Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
niedziela, 30 marca 2008

...no, a kto pamięta skąd wzięty dzisiejszy cytat w tytule? Nie gogluje się ;-)

Moi Drodzy! Dzisiaj będzie o tzw. szkle, czyli sprawie, nie ukrywajmy, przez wielu uznawanej jako daleko mniej istotną, niż „szkło” pisane (i wymawiane) w cudzysłowie.
Jest w tym właściwie trochę racji, lepiej (niewiele, ale jednak) pić dobre wino w szklankach, niż Sophię Melnik w eleganckich kieliszkach, ale zdecydowanie najlepiej spożywać przyzwoite wino w odpowiednim szkle. Od razu podkreślę, że nie zamierzam formułować tu zachwytów nad kieliszkami dla snobów (może dlatego, że piłem wino w nich raz albo dwa), często o cenie kilku dobrych win za sztukę, albo prowadzić rozważań o brzegach naczyń projektowanych na poziomie molekularnym (mają one jakoby kierować wino do ust w taki sposób, by przepływało ono w rejony rezydencji najbardziej odpowiednich kubków smakowych). Mówiąc krótko, uważam to za dyrdymały.

Nie jest jednak bzdurą, że odpowiednie kieliszki są niezbędne dla dokładnego poczucia aromatu wina, co znowu wpływa na ocenę smakową (mniej lub bardziej). Odpowiednie kieliszki nie muszą jednak być wcale drogie. Muszą spełniać jedynie parę podstawowych kryteriów, a właściwie tylko jedno – nie mogą przeszkadzać w odczuwaniu bukietu i smaku wina. I nie ma w tym krzty przesady, złe szkło może ograniczyć szansę na wywąchanie czegokolwiek w sposób drastyczny ;-)

W przypadku wina czerwonego, uniwersalne kieliszki powinny zwężać się ku górze i mieć kształt lekko baloniasty (hmm, może raczej pikującego sterowca...). Jednym słowem, powinny wyglądać mniej więcej tak:

Kieliszek wino czerwone 


Właściwie, można mówić o dwóch typach kieliszków do czerwonego wina: w stylu Bordeaux  (dla win cięższych i pełniejszych, np. Cabernet Sauvignon czy Merlot) i w stylu Burgundzkim (Pinot Noir). Te drugie są jeszcze bardziej pękate, co ma w założeniu jeszcze intensywniej „zagęszczać” aromaty wina tak pełnego niuansów, jak Pinot Noir. Dla 99% przeciętnych winopijców (mnie wliczając) nie jest to jednak różnica aż tak istotna, by trzymać dla gości dwa zestawy kieliszków do czerwonego. No, pewnie sobie kupię w końcu jedną bańkę ekstra dla siebie, ale aktualnie mam pilniejsze wydatki.

Jeśli chodzi o wina białe, „standardowy” kieliszek powinien być nieco odchudzoną wersją kieliszka do wina czerwonego (wiem, wiem, upraszczam) i również powinien nieco się zwężać (poniżej):

Kieliszek wino białe

(Obrazki dzięki wikipedii)

Zmniejszenie powierzchni kieliszków do wina białego ma na celu przede wszystkim zmniejszenie powierzchni ogrzewającej się od powietrza; pamiętajmy, że wina białe podaje się nieco chłodniejsze, niż czerwone. Szczególnym przypadkiem są kieliszki do wina musującego – najlepiej do jego serwowania nadają się tzw. „flety”; wino dłużej w nich musuje i wolniej się ogrzewa. Okrągłe „salaterki”, bądź kieliszki trójkątne w przekroju (bez zwężających się krawędzi) nie są zbyt fajne – wystarczą, żeby wznieść toast, jeśli jednak chcemy poniuchać nieco szampana i smakować go nieco powolnie, bez „fletów” się nie obejdzie.

No i na koniec jeszcze dwie uwagi – po pierwsze, żadne kieliszki nie powinny być napełniane winem bardziej, niż (najwyżej) w 50%. Najlepiej, jeśli ich objętość pozwala na nalanie słusznej porcji, która jednak nie zajmie więcej, niż mniej-więcej jedną trzecią objętości. Dopiero wtedy można bowiem „wwąchać” się w aromaty, uczyć się kręcenia zawartością i takie tam. Po drugie zaś – kieliszki powinno się starać trzymać za nóżkę, nie czaszę – w tym drugim przypadku wino zbyt szybko się ogrzewa, no i zostają brzydkie ślady naszych tłustych  paluszków ;-)

Wasze zdrowie!

12:32, sofanes
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 marca 2008

Kolejne wino Kendall-Jacksona, tym razem w kolorze red. Dokładne (procentowe) określenie na etykiecie geograficznego pochodzenia winogron użytych do stworzenia tego Merlocika jest chyba najoryginalniejszą cechą tego wina. Poza tym, w bukiecie wyczułem ślady acetonu (to zapach powszechnie kojarzony ze zmywaczem do paznokci), co świadczyło, że wino mogło być już nieco utlenione. Na szczęście była to tylko delikatna nuta; dominowały aromaty słodkich, suszonych owoców: fig i moreli, może karmelizowanego jabłka. W ustach raczej średni ciężar, wino dosyć długie o delikatnej kwasowości, wiśnie, rodzynki, może jabłko. Ocena: 7.

Kendall - Jackson Merlot, Sonoma-Mendocino-Napa 2003

środa, 26 marca 2008

Kochani Moi! Jeśli zastanawiacie się nad dziwacznym tytułem dzisiejszej notki, już spieszę z wyjaśnieniami. Dziś będzie o winach (a  to zaskoczenie...) na temat których nagromadziło się wiele krzywdzących przesądów i stereotypów; o winach przez jednych ignorowanych, a przez innych kochanych – jednym słowem, o winach wzmacnianych. Przyznam się szczerze, że wiedza moja tychże dotyczących bardziej teoretyczną jest, niż praktyczną, nie podejmuję się więc żadnych konkretnych rekomendacji, ale skoro do tej pory na tym blogu temat win wzmacnianych nie był dotąd poruszany, najwyższy czas to niedopatrzenie nadrobić.

Zacząć wypada chyba od początku, czyli definicji - wino wzmacniane jest to po prostu wino do którego dodano dodatkowego (poza uzyskanym podczas klasycznej fermentacji moszczu winogronowego) alkoholu, mogącego pochodzić z różnych źródeł, ale najczęściej uzyskanego z destylacji młodego wina (może to być np. brandy).

Kluczowym jest moment dodania dodatkowego alkoholu – może to być przed fermentacją, w jej trakcie, bądź po jej zakończeniu. Jak się pewnie domyślacie, ma to częściowe przełożenie na poziom słodkości wina: im wcześniej osiągnięty zostanie poziom alkoholu 16-18%, graniczny dla przeżycia komórek drożdżowych, tym więcej cukrów zawartych w moszczu winogronowym nie zostanie przerobiona na alkohol i uzyska dumne miano „cukru resztkowego”. Celowo napisałem powyżej „częściowe przełożenie”, gdyż niektóre wina wzmacniane mogą być już po fermentacji i dodaniu alkoholu „z zewnątrz” wzbogacane np. dodatkową porcją mieszaniny alkoholu i słodkiego soku winogronowego.

Do najważniejszych win wzmacnianych świata należą sherry, porto, madera, wermut, malaga i marsala; listę tę można uzupełnić o nieco mniej popularne liqueur muscat i montilla. Skąd właściwie wzięły się wina wzmacniane? Ano, stworzyła je – jak to zwykle bywa – potrzeba. W wieku wielkich odkryć geograficznych i coraz dłuższych podróży morskich tradycyjne wina zbyt łatwo ulegały zepsuciu. Wina o wyższej zawartości alkoholu (zwykle 17-21%) i troszkę wyższych poziomach cukru resztkowego okazały się znacznie odporniejsze na warunki panujące w ładowniach statków (i pewnie bardziej trafiały w gusta marynarskiej braci, ale to tylko taka moja spekulacja).

Żeby jednak uniknąć nieporozumień - wina wzmacniane wcale nie muszą być słodkie, albo słodkawe; wręcz przeciwnie, wiele z nich jest „do bólu” wytrawnych. Tak jest np. z sherry, która występuje we wszystkich chyba wersjach, od w pełni wytrawnych do syropopodobnych, i z pewnością (przynajmniej w Hiszpanii) degustuje ją więcej macho niż starych ciotek. Wytrawne lub bliskie wytrawności mogą być także marsala i madera, wyjątkiem jest porto, które zawsze jest słodkie, bardziej lub mniej. Tu nie mogę sobie odmówić przyjemności wspomnienia o tym, że Porto  było ponoć jednym z najpopularniejszych win pijanych w angielskich klubach dla dżentelmenów (a może i wciąż jest, tego nie wiem).

Muszę powiedzieć, że temat win wzmacnianych jest na tyle szeroki, że nie da się go zmieścić w jednej, czy dwóch notkach. Myślę, że na razie wystarczy, a do tematu jeszcze będę powracał.

Wasze Zdrowie!

15:55, sofanes
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 marca 2008

Kolejny “australijczyk” z amerykańskiego rynku. Już niedługo powinienem pisać o winach 100% dostępnych w Polsce, ale na razie pozwólcie wykończyć zapasy ;-)

Shiraz dosyć nietypowy, w bukiecie aromaty rozgrzanego słońcem asfaltu i ciemnych owoców (czyli jakby bazar w słoneczny dzień na placu o utwardzonym podłożu). W ustach wino solidne i silne – kwasowością i garbnikami. Niezbyt dżemowy, wyczuwa się przyjemne nuty ciemnych owoców, mięty, eukaliptusa. Ocena: 7.

Wolf Blass Yellow Label Shiraz 2005

P.S. Wyjeżdżam na kilka dni, tak więc może nastąpić krótka pauza w dodawaniu nowych notek. A poza tym, życzę Wszystkim oczywiście wesołych, jajecznych, ciepłych Świąt!

środa, 19 marca 2008

Witajcie, Kochani!
Pisałem już kiedyś o chorobach i szkodnikach zagrażających winorośli i o różnych sposobach radzenia sobie z nimi – od stosowania klasycznych środków ochrony roślin po „biodynamizm” występujący we wszystkich możliwych odmianach, od umiarkowanego po fanatyczny. Przyznam się jednak, że kiedy przeczytałem kilka dni temu o zastosowaniu do zwalczania tzw. choroby Pierce’a (sprawiającej problemy głównie w Nowym Świecie) nietoperzy, w pierwszym momencie myślałem, że trafiłem na strony Najbardziej Wartościowego Amerykańskiego Źródła Informacji.

Ale żarty na bok – informacja pochodząca z szacownego portalu Wines and Vines okazała się jak najbardziej prawdziwa i sensowna. Rzeczona choroba Pierce’a powodowana jest przez bakterie mające przykry zwyczaj blokowania wiązek przewodzących w krzakach winorośli, co w końcu prowadzi do obumarcia tych ostatnich. Wredne bakterie rozprzestrzeniają się głównie z użyciem różnych wektorów (czyli pośredników, najczęściej jest to pewien pluskwiaczek, którego polskiej nazwy się nie dogrzebałem).
Zarówno bakteria, jak i pluskwiaczek wykazują zadziwiającą chęć życia, utrudniającą rolnikom definitywne rozwiązanie ich problemu. Farmerzy jednak, w oczekiwaniu na powolnie działających naukowców, chwytają się różnych sposobów. Artykuł z V and W opisuje farmera z Teksasu (tak, tam też się uprawia winorośl...), który zarzeka się, że znacząco zmniejszył liczebność pluskwiaka na swoim polu zatrudniając...nietoperze.

Nietoperze fruwają, zjadają pluskwiaka, farmer siedzi z kieliszkiem w ręku wieczorami i liczy nietoperze, więź człowieka z Naturą się wzmacnia i wzmacnia ;-)
Ciekawe, czy już o tym słyszeli w winnicy Navarropamiętacie nietypowe zastosowanie owiec...?

Zdrowie tych chodzących i fruwających, co pomagają, by nam kieliszki nie powysychały...

23:40, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 marca 2008

Witajcie, Kochani!

Dzisiaj – znowu ze względu na moje lenistwo – notka o filmach z naszym (i Waszym) ulubionym trunkiem, czasem obsadzonym w roli głównej, a czasem przewijającym się na drugim planie. Wiadomo, że kto polubił dobre wino, ten innym okiem patrzy na to, co pokazuje mu się na ekranie i zamiast śledzić perypetie bohaterów, próbuje odcyfrować etykietę stojącej na stole butelki. Część ludzi nazywa to zboczeniem (niektóre żony, na przykład). Najlepiej oczywiście oglądać filmy w których to aktorzy są dodatkiem do wina, a nie na odwrót, ale nie wiedzieć czemu, nie produkuje się takich obrazów zbyt dużo ;-) 

Najbardziej znany film o winie, który dotarł do szerszej publiczności, to oczywiście ten:

  

Sideways, czyli Bezdroża, to świetna i śmieszna opowieść o podróżach po bezdrożach Kalifornii i pean na cześć Pinot Noir (i jakiś tam wątek miłosny, ale nie pamiętam). Dla czytelników tego bloga obraz obowiązkowy.  

Kolejny film to A good year (Dobry rok), z Russelem Crowe’m w roli głównej, film niezły, ale nieco zbyt bajkowo-oczywisty, jak dla mnie. Ale zobaczyć warto.

 

 

Były dwa filmy, w których pierwsze skrzypce grali mężczyźni, to teraz dwa dla równowagi z paniami w rolach głównych - pierwszy to Pod słońcem Toskanii:

 

 

A na zakończenie jeszcze film o ekscytującym tytule French Kiss z Meg Ryan w roli głównej:

No i tyle, jeśli chodzi o obciążanie serwerów You Tube w dzisiejszej notce ;-) Przypomnę tylko, że w produkcji są dwa filmy o wydarzeniach Degustacji Paryskiej (pisałem o tym tutaj, a trailer Bottle Shock linkowałem tutaj). A może znacie jeszcze jakieś fajne, „winiarskie” filmy, o których tu nie wspomniałem? To bardzo proszę o komentarz :-) 

Wasze  Zdrowie!

13:00, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3