Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Moi Drodzy! Czas dziś na notkę życzeniowo-świąteczną.
Nowy rok nadchodzi (jak to jest, że każdy kolejny coraz szybciej...?), i w związku z tym faktem życzę Wam wszystkim (i sobie), by był lepszy, niż ten poprzedni. A jeśli nawet nie lepszy, to chociaż nie gorszy, prawda? Życzę Wam jeszcze ciepła i dobrej kompanii – bo wino najlepiej smakuje pite wśród przyjaciół. Z życzeń bardziej specyficznych – importerom większych obrotów, by obniżali dla nas ceny dobrych win; szefom supermarketów (a w szczególności działów alkoholowych) - większej dbałości o wybór oferty, klientom – nadwyżek finansowych które będzie można przeznaczyć na wino; innym blogowiczom – równie miłych czytelników, jak Ci co tu zaglądają; a w ogóle:
Szczęśliwego Nowego Roku!

21:29, sofanes
Link Komentarze (2) »
sobota, 29 grudnia 2007

No proszę, dzisiaj klasyka. Robert Mondavi Winery Cabernet Sauvignon z Napa Valley.
Przedstawiciel średniej półki, lokujący się pomiędzy Robert Mondavi Private Selection (pretensjonalna nazwa wina znajdującego się najniżej w hierarchii produktów winnicy R. Mondaviego) i Cabernet Sauvignon Napa Valley Reserve, które niedawno znalazło się w pierwszej dziesiątce najlepszych win roku 2007 magazynu Wine Spectator. Niestety, pomimo  tak szlachetnych koneksji rodzinnych opisywane dzisiaj wino w żaden sposób nie sugeruje wyjątkowości. Rzekłbym wręcz, że moje oczekiwania (wzmocnione relatywnie wysoką ceną) zostały nieco zawiedzione. To dobre wino, bez dwóch zdań, ale jednocześnie śmiertelnie nudne i sprawiające wrażenie zrobionego z podręcznikiem w ręku. W bukiecie: wiśnie i delikatne nuty wanilii, inne ciemne owoce. Średni ciężar i długość. Nie do końca utrzymany balans, miałem wrażenie minimalnie za ostrej kwasowości. W ustach znowu – wiśnie i ciemne owoce, pomimo przelewania i bulgotania z prawej strony języka na lewą i z powrotem nie wykryłem nic ponadto ;-)
Ocena: 8, ale cena powyżej 25 dolarów niczym, poza legendą, nieuzasadniona.

Robert Mondavi Winery, Cabernet Sauvignon, Napa Valley, California 2004

23:12, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 grudnia 2007

Witajcie ponownie, Moi Drodzy!
Pisałem ostatnio o szampanie, a że trochę przesadziłem z rozwlekłością, dzisiaj przyszedł czas na dokończenie tematu. Czy wiecie, z jakich szczepów winogron wytwarza się ten wspaniały trunek? Pewnie, że wiecie. Ale niektórzy zaglądają tu czasem przez przypadek, i kto to wie, może nie wszyscy wiedzą? No to odpowiadam – głównie z trzech odmian: Chardonnay, Pinot Noir i Pinot Meunier (kilka innych jest dopuszczonych w regionie, ale odgrywają zupełnie marginalną rolę). Dwie ostatnie odmiany to szczepy winorośli produkujące ciemne (czarne) owoce; szampan z nich produkowany nie musi być jednak wcale w kolorze różowym (ani tym bardziej czerwonym). Dzieje się tak, gdyż producenci dbają o to, by owoce zbierane były ręcznie (co minimalizuje możliwość skaleczeń skórki), a sok z nich był wyciskany natychmiast, najlepiej jeszcze w winnicy. Maksymalne skrócenie czasu bezpośredniego kontaktu wyciśniętego soku ze skórkami i innymi częściami stałymi winogron pozwala na uzyskanie prawie białego substratu do produkcji młodego wina, które ostatecznie stanie się szampanem.

No właśnie, czas jeszcze wrócić do procesu absolutnie kluczowego w produkcji bąbelków, czyli kupażowania (mieszania) różnych partii młodego wina. Jak pewnie zauważyliście, większość szampanów nie posiada rocznika – przyczyną tego stanu rzeczy jest właśnie fakt, że na końcowy produkt często składa się wino pochodzące nawet z kilku roczników. Trzeba tu dodać, że istnieją także szampany rocznikowe – wytwarza się je jednak tylko w najlepszych latach, co dzieje się zwykle nie częściej niż trzy razy na dekadę. Jakie jeszcze napisy można spotkać na etykietach szampana? Na przykład „prestige cuvee”, co oznacza bąbelki naprawdę wysokiej klasy. Jeśli natkniecie się na określenie Blanc de blancs, będziecie pewni, że w produkcji użyto tylko białych winogron (Chardonnay); odwrotnie niż w Blanc de noirs, czyli „białym z ciemnych”.

Przez długie lata winogrona do produkcji szampana pochodzić mogły jedynie z 317 zakwalifikowanych wiosek, w tym roku zaś – to ciekawostka – podjęto decyzję o dodaniu do tej listy kolejnych 40, co ma przyczynić się do zaspokojenia popytu, szaleńczo w ostatnich latach wzrastającego (tak, problemy z nadprodukcją wina w UE nie dotyczą szampana). Więcej możecie przeczytać w portalu kurdesz.

No dobrze, ale jeśli ktoś lubi wina musujące, a niekoniecznie stać go na szampana? Czy istnieją w ogóle jakieś godne jego odpowiedniki? Ano, istnieją. Zaliczyć można do nich np. hiszpańskie wina Cava (wytwarzane przy użyciu méthode Champenoise; która jednak dla win innych niż pochodzących z Szampanii nazywa się méthode traditionnelle), czy wina musujące określane mianem Cremant (to termin obowiązujący w całej UE, choć większość Cremant-ów także pochodzi z Francji, np. regionu Jury, Loary i Alzacji), a także włoskie Prosecco i Asti.

Kiedy właściwe wino zostanie wreszcie wybrane, a następnie odpowiednio schłodzone (kubełek z lodem), ostatnią czynnością przed oddaniem się rozkoszy konsumpcji bąbelków będzie otwarcie butelki. Jak głosi francuskie przysłowie, dzwięk korka opuszczającego butelkę nie powinien być głośniejszy, niż westchnienie ukontentowanej kobiety. Chociaż, od tej zasady istnieje pewne odstępstwo – jeśli bowiem obdarzenie jesteście kawalerską fantazją, możecie nauczyć się otwierać butelkę szampana w szczególnie wymyślny sposób. Film instruktażowy poniżej ;-)


 

23:03, sofanes
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 grudnia 2007

Witajcie, Moi Drodzy...
Kreacje już pewnie wybrane, bilety na bale i balety zamówione, wszystko najprawdopodobniej gotowe. Jeśli jednak zamierzacie świętować nadejście nowego roku w gronie najbliższych, i właśnie nerwowo szukacie informacji pomocnych przy zakupie szampana, być może dzisiejsza notka nieco Wam pomoże. A może i nie, bo jak zwykle będzie głównie o historii i technikaliach ;-)

Szampan, to najbardziej romantyczne wino świata, symbol wszelkiego rodzaju świętowania i celebracji, zasługuje także na uwagę ze względu na sposób, w jaki powstaje; a jest to proces pod każdym względem skomplikowany. Przede wszystkim, szampan to wino powstałe z kupażu kilkudziesięciu nawet młodych win wytworzonych niezależnie od siebie z winogron pochodzących z różnych winnic i wiosek regionu Szampanii. Wyobraźcie sobie, jakie doświadczenie muszą posiadać „asemblażyści” (ludzie, którzy zajmują się komponowaniem odpowiedniej mieszanki; proces ten nazywa się assemblage), którzy próbując kwaśnie i cienkie porcje młodego wina są w stanie przewidywać (i to nieźle) jak z czasem rozwinie się finalny efekt ich działań -  najszlachetniejsze w świecie musujące wino. Blendowanie (inna nazwa kupażowania), sprawa niełatwa nawet z „normalnymi” winami, w przypadku szampana urasta do  rangi prawdziwej sztuki.

Przygotowanie podstawowego kupażu to jednak dopiero początek – wszak trzeba jeszcze wyposażyć go w bąbelki! Żeby to uczynić, przeprowadza się ponowną fermentację,  dodając do ostatecznej mieszanki młodych win (cuvee brzmi nieco bardziej romantycznie…) płynną porcję drożdży z cukrem (liqueur de tirage). Fermentacja przebiega tym razem w butelce, a nie stalowych pojemnikach ani kadziach. Wytworzony podczas niej dwutlenek węgla rozpuszcza się w winie, nie mogąc uciec z zabezpieczonej butelki. Te ostatnie przechowywane są w specjalnych stojakach „do góry nogami” przez co najmniej półtora roku; codziennie też butelki są obracanie o kilkanaście stopni, by zapewnić równomierne zbieranie się osadu w szyjce butelki powstającego podczas fermentacji. Kiedyś butelki przekręcane były przez specjalnie wyznaczone osoby (wyszkolony „przekręcacz” – remueur był w stanie zająć się nawet 40 tysiącami butelek dziennie. Dziś tylko około 25% producentów przedkłada ich usługi nad mechanicznie urządzenia, tzw. gyropalety). Kolejnym etapem produkcji jest zanurzenie szyjki butelki w solance, zamrażającej osad – po odwróceniu butelki „korek” z osadem wyrzucany jest przez ciśnienie, zaś powstały ubytek uzupełniany jest tzw. liqueur d'expédition, mieszankę wina i cukru. Jej dodatek decyduje o ostatecznym poziomie słodkości szampana.

Ta ostatnia klasyfikacja może być nieco konfudująca -  słowo „sec” bowiem znaczy w dosłownym tłumaczeniu „wytrawny”, ale akurat w przypadku szampana nie jest to najniższy poziom wytrawności. Kompletnie wytrawny szampan to „extra brut” (ale także „brut nature” i „brut zero”); „normalnie” wytrawny szampan to po prostu „brut”. Szampan tylko nieznacznie słodszy od wytrawnego to „extra-sec” („extra-dry” albo „off-dry”), półwytrawny natomiast (w sensie popularnym) to „sec” lub „dry”, co jest chyba właśnie główną przyczyną dezorientacji.

Demi-sec (albo „half-dry”,), które intuicyjnie (albo zgodnie z zasadami słownikowymi) chce się przetłumaczyć jako „półwytrawny”, tak naprawdę należy traktować jako „półsłodki”. Najbardziej słodkie (jak ulepek) szampany określa się mianem „doux”.
Żeby nie było tak prosto, wyżej wymienione kategorie częściowo się pokrywają...
:-)

Najsłynniejszy szampan świata to oczywiście słynny Dom Perignon. Nosi nazwę od imienia mnicha z opactwa benedyktynów w Hautvillers, którego uznaje się za prekursora wielu istotnych ulepszeń w procesie produkcji „bąbelków”. Wbrew często spotykanemu mniemaniu Dom Perignon  wcale nie „wymyślił” szampana, a „jedynie” przyczynił się do popularyzacji i zwiększenia jakości tego trunku. Zasady, które wprowadził (jak np. ostre przycinanie krzewów, bardzo rzadkie i ubogie nawożenie, zbieranie winogron wcześnie rano, zanim słońce je podgrzeje, staranna selekcja owoców, kupażowanie) szybko przełożyły się na polepszenie smaku szampana. Do tego stopnia, że imię skromnego szafarza zostało unieśmiertelnione. Dom Perignon był także jednym z pierwszych, którzy nauczyli się wytwarzać białe wino z ciemnych winogron. Ale o tym, Kochani,  i o paru innych ciekawostkach szampana dotyczących, już wkrótce...

Wasze Zdrowie!

00:26, sofanes
Link Komentarze (2) »
niedziela, 23 grudnia 2007

Drodzy Moi! Pewnie dość już macie pigułek o amerykańskim winiarstwie, w końcu kogo tam obchodzą w Rzeczypospolitej historie o jankeskich winorobach. Siadajcie jak zwykle na wirtualną kanapkę, no i oczywiście jak zwykle też możecie liczyć na kieliszeczek Wirtualnego, czas wreszcie na notkę bardziej lokalną ;-)

Przypomniała mi się ostatnio scenka z Kabaretu Starszych Panów, w której do tychże przyczepił się pewien osobnik, tłumacząc, iż musiał się on pojawić, gdyż jest ze statystyki. Tej statystyki, według której na każdych dwóch trzeźwych Polaków przypada jeden pijany...

No tak to właśnie często jest ze statystykami. Ale z drugiej strony, przynajmniej od czasu do czasu, dane w nich opisane potrafią być przydatne. Szperając sobie ostatnio w Internecie, klikając to tu, to tam, natknąłem się na stronę PARPA, czyli Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (bez ironicznych uwag, proszę ;-)
Zainteresowałem się danymi dotyczące spożywania alkoholu przez mieszkańców naszego pięknego kraju, z rozbiciem na rodzaje trunków. PARPA oczywiście podaje (za GUS) te ciekawe dane, z tym, że sprawa okazała się być nieco bardziej skomplikowaną – GUS bowiem, czego dowiedziałem się w dyskusji forumowej (no to mi do głowy nie przyszło!) kwalifikuje jako „wino” także wszystkie „Wisienki” i „Czary Teściowej”, których spożycie jest średnio dwukrotnie wyższe, niż win „normalnych”.

Na stronach Winomanii artykuł dotyczący ilości spożywanego przez nas wina ukazał się już czas jakiś temu, a bazował on na raporcie szacownej organizacji International Wine & Spirit Record (IWSR) z Londynu. Oprócz tego opracowania wygrzebałem w sieci jeszcze jedno, dużo bardziej skrótowe, tym razem wykonane na potrzeby USDA Foreign Agricultural Service. Oba podsumowania polskiego rynku wina podają nieco różniące się dane, ale są to różnice istotne chyba tylko dla analityków rynku, a nie dla szarych konsumentów.
Nie chcę rozwodzić się nad szczegółami opisanymi w tych pracach (zrobił to już rurale i wienersch), pokuszę się jedynie o krótki komentarz dotyczący ilości spożywanego wina na zawianą głowę mieszkańca naszego pięknego kraju.

Wychodzi na to, że w latach 2005-2006 wypijaliśmy...około 2 litrów wina jakościowego na osobę. Może trochę więcej, może trochę mniej; może warto do tego dodać transfery prywatne, które pewnie trochę statystykę podnoszą, a może i nie. Nie jest to aż tak istotne; ważne jest to, że to okropnie niska liczba. Zerknięcie w dane PARPA przynosi smutne spostrzeżenie, że np. piwa pijemy...40 razy tyle. Mało tego, blisko trzy razy tyle, co w miarę dobrego wina („w miarę”, gdyż jego większość to proste wina stołowe) pijemy miodów i tzw. „siar". Kochani, 2-3 litry normalnego wina na głowę mieszkańca?! To się w tej głowie nie mieści...przecież tyle wina to można zużyć na gotowanie!

Ale nil desperandum, Moi Drodzy, nie wszystko stracone. Zapomnijmy, że wciąż większość kupowanego w kraju wina pochodzi z Bułgarii, zapomnijmy, że większość tego co przyjeżdża np. z USA to Carlo Rossi; pocieszajmy się obecnością Penfoldsa, Conchy y Toro, Torresa czy Ruffino. Rynek wina w Polsce przypomina w tej chwili (przynajmniej mnie) amerykański w latach 70tych (zachowując proporcje). Spożycie wina rośnie, choć wciąż jego większość to wina półsłodkie i raczej marnej jakości.

Powoli jednak będzie szło ku lepszemu – zwiększa się siła nabywcza, złotówka się umacnia, rośnie społeczna świadomość tego, czym jest dobre wino. W TV jest już kilka programów o gotowaniu; w Internecie kilkanaście serwisów traktujących o tym samym temacie – powoli rośnie grupa rodaków odkrywających, że na schabowym z kapustą świat się nie kończy. Na razie wino traktowane jest przez poważne media „per noga” – ale to też się w końcu zmieni. Musi się zmienić. A stanie się to wtedy, gdy Ci którzy na razie odstawili schabowego odkryją, że piwem nie da się popijać wszystkiego...
 
A na koniec – Drodzy Moi...krótkie przesłanie: idźcie poprawiać nieszczęsne statystyki, no i przed narodem nieście oświaty kaganek...;-)

Wasze Zdrowie!

19:44, sofanes
Link Komentarze (2) »
środa, 19 grudnia 2007

Dzisiaj będzie o winie o zaskakującej jakości do ceny. Było to jedno z najtańszych białych win w supermarkecie, w którym robiłem zakupy, za to na pewno lepsze niż co najmniej połowa win dwa razy od niego droższych. Ten ciekawy blend Chenin Blanc i Chardonnay z południowej Afryki sprzedawany jest przez grupę Underdog merchants, należącą do trzeciej co do wielkości winiarskiej firmy świata Wine Group LLC (powstałą z resztek nieistniejącego dziś działu...Coca-Coli). Choć takie korzenie mogą w świecie winiarskim wydawać się pocałunkiem śmierci, firma rozwija się nieźle i posiada parę nieźle znanych w świecie marek (jak choćby Cardinal Zin). Wyszukuje też ponoć okazję na całym globie, by tworzyć lub promować wina mało wcześniej znane. Zdaje się, że tak właśnie jest chociażby z Herding Cats. Sięgnąłem po niej z czystej ciekawości, i myślę, że spróbuję jeszcze przyjrzeć się innym produktom Underdogs.

Herding Cats Chenin Blanc/Chardonnay to wino żywe, o wysokiej kwasowości, a przy tym – choć brzmi to może zaskakująco - pozbawione agresji. Pełne i zrównoważone, w bukiecie i smaku zdominowane przez nuty cytrusowe, ze szczególnym uwzględnieniem cytryn. Określenie, jakie usilnie mi się nasuwa, to „świeżość” – pijąc to wino człowiek czuje na podniebieniu właśnie świeżość i czystość. Nie jest to wino nadmiernie skomplikowane, ale za taką cenę – absolutnie nie do pobicia. Ocena: 7,5

Herding Cats

 
1 , 2 , 3