuszki Francji, wino pod każdym względem znakomite, łączące ziemistość z owocem w sposób mistrzowski.

Było jeszcze kilka innych butelek, które niewiele ustępowały w moim odczuciu od tych wyżej wymienionych, np. La Massa Giorgio Primo 2003, Le Macchiole Bolgheri 2005 (ponoć korkowy, ale ja złożyłem zdanie odrębne, zaś po likwidacji nie było już możliwości ponownej weryfikacji), Château Doyac Haut-Médoc 2005, czy Riesling Spätlese Mosel-Saar-Ruwer 2005 Joh. Jos. Prum’a, które jednak nie wycisnęły wiecznego piętna w mojej pamięci.

Najbardziej chyba jednak przyjemną rzeczą podczas ostatniego kontrolowanego opilstwa były różnice zdań – nie ma nic nudniejszego, niż degustacja, w której wszyscy ze wszystkimi się zgadzają. Różnice, dodajmy, dotyczyły bardziej filozofii tego, czym jest, lub czym powinno być tzw. wielkie wino, bądź wino aspirujące do wielkości. Wiadomo, że o preferencjach indywidualnych nie ma sensu dyskutować, jednak o tym, jakimi „obiektywnymi” cechami powinno charakteryzować się wino o uznanej marce, rozmawiać można, a wręcz trzeba ;-)

Największe kontrowersje wzbudziły chyba dwa wina: słynne Château Cos d'Estournel Saint-Estéphe 1997 oraz nieco mniej słynne (ale zawsze) Artemis Napa Valley 2003 ze Stag's Leap Wine Cellars. Otóż, w moim skromnym odczuciu Cos był rozczarowujący – prawdą jest, że szybko się rozwijał, jednak jak na wino o takiej sławie spodziewałem się więcej. Dwa pozostałe wina z Bordeaux pasowały mi dużo bardziej. Nie jest wykluczone, że Cos otwarty był po prostu za wcześnie, a że i rocznik ponoć nie należał do udanych, efekt końcowy...był, jaki był. Może oceniam zbyt surowo, ale za cenę butelki Château Cos d'Estournel można kupić prawdopodobnie każde z dzisiaj opisanych win, niektórych wręcz kilka, i sam bym chyba tak zrobił. Co zaś tyczy się Artemisamoje pierwsze zetknięcie się ze stylem win Winiarskiego było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Kiedy teraz spróbowałem Artemisa, uświadomiłem sobie, że to po prostu taki styl – ziemisty, dębowy, migdałowy i skórzany.

Podkreślę, że nie chcę bronić Artemisa, jednocześnie parę zdań wcześniej dokumentnie wyżywając się na Cos d'Estournel – dla mnie jednak wina ze Stag’s Leap chyba nie bardzo nadają się na szybkie degustacje. Myślę, że w pewien sposón szczególnie wymagają skupienia i koncentracji. Wciąż – wiem, narażam się na zarzuty niepoprawnego fana Nowego Świata w każdej postaci – minimalnie wyżej z tej pary postawiłbym Artemisa, który miał w sobie...więcej ukrytej siły, podskórnego potencjału...ech, brak mi słów, by się dobrze wyrazić. Wystarczy na dziś, bo notka jakaś długa się zrobiła. Aha, niezależną relację z tego samego wydarzenia możecie przeczytać tutaj.

Wasze Zdrowie!

15:00, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2008

Aaaach, Kochani, jak ja lubię to sformułowanie! Spotkać je można właściwie każdego dnia, w gazetach, książkach, radiu, telewizji i sieci. W pewien sposób ucieleśnia ono bowiem ulotny ideał „dobrego wina” definiowanego jako to, które nam smakuje. Dlaczego tylko „w pewien sposób”? Ano, gdyż nie mogę się wyzbyć wątpliwości, że to właśnie w taki sposób rozumują Ci, którzy frazy tej powszechnie (nad)używają. Czytam więc PAPowskie notki: Pan Prezydent z Panem Premierem dyskutowali przy dobrym winie w cztery oczy przez tyle a tyle godzin. A skąd właściwie wiadomo, że przy dobrym...?
Może jeden zrobił drugiemu złośliwość i przyniósł jakiegoś sikacza..? O tym to nie, żadna agencja nie napisze. A to znacznie ciekawsze, niż kto komu nogę podstawił, albo napluł do zupy – przynajmniej dla mnie i pewnie paru innych winopijców. O tym, że wino może mieć całkiem sporo do polityki pisałem już kiedyś tutaj, a dziś jeszcze dodam, że tu może leżeć klucz do wyjaśnienia różnych dziwactw polskich polityków.

Wyobraźcie sobie – piastujecie ważną społecznie funkcję, od waszej decyzji zależy los dziadków, dziatek, sierot i innych obywateli. Musicie dobrze się namyślić, żeby rzecz podpisać albo i nie, rzec „pro” lub „contra”, nawiązać z kimś znajomość albo ją zerwać. Myślicie, wysilacie się, a żeby umysł jeszcze bardziej rozjaśnić zamawiacie z kancelarii kieliszek wina. I przynoszą, a tu proszę - wino zepsute, korkowe, albo po prostu niedobre. Wiadomo, że nie cena o wszystkim decyduje. I jak tu pracować pro publico bono w takich warunkach? Jak dogadywać się z przeciwnikami politycznymi, gdy do obiadu poda się coś niepijalnego?  A w prasie kolorowej i serwisach prasowych na pewno będzie: rozmawiano przy dobrym winie, podpisywano przy dobrym winie, porozumienie wykuwało się przy dobrym winie...guzik prawda. Prasa kłamie, ot co.

Ale zostawmy mało sympatyczny świat polityki.
Zauważyliście, że w każdej polskiej telenoweli czy komedii romantycznej, kiedy tylko mowa jest o kolacji\obiedzie który to posiłek służyć ma uwodzeniu, celebracji etc. musi paść nieśmiertelna fraza: „przygotowałem/am świece, przyrządziłam/em tu_nazwa_potrawy i podałam/em z dobrym winem”. No jaaaaak raaaanyyyyy...

Czemu to zawsze musi być „dobre wino”, a pod tu_nazwa_potrawy zawsze jest coś innego? Jak nie gęsie wątróbki, risotto con fungi i móżdżki kalmarów, to pieczona kaczka z kardamonem. Czemu wyobraźnia scenarzystów, tak zwykle rozbuchana, iż pozwalająca na tworzenie w każdym nowym odcinku niebywałych wręcz perypetii dotykających prostych, sympatycznych ludzi, ograniczona jest tak niebywale, gdy chodzi o wino? To niesprawiedliwe. Wyobraźmy sobie, że dany winopijca musi przysłuchiwać się lub nawet oglądać 765 odcinek Złotopolskiej Miłości na Plebanii. Dlaczego ktoś gustujący w wyrafinowanym jedzeniu może słuchać o nowych trendach w kuchni, daniach typu fusion i tak dalej, a miłośnik wina uraczony zostanie dobrym winem?

Czasem fraza „dobre wino” może zostać wzbogacona o krótki komentarz, zwykle brzmiący: „z Chile” (albo „z Argentyny”, lub „z Francji”, etc.). Komentarz ten, jak sądzę, ma rozproszyć ostatnie wątpliwości; w końcu „Dobre wino. Z Australii” musi przekonać ostatnich niedowiarków. Nie chodzi oczywiście o to, żeby stosować product placement, aktorzy wygłaszający tyrady o pochodzeniu babki danego wine makera to może być za dużo, ale istnieją w końcu np. rodzaje wina – jakże by było pięknie, jakby czasem padały słowa o Amarone, Chianti, czy Porto. Takie jedno słowo mogłoby pewnie zaintrygować niejednego oglądacza, a potem skłonić do dowiedzenia się, o co właściwie chodzi. Biernych podsłuchiwaczy i winopijców natomiast niezmiernie uradować. Takie jedno słowo więcej pewnie może zrobić dla promowania wiedzy o winie niż tysiąc blogów ;-)

Warto zauważyć, że w wielu zagranicznych filmach (ja, Proszę Pana, to szczególnie nie chodzę na filmy polskie, w ogóle...) bohaterowie mają jakieś pojęcie o winie – Bond gustuje w Dom Perignon (podczas dyskusji z Dr. No. Bond wyjawia, iż preferuje rocznik 53’), potem zdradzonego zresztą dla Bollingera;  pija też Sherry i Bordeux (Château Angélus). W najsłynniejszej (prawdopodobnie) scenie Milczenia Owiec padają słowa o wątróbce i Chianti (choć w książce jest mowa o Amarone). Nawet w Dumie i Uprzedzeniu wspomina się o Clarecie i Porto. W najsłynniejszym filmie świata (albo jednym z najsłynniejszych), Casablance, szampan leje się strumieniami. I tak dalej. A u nas? U nas wiadomo, do domu wrócimy, w piecu napalimy, i napijemy się dobrego wina...

Niniejszym, uprasza się entomologów...ehem, ehem. Uprasza się scenarzystów, by się na tę sprawę rzucili z szałem...

A my wypijemy Ich Zdrowie!

12:28, sofanes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 listopada 2008

Dość nietypowo dzisiaj, znowu po przerwie, ale w ramach zadośćuczynienia od razu o dwóch winach ;-)

Oba kupione w popularnym supermarkecie, zgodnie z założeniami projektu rozpoznawania win obcych i nieznanych, z nadzieją napotkania prawdziwych gwiazd. Nadzieją najczęściej nieco płonną, co jednak nie jest dla mnie powodem jakiegoś głębokiego smutku. A to z prostego powodu - mimo tego, iż większość poznawanych w ten sposób win nie aspiruje do wielkości, można całkiem często natknąć się na wina o dobrej relacji ceny do jakości. I tak właśnie jest w przypadku obu dzisiejszych win. Urugwajski tannat, odmiana która chyba już na dobre zadomowiła się w tym kraju, to wino porządne i zaprzeczające stereotypowi tannata, jako odmiany z której powstają jedynie wina o garbnikowości fałdującej szkliwo na zębach. No ale cóż, jak się przyjmuje taką nazwę, to trzeba się liczyć z uprzedzeniami ;-)

Wracając jednak do meritum – wino solidne, ale w żadnym razie nie ciężkie, określiłbym jego ciężar na średni. Delikatne leśne owoce, właściwe garbniki...wino na 7,5. Aha, na skutek tragicznego zbiegu okoliczności butelka po nim wylądowała na śmietniku,  zanim została prawidłowo skatalogowana, przez co o ile smaki pamiętam dobrze, o tyle rocznika nie jestem pewny (co w tym przypadku nie ma właściwie znaczenia, ale wspominam dla porządku). 

Drugie dzisiejsze wino zakupiłem – przyznaję od razu – dla dwóch celów: uzyskania składnika nadającego się do zrobienia winno-cytrynowego sosu do kurczaka z brokułami i kaparami, oraz - dopiero w drugiej kolejności - towarzysza tejże kury w postaci bardziej szlachetnej (w kieliszku). Przyznaję, że byłem niesprawiedliwy – wino, kosztujące poniżej 20 zł, z godnością odnalazło się w obu rolach. Sięgnąłem po Chenin Blanc, gdyż miałem ochotę na wino o wyższej kwasowości, a ponieważ był to już rocznik 2008 liczyłem także na świeżość i silny owoc – sprawdziło się połowicznie (świeżość), co i tak jest w porządku, za taką cenę. Ocena 7. Generalnie, oba dzisiejsze wina warte polecenia jako wina do codziennego posiłku (czy też prawie codziennego).

Simonsvlei Premier Chenin Blanc, South Africa 2008

Wasze Zdrowie! 

12:35, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2