Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2007

Witam, Drodzy Moi! Jak pewnie nieraz już zauważyliście, większość win czerwonych i duża część białych, zanim trafiła do szerokiej sprzedaży, miała przez pewien czas (dłuższy lub krótszy) kontakt z drewnem dębowym. Czasem wino dojrzewało w beczkach; mogło jednak dojrzewać w także beczkach stalowych i mieć kontakt jedynie z wiórami dębu. Zastanawiacie się pewnie, czy robi to jakąś istotną różnicę; albo czy rodzaj beczki (dąb francuski, czy amerykański) o czymś świadczy...? Tak. Świadczy. Najczęściej o tym, że winiarzowi lub winiarni nieźle się powodzi, skoro stać ją na używanie importowanego dębu ;-) Ponieważ sam byłem tematem zaintrygowany, poszukałem trochę tu i tam, i nie znalazłem żadnego przekonywującego dowodu, że dęby francuskie albo amerykańskie są jakoś szczególnie predestynowane do materiału na beczki do przechowywania wina. Owszem, niektórzy mówią o szybkości wzrostu dębów, mikroklimacie, itp.itd., ale osobiście nie bardzo wierzę w znaczenie tych różnic; inne czynniki (o nich niżej) mają po prostu zbyt duży wpływ na dojrzewanie wina, by szerokość słojów drewna liczyła się tak bardzo. Generalnie, o istotności pochodzenia dębu najczęściej przekonywać Cię bedą (dziwnym trafem), Drogi Czytelniku, właściciele winiarni używający wyżej wspomnianych beczek, bądź sprzedawcy z nimi współpracujący ;-) Często przytaczane są też przykłady tego, że np. wielu amerykańskich winiarzy sprowadza beczki z Europy. Związane jest to jednak już szybciej z umiejętnościami bednarzy od lat współpracujących z właścicielami winiarni; wykonanie dobrej beczki na wino nie jest bynajmniej sprawą banalną. Jak kontakt z dębiną przekłada się na smak wina? Generalnie, pozytywnie ;-) Bez względu jednak na ilość informacji na etykiecie (czy stronach wytwórcy), czas spędzony w beczce w żaden sposób nie daje podstaw do wnioskowania o tym, czy wino jest udane, czy wręcz przeciwnie. Prawdą jest, że w pewnym stopniu nawet fatalne wino zyskuje po kontakcie z dębem – osobiście miałem okazję porównać w kilku lokalnych winiarniach to samo wino przechowywane w dębie, bądź nie. Cudów lepiej jednak nie oczekiwać; dąb może tylko podkreślić charakter i uwypuklić już istniejące zalety dobrego wina. Co więcej, informacja „wino spędziło 12 miesięcy w beczkach z dębu francuskiego” w żaden sposób nie informuje o tym, czy płyn po nalaniu do kieliszka będzie miał przyjemne nuty wanilii i innych przypraw, czy też stanie na baczność pod kontrolą Kaprala Garbnika. Dzieje się tak, bo poza czasem spędzonym w beczce, jest przynajmniej kilka innych ważnych czynników związanych z „beczkowaniem”, mających wpływ na ostateczny wynik. Dla przykładu - size does matter - liczy się także rozmiar (w małych baryłkach wino szybciej zmężnieje) i wiek (nowe beczki mogą uczynić wino „przedębionym” bardzo szybko), a także stopień wypalenia (zanim do baryłki trafi wino, jest ona od środka opalana; co może być uczynione z różną intensywnością, od osmalenia po porządny "przypał"   ;-) Posmak dębiny najczęściej przejawia się jako waniliowy, migdałowy, dymny, skórzany. No dobrze; ale czy naprawdę dębowe beczki dają lepszą jakość, niż używanie dębowych wiórów? Ta druga opcja jest dużo, dużo tańsza – w USA beczka z dębu kosztuje od 300 dolarów w górę; importowane z Francji – od 600 dolarów. Zwykle (jak czytałem) używa się ich nie dłużej niż pięć sezonów; wszystko to przekłada się więc na cenę wina. Użycie wiórów jest sporo tańsze; pomimo tego, że się jakoś mniej przyjemnie (prawda?) kojarzy. Technologia wiórów dębowych też pochodzi z Nowego Świata (zdaje się, że z Australii), i najprawdopodobniej trzeba będzie się pogodzić z myślą, że nie da się łatwo wyprodukować taniego i przyzwoitego wina bez użycia dębowych ścinków. Zastosowanie wiórów zamiast importowanych z Francji beczek wpłynęło na obniżenie cen wina, bez strat w jakości, i ja się z tego cieszę. Warto przy tym pamiętać, że te „wióry” to nie są odpady z przemysłu stolarskiego, ale kawałki drewna dębowego które też przechodzą proces właściwego suszenia i przypalania, od początku z myślą przeznaczenia ich właśnie do produkcji wina. Nawet Unia Europejska zniosła (zdaje się, że w 2005 roku) zakaz używania ich w produkcji winiarskiej, bo konkurencyjność win z Europy wciąż i wciąż się obniżała.

 Dąb Piast

To w ogóle ciekawa historia – na blogu Erica Asimova z NYT znalazłem interesującą notkę i dyskusję na temat artykułu pochodzącego z „Decantera”, który ni mniej, ni więcej informował, że gwałtownie wzrasta ilość wiórów dębowych kupowanych przez winiarzy z Bordeaux. Mało tego, wbrew hucznym zapowiedziom (Skoro UE znosi zakaz, wprowadzimy własny! Ach, ten de Gaullizm...;-) użycie wiórów do produkcji wina we Francji jest jak najbardziej legalne. Inna sprawa, że nie sądzę, by ktokolwiek zdecydował się ujawnić, że ich używa...(link do blogu E.A. w zakładce, notka z 20 marca).

Czy beczki czeka zagłada..? Nie sądzę; w przypadku win droższych koszt użycia dębowych bek nie stanowi już znacznej części końcowej ceny butelki. Prawdopodobnie więc, w imię tradycji, najlepsze wina wciąż będą starzone w tych romantycznych naczyniach. Powtórzę jednak jeszcze raz, że sam fakt, że wino było przechowywane w beczkach, nie daje wcale gwarancji, że jest to wino DOBRE. Co więcej, sama informacja, że wino było w beczkach, nie znaczy również, że nie było postarzane z użyciem wiórów; może być tak, że wino miało dłuższy kontakt z wiórami, a potem trafiło (na chwilkę) do staruteńkiej beczki. Generalnie, osobiście nie zaprzątam sobie głowy, czy wino było w beczce, czy nie; najważniejsze jest to, jaki jest ogólny efekt końcowy – czyli smak. Jeśli, moi Drodzy Czytelnicy, zastanawiacie się teraz, czy Wirtualne jest starzone przy użyciu wiórów, czy dębu, odpowiem tak – kierując się niskimi kosztami wirtualnych beczek starzone jest, mimo wszystko, tradycyjnie...;-)

Wasze Zdrowie!

17:36, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 kwietnia 2007

Witajcie Moi Drodzy! Dzisiaj trochę smutniej, niż zwykle, bo notka częściowo wspomnieniowa. 6 marca, w pięknym wieku 97 lat, zmarł Ernest Gallo, współzałożyciel winnicy E&J Gallo, wielce dla winiarstwa kalifornijskiego i amerykańskiego zasłużonej. Kto wie, czy drugi z braci, Julio Gallo, który zginął w 1993 roku w wypadku samochodowym, nie dożyłby równie sędziwego wieku. Czy trzeba innych dowodów na zdrowotne właściwości wina...?

Tuż po zniesieniu Prohibicji wydawało się, że producentów wina w USA czeka świetlana przyszłość. Powstało wtedy w Kalifornii około 800 nowych winnic, ale już niedługo potem duża ich część zbankrutowała. Spożycie wina wcale nie rosło (minął urok Zakazanego Owocu), za to - jak się wkrótce okazało - Prohibicja wyrządziła potężne szkody w świadomości i w przyzwyczajeniach przeciętnych konsumentów, co na dłuższą metę okazało się dużo bardziej zabójcze dla amerykańskich winiarzy niż wcześniejsze ograniczenia i policyjne kontrole. Bracia Gallo jednak przetrwali ten okres i konsekwentnie rozwijali firmę. Ich wina nie były może najlepszymi z najlepszych, ale były porządnie robione (winiarze korzystali m.in. z opracowań naukowych University of California jeszcze sprzed Prohibicji) i świetnie reklamowane (jak podaje Wikipedia, winiarnia E&J Gallo była jedną z pierwszych, która zdecydowała się na reklamę w telewizji). W 1958 winiarnia postanowiła przeznaczać część zysków na badania naukowe we własnym laboratorium (oto podejście szczególnie zasługujące na pochwałę!), zaś wyniki udostępniać publicznie. Jak głosi legenda, kiedy bracia zaczęli wypływać na szerokie wody, Julio rzekł: braciszku, sprzedam każdą ilość wina, jaką wyprodukujesz...- na co Ernest odparł: to ja wyprodukuję tyle wina, ile zdołasz sprzedać... No i tak, od słowa do słowa, bracia zbudowali prawdziwe winiarskie imperium ;-) Dzisiaj winiarnia E&J Gallo to największa rodzinna firma winiarska w Stanach Zjednoczonych, sprzedająca wina pod kilkunastoma markami (m.in. Louis M. Martini, Mirassou, Frei Brothers, Ecco Domani).

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej, polecam:

http://en.wikipedia.org/wiki/E_&_J_Gallo_Winery

http://jobs.gallo.com/whoweare/FlashHERITAGE/movie.html 

Zdrowie braci Gallo!

02:04, sofanes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 kwietnia 2007

Bardzo dobre wino, znakomicie zrównoważone, o wyważonych taninach. Średnio ciężkie. W smaku wyraźnie wyczuwalne wiśnie, nuta wanilii, a po dłuższym napowietrzaniu leciuteńki posmak czekoladowy. Kwasowość w sam raz. Bukiet: wiśnie, cola (no, naprawdę), i może trochę świeżej, wyprawionej skóry. W mojej własnej klasyfikacji przyznałem  8 (na swój prywatny użytek używam skali od 5 do 10, z uwzględnieniem połówek stopnia). Dlaczego tylko 8 ? Ano właśnie, moim zdaniem to wino ma pewien drobniutki mankament (dla niektórych to może być zaleta, absolutnie poważnie). Nie wiem, jak się sprawa ma z innymi rocznikami, ale w tym przypadku smak wiśni był niezwykle intensywny, tłumiący, bądź maskujący cokolwiek innego, poza nutami skórzano-waniliowymi, najprawdopodobniej dębu. Jak napisałem powyżej, dopiero po nocy w butelce doszła jeszcze ledwo wyczuwalna nuta czekolady; ale to wciąż były wiśnie w czekoladzie! ;-) Nie chcę być źle zrozumiany, to naprawdę bardzo dobre wino. Mnie jednak nieodparcie nasuwało na myśl (doskonałe) nalewki wiśniowe mojego taty. Garbniki, jak napisałem, zrównoważone, nie powodują skurczu szczęki, ale wino to może trafić na półkę na 2-3 lata, i pewnie na tym nie straci. Wielce ciekawe, jak (i czy) się znacząco rozwinie, czy tylko wiśnie osłabną ;-)

                          Marques de Casa Concha 

Aha, do kupienia w Polsce, jak większość win z Concha y Toro.

wtorek, 24 kwietnia 2007

Jedną z moich ulubionych winnic Nowego Świata jest chilijska Concha y Toro. Niezbyt to pewnie odkrywcze, popularna to winnica w świecie, ale powiedziałbym, że nie stało się tak bez powodu. (Zdaję się, że pierwszy raz kontakt z ich winami miałem dobrych parę lat temu, w restauracji Grill Chata przy Chmielnej w Warszawie). Concha y Toro produkuje dużo rodzajów win i wszystkie są dobre ;-) Nie próbowałem, niestety, słynnego Don Melchora, podobno zjawiskowego Cabernet Sauvignon; również do tej pory (głównie dlatego, że w mojej okolicy musiałbym zamówić wysyłkę, a jeszcze nie skończyłem przepatrywania oferty normalnych sklepów w sąsiedztwie) nie udało mi się posmakować Terrunyo; ale taki dzień nadejdzie...;-) Wiem, że w Polsce można kupić zarówno wspomnianego, wysoko ocenianego Don Melchora, jak i większość bardziej popularnych win z tej winnicy – Fronterę, Sunrise, Casillero del Diablo i Marquesa de Casa Concha, i to za całkiem przyzwoitą cenę (kosztują w kraju tyle, co tutaj – a w USA wina na ogół naprawdę są sporo tańsze, niż w Polsce...). Jeśli chodzi o Fronterę – to wino nie należy do moich ulubionych. Prawie za identyczną cenę można kupić wina z serii  Sunrise, w mojej skromnej ocenie znacząco lepsze. Znów oczko wyżej, cenowo (ale jakościowo chyba też) plasuje się Casillero del Diablo. (Szczególnie do Merlota z tej serii mam słabość...).

 Wybaczcie, że operuję dość ogólnymi sądami, ale akurat w przypadku Conchy y Toro mogę sobie na to pozwolić, ich winka pijam regularnie i mogę powiedzieć, że jakość utrzymuje się na naprawdę dobrym poziomie. W przypadku ostatniego z wymienionych przeze mnie win, Marquesa de Casa Concha, degustację Cabernet Sauvignon właśnie odbywam, i sam markiz naprowadził mnie na pomysł napisania dłuższej notki o winiarni, która ze wszech miar na to zasługuje; co do wyników degustacji wina, wypowiem się wkrótce krótko w osobnym poście. Aha, jeszcze jedno – namawiam do wizyty na stronie internetowej Muszli i Byka, adres: http://www.conchaytoro.cl/

Powiem tylko tyle, że tak powinna wyglądać strona każdej winiarni ;-) Szczególnie polecam wirtualną wycieczkę śladami Casillero del Diablo – sympatyczne animacje i nieskomplikowane quizy pozwalają nie tylko czegoś się dowiedzieć, ale i uśmiechnąć pod nosem. Uśmiechając się więc leciutko – Zdrowie Conchy y Toro!

17:02, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 kwietnia 2007

 Witam ponownie; mam nadzieję, że nie czekaliście zbyt długo...? W razie czego, zawsze możecie nalać sobie trochę wirtualnego, nie pytając mnie o zdanie, dobrze...? O czym to ja miałem...a, o smakowaniu wina, właśnie. Jak głosi znane powiedzenie, na pewno nie uda się nam spełnić uroczego wieczoru z każdą kobietą, która jest w naszych oczach tego warta, oraz z na pewno nie napijemy się każdego z najlepszych win tego świata. Ale przecież warto spróbować! ;-) Nie jest to aż tak skomplikowane, jak może się wydawać (będę się trzymał tematu win), wystarczy nalać sobie kieliszek, a potem go wypić. Warto jednak przy tym pamiętać o kilku drobiazgach. Po pierwsze, użyjcie właściwego kieliszka - najważniejsze jest, by jego brzegi zwężały się ku górze; powoduje to „zagęszczenie” bukietu. Żeby sprawdzić, że nie jest to żadna przesada, polecam wykonanie małego testu – jeśli posiadacie w swoich zasobach także kieliszek do szampana, najlepiej taki szeroko otwarty, możecie nalać wina do obu. Wino użyte do testu powinno być świeżo otwarte; nie zdziwcie się też, że czasami następnego dnia smakuje i pachnie zupełnie inaczej, niż dzień wcześniej. W przypadku win cięższych i bardziej złożonych dłuższe napowietrzenie jest wręcz wskazane, by bukiet i smak w pełni się rozwinął („następny dzień” dotyczy tylko butelki w połowie opróżnionej i zakorkowanej po otwarciu, bądź karafki; wino w otwartym naczyniu po nocy smakuje najczęściej jak rozwodnione, zleżałe, nudne. Tematowi napowietrzania wina poświęcę pewnego dnia krótką osobną notkę). Następnie, moi drodzy, wąchamy, mieszając wino intensywnie (kręcąc nóżką kieliszka, by poruszała się zawartość, nie łyżeczką...). Różnica w bukiecie pomiędzy oboma typami kieliszków jest naprawdę znaczna, prawda..?

No tak, dobrze; ale jak opisać zapach wina? Na początku (potem też ;-) wydaje się to piekielnie trudne, szczególnie, że najczęściej jest to koktajl zapachów, wzajemnie się przenikających i atakujących nos jednocześnie. Zwykle jednak możliwe jest przynajmniej uchwycenie tych najważniejszych, wybijających się nut. Trening czyni mistrzem, moi drodzy, pamiętajcie o tym, i warto się nie zniechęcać. To samo dotyczy smakowania – spróbujcie pierwsze dwa – trzy łyczki wina zanim zaczniecie np. posiłek, maksymalnie się przy tym koncentrując na próbie opisania, z czym wam się smak tego wina kojarzy. Tutaj kolejna rada – żeby w miarę szybko zacząć zauważać różnice pomiędzy winami, na początku warto jest próbować win mocno różniących się charakterem. Najlepiej zaszaleć i przeprowadzić test w ciągu tygodnia – dziesięciu dni, próbując 3-4 różnych win.Dla przykładu – załóżcie, że Cabernet Sauvignon, Merlot albo Shiraz to wina o PODOBNYM charakterze (bardziej zaawansowani: obelgi proszę kierować na pocztę) i zakupcie na potrzeby testu jedną butelkę tego typu (najlepiej Cabernet Sauvignon z Nowego Świata, możliwie drogi :-). Po namyśle chyba będę doradzał wina NIE pochodzące z Kalifornii – w porównaniu (tako rzecze Google) z winami z Australii, bądź Chile, te pierwsze w Polsce są niespodziewanie drogie. Te o przystępnych cenach natomiast to chyba nie jest dobry pomysł...;-) Przyznam się, że nie rozumiem za bardzo, czemu akurat wina z USA są o tyle droższe, niż inne, i to chyba będzie wymagało także osobnej notki. Kupcie także Beaujolais Villages (wyjątek dla francuskiego wina, to w końcu test ;-) Aha, Boże Broń kupić Beaujolais Nouveau! Ma być Villages!!! No chyba, że chcecie się zrazić do wina na dobre). Trzecim doświadczeniem może być butelka Pinot Noir, też najlepiej z Nowego Świata (no chyba, że chcecie wydać majątek na burgunda). Może ktoś z Drogich Czytelników doradzi, gdzie można kupić dobre pinot noir  w Polsce..? Ze względów obiektywnych (przebywam na trochę innym kontynencie, niż Europa) trudno mi zaproponować konkretne wino...w sieci znalazłem Pinot Noir z Chile, z winiarni Concha y Toro, do której mam zaufanie...ale tego konkretnie wina nie piłem, więc się nie wypowiadam. Kolejnym testem może być butelka czerwonego Zinfandela...a jeszcze następnym...no, do tego czasu eksperymentowanie powinno Was już wciągnąć ;-)

Dzielcie się doświadczeniami, i rzecz jasna: Wasze Zdrowie, Drodzy Czytelnicy!
18:12, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 kwietnia 2007

Witam, witam Drogich Czytelników! Wiosna w rozkwicie...? Może więc dzisiaj lampkę wirtualnego białego...? Proszę bardzo! Jak smakuje..? Trudno opisać..? Ano właśnie...Wciąż rozprawiam o sprawach ogólnych, zamiast przejść wreszcie do rzeczy i zająć się opisami konkretnych win. Ale powoli, powoli; pośpiech wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł -  przy konsumpcji wina doradzane jest skupienie i (śladowa chociaż) koncentracja.Jak smakować wino..? That’s the question, Drodzy Czytelnicy! Z pewnością każdy z Was zetknął się z zatrważającymi obrazami skupionych fanatyków z błyskami wariactwa w oczach, wsadzających nos do kieliszka, oglądających go pod 23 kątami pod światło, groźnie bulgoczących i używających słów potocznie uznawanych za niezrozumiałe ;-) Jeśli przyszło Wam do głowy, że to banda snobów odstawiających teatr, to najprawdopodobniej...nie mieliście racji. Jeśli interesujecie się napojem Dionizosa dla niezrównanej przyjemności, jaką jest wypicie lampki dobrego wina, a nie po to, by imponować kobietom albo przechwalać się, za ile to najdroższe wino kiedykolwiek piliście, sami szybko przekonacie się, że jest to hobby jedno z najciekawszych i najbardziej wciągających. Snobów winnych można poznać łatwiej po tym, że z pogardą traktują początkujących, własne słowa uważają za jedynie słuszny osąd, wreszcie z uśmiechem pełnym politowania wysłuchają historii, że w małej winnicy w Chorwacji piliście jedno z najlepszych win w życiu. (Wiadomo, że najlepsze wino to akurat te, które ma ponad 90 punktów w klasyfikacji Wine Spectator; cała reszta może służyć jedynie do płukania zębów). Czas więc może przytoczyć najważniejszy Dogmat Amatora Wina; erhm,, erhm, przytaczam: DOBRE WINO TO TAKIE, KTÓRE CI SMAKUJE. Koniec cytatu. Warto o powyższym pamiętać w chwilach, gdy ktoś będzie krytykował wina, które Wy lubicie – nie jest wykluczone, że po prostu macie inne gusta, nie musi zaraz być tak, że tylko jeden z Was ma rację.

Rzecz jasna, w realnym świecie sprawy są nieco bardziej skomplikowane (ale nie aż tak bardzo). Dla przykładu, większość (tak mnie się wydaje) smakoszy wina ceni sobie trunki pełne, których smak po spróbowaniu nachodzi w kolejnych falach; wina te sprawiają wrażenie pewnego „bogactwa” na języku. Jednocześnie muszą mieć one w pewien sposób charakter zrównoważony, by nie przebijał się natychmiast i nie atakował np. smak kwaśny, albo gorzki. Jedni preferują wina o delikatnych, stonowanych owocowych posmakach, bo takie lepiej komponują im się do posiłków; jeszcze inni szczególnie cenią wina lekkie, owocowe, często o ostrych, korzennych posmakach. Wina różnią się od siebie nie tylko rodzajem winogron, z jakich zostały wykreowane, ale także setkami najprzeróżniejszych szczegółów, które miały znaczenie na różnych etapach produkcji. Próbując kieliszek wina od czasu do czasu u cioci na imieninach piekielnie trudno jest nauczyć się rozpoznawać mniej-więcej określone smaki. Nie stoi to w sprzeczności z tym, co napisałem powyżej; niketóre smaki i zapachy w winie dość często się powtarzają, i choć różnie czasem można je definiować, zwykle dwoje pijących może szybko z zaskoczeniem zauważyć, że rozpoznają te same główne nuty, choć różnie ja nazwali.

 

Dla przykładu, parę dni temu miałem przyjemność próbować z żoną kalifornijskiego Merlota, z  

winnicy Beaulieu, Coastal Estates:

 

BV Merlot (pralinkowo-czekoladowy ;-)

Było to wino ciekawe, poprawne,  aczkolwiek nie zrobiło na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia; najbardziej zaskakująca zaś była różnica pomiędzy bukietem, a smakiem – bukiet zdominowany był przez dość rzadko występującą nutę apetycznej, mlecznej czekolady (chociaż akurat „czekolada” jest, zdaje się, zgodna z Merlotem, tzw. zgodność z typem); smak zaś był raczej ziemisto-mineralny, z ziołowymi akcentami. Napisałem mlecznej czekolady...? Moja żona upierała się, że żadna tam czekolada, tylko...pralinki. Na miłość Boską, co za różnica...?! Ot, i macie przykład, że różnice w opisie smaku, czy zapachu będą występowały zawsze, i zawsze zależne też będą od tego, kto wino pije. Dlatego nie przejmujcie się, gdy ktoś będzie Was usilnie przekonywał, że to jednak pralinki (albo czekolada); w pewnym stopniu takie oceny muszą być subiektywne. Napisałem „w pewnym stopniu”, ponieważ jeśli pięciu Twoich kolegów wyczuje czerwone owoce, a Ty zbutwiałą skórę...no, trudno będzie Wam uzgodnić poglądy. Co zrobić, żeby takich sytuacji uniknąć..? Trenować, trenować, i jeszcze raz trenować! (Ostatecznie, można zmienić kolegów...). Trenować nos (nie pamiętam już gdzie przeczytałem radę, by np. podczas wizyty w supermarkecie wąchąć różne owoce i warzywa...szybko zobaczycie, jaka to frajda, a poza tym przyniesiecie do domu najsmaczniejsze pomidory), i oczywiście trenować smak. O tym, jak zacząć zwracać uwagę na różne niuansy w winie, już wkrótce.

A na razie – Na zdrowie!

17:45, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2