Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
środa, 31 grudnia 2008

Witajcie!

Rok się kończy, czas pożegnać go odpowiednią notką. Jasnym jest, że na blogu o winach 31 grudnia podjąć można tylko jeden temat. No tak, co jednak zrobić, gdy już rok temu napisało się o szampanie całkiem sporo, a powtarzać się nie wypada? Przyznam się, że pytanie to dręczyło mnie chwilę, wreszcie jednak rozwiązanie przyszło same – napiszę dziś o kilku ciekawostkach z szampanem związanych. Idę o zakład, że nie wszystkie znacie. Jeśli zaś chcecie poczytać jeszcze więcej, zapraszam do notek z poprzedniego roku – pierwszej i drugiej.

No dobrze, czas  przejść do rzeczy. Pytanie pierwsze – czy wiecie, jaka jest idealna temperatura podawania szampana? No dobra, to było pytanie podchwytliwe; zdania są podzielone, ale najczęściej przyjmuje się, że jest to 7 stopni (plus\minus jeden stopień) Celsjusza. Żeby tak każde wino miało tak dokładnie określoną temperaturę serwowania, świat byłby pewnie dyktaturą.

Szampana nie powinno się w żadnym wypadku zbyt długo napowietrzać – prawda to, czy nie? Nieprawda! Szampan to białe wino, w dodatku bogate i złożone. Pite natychmiast po otwarciu rzadko ma okazję w pełni się rozwinąć.  Napowietrzenie szampana nie jest jednak łatwe – ani nie przelejemy go do karafki (chociaż, właściwie, czemu nie? Jakby ją wcześniej schłodzić?), w kieliszku zaś szybko się ogrzeje. Można więc zastosować kompromis – po nalaniu symbolicznych lampek resztę potrzymać dłużej na lodzie, pozostała w butelce część powinna dość szybko porządnie „odetchnąć”.  Warto pamiętać, że otwarcie butelki bez rozlania do lampek części jej zawartości nie pozwoli na aerację (zbyt ograniczony kontakt zawartości z powietrzem).

Szampan to wino wyjątkowo długowieczne. Nieprawda. Raczej średniodystansowe, najlepiej nie trzymać go dłużej niż kilka lat od wypuszczenia na rynek. Szanse na to, że znacząco zyska w tym czasie są i tak raczej niewielkie.

A jeśli chodzi o bąbelki, to ile ich jest w pojedynczej butelce, i czy to prawda, że im są one drobniejsze, tym szampan szlachetniejszy?  Jeśli chodzi o wielkość, to w tym wypadku ma ona znaczenie, i mówiąc krótko – to prawda; im bąbelki drobniejsze, tym szampan lepszy. Inna sprawa, kto ma tak wyćwiczone oko, by wyciągać dalej idące wnioski...

Co zaś się tyczy ilości bąbelków w butelce szampana, próbowano to wyliczyć. Niestety, wszystko zależy od wstępnych założeń liczących. Nie wnikając w szczegóły, jest pewna szansa, że jest to liczba pomiędzy 49 a 250 milionami.

Czy otwartego szampana można zakorkować  i przechowywać jeszcze dzień-dwa? Wbrew popularnej opinii, można jak najbardziej. Ponieważ ma szansę jeszcze dobrze się napowietrzyć, na drugi dzień może wręcz lepiej smakować.

No i na koniec – jak najszybciej schłodzić szampana, w wiaderku z lodem? Ano, właśnie, że nie. Najszybciej schłodzi się go w wiaderku z wodą i częściowo rozpuszczonym lodem (ważne, by w naczyniu pozostawało chociaż kilka wciąż nie do końca rozpuszczonych kostek). Dlaczego? Po kursie fizyki z szkoły średniej każdy powinien wiedzieć  ;-)

 

Wasze Zdrowie!

15:15, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 grudnia 2008

Słuchajcie, słuchajcie. Jeśli udało Wam się zejść z kanapy (mnie było ciężko) i zajrzeć na mój skromny blog, mała ciekawostka. Z przejedzenia nie mam siły pisać (ani myśleć), ale natrafiłem ostatnio na wielce ciekawy trailer filmu, który wchodzi na ekrany 2 stycznia. Jak chcecie odpocząć troszeczkę od holyłódzkich produkcji, wygląda na to, że to świetna propozycja. Co ja zresztą będę gadał, sam tytuł „Bobule” (w Polsce będzie "Młode wino") sugeruje ciekawe widowisko. A trailer tylko utwierdza w tym przekonaniu ;-)  

Aha, jeśli nie wiecie, co to „vyber z bobuli” albo „vyber z hrozna” (lub raczej „hroznu”, zależy, czy po czesku, czy słowacku) to poczytajcie sobie tutaj – niestety, winnym systemom klasyfikacyjnym naszych sąsiadów bliżej do niemiec i austrii, niż normalności. Tłumacze filmu – na co wygląda – postanowili zaś problem totalnie zignorować. No ale zobaczymy, trailer w końcu trochę krótki jest...

13:11, sofanes
Link Komentarze (6) »
środa, 24 grudnia 2008

Witajcie! Nie wiem jak Wy, ale ja jakoś nie lubię składać życzeń. Nie to, że nie chcę, wręcz przeciwnie, ale zawsze jakoś cokolwiek wymyślę wydaje mi się to pretensjonalne i powtarzalne. Wiem, to dziwne, ale tak jest. Dlatego też ograniczę się dzisiaj do życzenia Wszystkim Czytelnikom, stałym i przelotnym, krytycznym i bezkrytycznym, oraz całej reszcie winopijców, najlepszych świątecznych życzeń. Może mało efektownie, ale za to szczerze, a nie tylko okolicznościowo. Wesołych Świąt! 

P.S. Wiecie, który z reniferów jest najbardziej lubianym wśród winopijców? Nie, nie jest to ani Blitzen, ani Vixen...;-)

14:08, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 grudnia 2008

Ehem. No, tytuł na pierwszy rzut oka może wydać się Wam nieco spóźniony, ale niesłusznie, niesłusznie...udało bowiem mi się wreszcie skończyć eksperyment, nad którym prace przeciągnęły się w sposób niesamowity. Zawsze mi się wydawało, że rysowanie to rzecz ciężka, skomplikowana i pracochłonna, ale nie sądziłem, że aż tak...

Jakby nie było, wierząc stwierdzeniu, iż czasem obraz przemawia szybciej i dosadniej od tekstu, postanowiłem popełnić rysunek. Przewidująco próbowałem wcześniej namówić kogo się da, by mi pomógł w tworzeniu (znaczy się, ja daję pomysł, a rysunek tworzy ktoś choćby z minimalnym talentem), ale nikt nie chciał. No to zaryzykowałem i stworzyłem wiekopomne dziełko, które możecie podziwiać poniżej. Nie jest wykluczone, że jeszcze kiedyś coś stworzę, ale to strasznie pracochłonna robota, a ja leniwy jestem...

Wasze Zdrowie!

Le Beaujolais Nouveau est arrive!

16:25, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 grudnia 2008

No i tak. Czeka się, czeka, aż zrobi się biało i mroźnie, żeby temat lepiej się komponował z aurą za oknem, a tu chlapa, mokro i generalnie niezbyt przyjemnie. W taką pogodę pija się raczej ciepłą herbatę, czasem zakropioną rumem, a grzane wino – zwane popularnie grzańcem – jakoś szczególnie na myśl nie przychodzi. Gdyby jednak komuś przyszło, to dziś może sobie poczytać troszeczkę właśnie o tym specyficznym napoju. Osobiście zupełnie nie przejmuję się twierdzeniami, że używanie wina na grzańca to zachowanie, które winopijcom nie przystoi – tak, smaki i aromaty wina są tutaj bardzo modyfikowane, powstaje napitek ze zwykłym winem mający niewiele wspólnego, no ale co z tego? Nie ma to jak dobry grzaniec na powitanie zziębniętych gości (potem można już serwować najszlachetniejsze wina). No właśnie, a co to właściwie jest, dobry grzaniec?

Oczywiście, jak zwykle żelaznych reguł nie ma. Jeśli o czymś jednak jestem przekonany, to o tym, że kupowanie gotowego grzańca to pomyłka. Pijałem takowe, nie pytajcie przy jakich okazjach, i wszystkie były raczej podławe, zaś ich główną wadą było użycie przez producentów nadmiernej ilości przypraw, przede wszystkim goździków, cynamonu i gałki muszkatołowej. Wino użyte do grzańca nie musi być nadzwyczajnej jakości, najbardziej chyba istotne jest właśnie złapanie dobrej równowagi między bazą a nadbudową, czyli w tym przypadku właśnie intensywnych w smaku dodatków. Jakich dodatków? No właśnie, tu jest pies pogrzebany, czyli co recepta, to twierdzenie, że właśnie ta wersja jest kanoniczna. W istocie chyba takiej jednej idealnej receptury nie ma, zaś dodaje się cały szereg różnych ciekawych ingrediencji.

Wspomniane goździki i gałka obecne są właściwie zawsze, ale z innymi dodatkami sprawa nie jest już taka prosta. Napiszę więc o tych, które sam preferuję. Zacząć trzeba od posłodzenia – jeśli używamy wina wytrawnego, słodzenie jest konieczne. Większość używa zwykłego białego cukru i nie ma w tym chyba nic zdrożnego, można jednak słodzić także miodem, którego smak w połączeniu z charakterystycznym smakiem i aromatem goździków wydaje się naprawdę niezłym połączeniem. Drugim istotnym (a często pomijanym) dodatkiem może być sok pomarańczowy – warto dodać taki świeżo wyciskany, nawet z kawałkami miąższu. Nie jestem przekonany do soku cytrynowego, ale część osób go używa, podobno z powodzeniem. Cynamon i wanilia uszlachetnią smak, ale naprawdę warto nie przesadzać – dodawać po troszku, dobrze mieszać i na bieżąco oceniać, czy w ustach nie pozostaje zbyt intensywny korzenny posmak.
Ważnym i pasującym dodatkiem może być też kieliszek brandy (gdzieś tak jeden na litr wina).

Za granicą popularnymi dodatkami są też pocięte (albo i nie) owoce, w różnej formie i postaci, zarówno świeżej jak i suszonej. Dodaje się np. figi, morele, rodzynki, jabłka, a nawet migdały i inne orzechy. Dla mnie to jednak już ekstrawagancja, w końcu robimy grzane wino, a nie owocową zupę winną...

Wasze Zdrowie!

15:20, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 grudnia 2008

UWAGA:
Drogi Czytelniku, wybierz wstęp A) - jeśli kochasz święta, blogaski, magiczny nastrój, a „Jest taki dzień” Czerwonych Gitar wzbudza w Tobie jedynie radosne podenerwowanie.
Wybierz B) – jeśli zdecydowanie nie chcesz wybierać „A)”

Początek A

Pomysły na prezenty...zaczynają przebijać się w myślach na pierwszy plan. Ten wspaniały przedświąteczny czas! W każdym sklepie długonogie śnieżynki uśmiechają się i rozdają kupony, wszędzie pachnie czekoladą i cynamonem, a my wreszcie możemy spokojnie pochodzić i wybierać podarki. Każdy i tak się urywa z pracy w tym samym celu. To truizm, ale kupowanie i dawanie prezentów innym zawsze dostarcza frajdy. Przyjemniej się kupuje rzeczy, które nie są dobrami pierwszej potrzeby, za to dostarczają radości czy zabawy. W ogóle, niech tam sobie malkontenci gadają co chcą, że niby komercja wszędzie, a świąteczne piosnki w radiu co roku te same (a niby jakie mają być?), ale to wszystko...działa. Człowiek chodzi po tym sklepie, i łapie się na tym, że się głupio pod nosem uśmiecha. A dzieciaki ile mają frajdy, jak je Mikołaj na kolana weźmie! Sobie zaś podczas zakupowych przerw można zaserwować kawę z cynamonem, albo ten, no, mały kieliszek porto pod czekoladkę. Jak Święta, to Święta!


Początek B

Pomysły na prezenty...to zawsze dobro deficytowe. Przynajmniej dla mnie. Jak zwykle, na samą myśl o rzuceniu się w wir prezentowych zakupów, wyborów i dylematów robi mi się nieco nieswojo, a pot zrasza czoło. Nie, może ten ostatni to efekt kolejnej jesienno-zimowej infekcji. Nie ma przebacz, latać po sklepach trzeba. Ech, nie dość, że wszędzie tłum oszalałych obdarowywaczy, to jeszcze kolejki dwa razy dłuższe, a sprzedawcy dwa razy bardziej zmęczeni i z dwa razy intensywniejszymi sztucznymi uśmiechami niż zazwyczaj. W każdym sklepie z chrypiących głośników znowu będzie leciał Jingle Bells w składankowym zestawie według standardu. Patrzę na te sztuczne choinki w sklepach z leżącymi pod nimi „prezentami” - byle jak poobwiązywanymi starymi pudełkami po butach opakowanymi w niesprzedany papier,  i zawsze się zastanawiam, kto to musi robić? Każą zostawać po godzinach stażystom, czy ludziom z kasy? Przecież nie zlecają tego jako out-sourcingu.
Biedni stażyści, a jeszcze trzeba polatać ze sztucznym śniegiem sprejując szyby i mając nadzieję, że za trzy tygodnie to nie oni będą musieli wszystko czyścić.
Ech, jakoś ponuro to zabrzmiało, a przecież przed świętami w blogowych notkach z każdego słowa powinna przebijać radość, szczęście i rześki stukot reniferowych kopytek. A może to było „rzewne pobrzękiwanie srebrnych dzwoneczków”...? Dobra, stukotów i brzęknięć nie obiecuję, ale postaram się pisać dalej mniej pesymistycznie.

KONIEC WSTĘPÓW

Tak to już przed świętami jest – bez względu, jakie jest nasze podejście, jakieś prezenty trzeba wymyślić. Na szczęście, jeśli chodzi o wino, pija je prawie każdy, i prawie też dla każdego można znaleźć coś odpowiedniego. Jeśli naszym prezentowym celem jest osoba mająca o winie blade pojęcie, ale pragnąca to zmienić, amunicji nam raczej nie zabraknie: możemy kupić jej odpowiednią książkę (może wybierzecie coś na podstawie mojej starszej notki), ewentualnie wykupić kurs wiedzy o winie (np. Collegium Vini; nie, nikt mi nie płaci za ich reklamowanie. Niestety.). Jeśli nie jest to osoba mająca czas na czytanie (są takie, podobno) lub kursy, można też wybrać zestaw odpowiednich kieliszków (jeśli pija wino w nieodpowiednich, jak poczuje różnicę, będzie nam baaardzo wdzięczna) czy karafkę, by wino właściwie napowietrzyć. Nie jest też złym pomysłem zakup porządnego korkociągu do wina (jeśli ktoś otwiera wino popularnym „motylkiem”, prezent na pewno ma uzasadnienie).

Dla winiarskich laików niezainteresowanych pogłębianiem swojej wiedzy też można coś wybrać. Fajny film z winem w tle spodoba się każdemu (polecam np. Sideways – Bezdroża). Można też zrobić prezent najbardziej oczywisty – butelkę wina ładnie zapakowaną w pudełko. Lepiej jednak wybrać wino deserowe; zakup drogiego wytrawnego dla kogoś kogo gustów nie znamy to loteria z marną szansą na sukces.
Jeśli chodzi o obdarowywanie ludzi pijących wino i choć trochę na nim się znających, ta ostatnia uwaga odnosi się z wykrzyknikiem. Nie kupujmy wina w prezencie komuś, jeśli sami mamy o nim marne pojęcie (winie, nie osobie). Chyba, że kupujemy coś z światowej klasyki (uwaga – drogo), bądź wiemy dokładnie, jakie wino jest lubiane przez naszego winopijcę. Jaki inny prezent wybrać w takim przypadku?

Mnie przychodzą na myśl jeszcze dwa: zestaw zapachów do nauki rozpoznawania różnych nut w winnym bukiecie (nie wiem niestety, czy ktoś w Polsce produkuje), oraz zestaw unikalnych zawieszek na kieliszki – chyba rzeczywiście przydatna rzecz podczas różnego rodzaju imprez (nie trzeba pilnować kieliszka jak oka w głowie). Ten ostatni pomysł spodobał mi się na tyle, że wrzucam link do producenta (chociaż też mi nie płaci, niestety...;-).

No to tyle, Kochani, Wasze Zdrowie!

15:15, sofanes
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2