Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
środa, 30 kwietnia 2008

No właśnie?! Kochani Moi, to już rok odkąd Was tu usilnie rozpijam. Właściwie, to trochę spóźnione to świętowanie. Ale cóż, jak ktoś jest tak beznadziejny w liczeniu, że wydawało mu się, że napisał pierwszą notkę 30, a nie 17 kwietnia roku ubiegłego, to już się nic nie poradzi. Ale rok minął i notka podsumowująca musi być! Czy był to dobry rocznik? Hmm, za wcześnie wyrokować, że się tak wyrażę. Mnie było przyjemnie, mam nadzieję, że Wy też nie nudziliście się nadmiernie. Gdybyście się nudzili, zawsze możecie pokrzepić się kieliszkiem Wirtualnego...

Niezbyt skorym do wzruszeń, ale proszę – przetrwałem ponoć najgorszy okres rozwijania bloga, kiedy to nieraz ogarnia zwątpienie i niechęć do przedsięwzięcia, które pochłania sporo czasu, a nie przynosi właściwie żadnych profitów poza pewną dozą satysfakcji. Niewielką dozą, bo przecież wiem, że doprawdy wielu jest mądrych ludzi, którzy na winie znają się dużo lepiej ode mnie, a i piszą ciekawiej – jak im się zechce. Ale że nie wszystkim się chce, to i jest jeszcze trochę miejsca na moje małe blogowe poletko.

Uprawiam je pracowicie, bo jak dobrze wiecie, Vitis vinifera wymaga sporo troski i dbałości. Wiem, że ostatnio częstotliwość moich wpisów stała się nieco mniej regularna, ale jak to się mówi – proza życia każąca (karząca?) utrzymywać się z pensji młodego naukowca w tym pięknym kraju nieco komplikuje mi życie. Ponieważ na razie nikt jakoś nie zgłasza się z ofertą zakupu praw do niniejszego bloga z walizką pełną dolarów (ani nawet złotówek), musicie mi wybaczyć te przejściowe, miejmy nadzieję, perturbacje. W ostateczności pójdę za kokotę do kabaretu robić, ale blogowania łatwo nie odpuszczę ;-)

A skoro znowu jesteśmy w klimatach Starszo-Panowych, na koniec dzisiejszej notki piosnka dedykowana:
 
Jeszcze tylko parę kroków i już próg nowego roku*,
Więc nadzieja barwi liczka jak zaliczka
Pewno lepszy zrobi się klimat
Niedźwiedź słodko zimę przekima
Perspektywa stworzy się wiośnie
A tu krzywa – nam rośnie!

Latem urlop, szorty i sporty,
Jesień niesie miasta komforty
Wydajemy pensję niecałą
Reszta leży – w Pe-ka-o.

Ach, co Nam niesie ten rok!
Ten rok! Ten rok!
Ach, co Nam niesie ten rok!
Ten zupełnie nowy rok!

Czy ubranko ma i butki Nowy Roczek,
Czy golutki?
Kierujemy wzroczek w mroczek na ten roczek!

Pewno więcej będzie imienin,
Dużo gęstszy ząb u grzebieni,
Bardzo wierne będą dziewczyny,
A szkodników? Wykpimy!

Kury większym jajem się zniosą,
Częściej chwila będzie podniosłą,
Pomożemy też raz na tydzień,
Wdowie lub inwalidzie...

Ach, co Nam niesie ten rok!
Ten rok! Ten rok!
Ach, co Nam niesie ten rok!
Ten zupełnie nowy rok!

Jeszcze tylko czasu krzynka i podnosi się kurtynka
A on idąc Nam na rękę, wszedł na scenkę!

Chęć na pewno buchnie do bytu,
marny będzie los pasożytów,
szczaw jak nigdy kraj nam porośnie
i przyrośnie nam w sośnie!

Kwiaty będą szerzyć zapachy,
od ubawów zmęczą się pachy,
a tu wiercąc trafia ktoś w ropę
i podnosi nam stopę!

Ach, to nam niesie ten rok!
Ten rok! Ten rok!
Ach to nam niesie ten rok!
Ten zupełnie nowy rok!

*- w końcu to nowy rok, a nie Nowy Rok.

Aha – w związku z faktem nadchodzącego Święta Pracy i ogólnokrajowym lenistwem, wyjeżdżam i ja. Udaję się w rejony bez dostępu do sieci, w związku z czym przez weekend nowych notek nie będzie...

Wasze Zdrowie!

15:16, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 kwietnia 2008

No i co, nie tylko Nowy Świat! Hmm, chociaż, gdyby sprawdzić, kto jest właścicielem Castello Banfi...no ale o tym  szaaa. Rosso di Montalcino od Banfich kosztuje, niestety, dość sporo (wciąż jednak mniej, niż większość „Brunellów”), ale kupujemy bez wątpienia wino dobre. Czy warte swojej ceny? Hmm, nie odpowiem „nie” ani „tak”, posłużę się wybiegiem i napiszę, że na pewno warte przynajmniej jednokrotnego zakupu i osobistego wyrobienia sobie opinii. A moje doznania poniżej... 

Nos: bardzo przyjemnie stonowane, ale jednocześnie żywe czerwone owoce, niezbyt słodkie, za to silnie owocowe... hmm, namotałem. Bardzo ładny bukiet i tyle, w tle jeszcze delikatna nuta świeżej, doskonale miękko wygarbowanej skóry. W ustach pełna równowaga (wcześniejsze napowietrzenie zalecane), wino sprawia wrażenie świeżości i aktywności, będąc przy tym jednocześnie pozbawionym nadmiernej nachalności. Wiśnie, jagody, dobra struktura, kwasowość i długość. Garbniki eleganckie. Ocena: 8.

Rosso di Montalcino, Castello Banfi 2002

sobota, 26 kwietnia 2008

Witajcie, Moi Drodzy!

Pisałem już nie raz (a pewnie i nie dwa), że w mojej ocenie jedną z najpiękniejszych form spędzania urlopu, weekendu czy generalnie – wolnego czasu, jest podróżowanie po winnicach.
Ktokolwiek miał okazję zjeść podwieczorek (nie napiszę „lunch”, bo jeszcze zabrzmi zbyt snobistycznie) pod gołym niebem i w otoczeniu pnących się krzewów Vitis vinifera  z pewnością wie, o czym piszę. Jednocześnie, najwięcej przyjemności daje wizyta w winnicach małych i lokalnych. Jeśli jeszcze do tego okaże się, że trafimy na bardzo dobre wina (często, ale nie zawsze, niestety), czego więcej chcieć od życia?

Wydaje się, że na całym świecie oferta małych winnic i producentów nie konkuruje już na śmierć i życie z winami produkowanymi przez wielkie korporacje, znajdując sobie niszę niejako obok nich. Po pierwsze, rewolucja technologiczna ułatwiła znacznie wyprodukowanie przyzwoitego wina nawet w amatorskiej winnicy. Po drugie (głównie dzięki Internetowi) sprawiła, że znacznie wzrosły możliwości dotarcia do potencjalnych klientów, ukierunkowanej reklamy i generalnie pojętej logistyki. Po trzecie wreszcie – zmienia się świadomość konsumentów, coraz więcej osób zaczyna się winem interesować i przestaje im wystarczać zestaw tych samych marek z supermarketu.

Z własnego doświadczenia wiem, że wiele winnic w USA regularnie wysyła swoim klientom specjalne oferty, zaproszenia na spotkania, degustacje, etc. Nic w tym nadzwyczajnego, to normalny sposób prowadzenia biznesu? Pewnie tak, ale mam przemożne wrażenie, że dotychczas większość tak pojętej działalności realizowana była przez kolejne „ogniwa w łańcuchu” – pośredników, właścicieli sklepów, etc. W przeciwieństwie np. do producentów amerykańskich, bardzo wiele winnic w Europie jest zamkniętych dla turystów „z ulicy”, nie prowadzi otwartych degustacji, a czasem nawet nie posiada w miarę aktualnych stron internetowych. Trudno mi zrozumieć, z czego to wynika – sprzedaż swojej produkcji hurtowo do spółdzielni czy większego producenta to pomysł ułatwiający życie, ale zmniejszający potencjalny zysk i, co by nie mówić, często wpływający na pogorszenie jakości ostatecznego produktu.

Przyznam się, że do prowadzenia dzisiejszych rozważań skłonił mnie pewien artykuł, opisujący gwałtowny rozwój małych winnic w stanie Oregon. W największym skrócie, powodzi im się, gdyż zdecydowały się właśnie na prowadzenie biznesu typu DTC (direct-to-consumer, czyli bezpośrednio do klientów). Jednocześnie starają się finansować swoje działania unikając brania kredytów i bardzo dbając o pozyskiwanie „klientów detalicznych”. Nie trzeba chyba dodawać, że to „pozyskiwanie” jest świetną sprawą z punktu widzenia potencjalnego winopijcy, czy wino-turysty.

Oczywiście, Oregon to nie jest Podkarpacie, ani Lubuskie. Polska nie trafi też pewnie za szybko do pierwszej dziesiątki największych producentów wina (wolno pewnie też nie). Jednak w obu naszych wyżej wymienionych rejonach winorośl może być uprawiana, i możliwe jest produkowanie z niej bardzo przyzwoitego wina. Warto spojrzeć na „kameralne” winnice jak na sektor gospodarki przyciągający turystów, kreujący miejsca pracy i bardzo pozytywny wizerunek wymienionych regionów. Całkiem sporo osób to rozumie, choć np. o pilotażowym programie rozwoju winiarstwa na Podkarpaciu słyszało raczej niewielu.

Niewielu też pewnie usłyszy w przyszłości, jeśli polskie prawo nie ulegnie zmianom. Zmianom pozwalającym lokalnym producentom wina na organizowanie degustacji i sprzedaż wina turystom bez zbędnych przeszkód i utrudnień, a także na sprzedaż wina przez Internet (chociaż to ostatnie, bo słynnej interwencji Dyr. Brzózki z PARPY, wydaje się w najbliższym czasie mało prawdopodobne).

Ja w każdym bądź razie o temacie nie zamierzam zapominać i będę do niego co jakiś czas wracać (wiecie, Ceterum censeo, i tak dalej). A poza tym mam motywację - chciałbym dożyć czasów, że pojadę na Podkarpacie, zatrzymam się w kwaterze agroturystycznej, na śniadanie z winem pójdę do jednej winnicy (świeże bułeczki, kozi ser, zioła, wędzonka, kieliszek gewurtza) na podwieczorek do innej (Calzone z szynką i pieczarkami, kieliszek rulandera) , a na wieczorny obiadek do kolejnej (baranina z pieczonymi ziemniakami, butelka stołowego czerwonego). A jak już się tak dekadencko nasycę, to wzniosę toast, który przecież znacie ;-)

Wasze Zdrowie!

23:31, sofanes
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 kwietnia 2008

No i proszę, dzisiaj wino dostępne w Polsce, można rzecz – nawet powszechnie. Odnowiłem sobie ostatnio miłą z nim znajomość, i „odnowiłem” to właściwe słowo, gdyż wino to zawsze wykazywało się przyzwoitością, od czasu do czasu wkraczając wręcz w rejony zarezerwowane dla win naprawdę dobrych. Oczywiście nasze (no dobrze – moje) smaki ewoluują z czasem, i pamięć także różne figle płata, ale różne okazje i jego butelki z przeszłości kojarzę chyba prawidłowo. Zawartość butelki z 2004, którą ostatnio miałem przyjemność konsumować, przegrywa – ufając wspomnieniom – z niektórymi rocznikami z lat wcześniejszych, ale chyba warta jest swojej ceny (w końcu złotówka mocna ostatnio, jak nigdy). Dobra, czas na wrażenia bardziej konkretne. Jeśli chodzi o bukiet, to aromaty świeżych ziół mieszają się z delikatnymi nutami owocowymi; jakby jeszcze gdzieś obok ktoś palił na klatce ;-)

W ustach solidne garbniki i nieco zbyt migdałowo, ale na szczęście jeszcze znośnie. Trochę koperku, trochę leśnych owoców, ciężar średni i długość średnia. Ogółem ocena 7,5 (ale mam wrażenie, że przy szczególnie udanym roczniku może być i 8).

Gran Coronas, Torres, Penedes, Hiszpania 2004

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

Witajcie, Kochani!
Nie od dziś wiadomo, że nowe rozwiązania przyjmują się ciężko. W naszym kraju – choć nie chcę narzekać - czasami nawet bardzo ciężko. Jakiś czas temu przeczytałem w niusach Decantera, że już wkrótce amerykanie będą mogli kupować wino przez największy sklep internetowy świata, czyli Amazon. Zamarzyło mi się nawet, że to samo zrobi polski Merlin ;-)

Przeczytałem, i zadumałem się, jak to jest, że tam można, a u nas pan Dyrektor Brzózka z PARPY straszy winiarskie sklepy internetowe stosem i powolnym przypiekaniem? I jednocześnie przypomniałem sobie, jak funkcjonuje kontrolowanie dowodów tożsamości podczas zakupu alkoholu w Polsce i USA. Czyż nie jest zastanawiającym, że w kraju jankesów (tak dbałym o pilnowanie, by osoby poniżej 21 lat nie mogły kupić alkoholu w sklepie) nikt nie zauważył oczywistej oczywistości dostrzeżonej przez Dyrektora B. z PARPY, iż jest to prosta droga do rozpijaczenia Narodu?

Gdybym miał (kolejny już raz) postarać się o zrozumienie intencji działania PARPY (nie chcę dopuścić do siebie strasznego podejrzenia, że za argumentacją dyrektora Brzózki nie stała żadna głębsza refleksja), mógłbym podążyć na przykład taką drogą: Nie od dziś wiadomo, że przeciętny internauta siedzi przy komputerze pijąc alkohol i oglądając różne sprośne filmiki. Udanie się do sklepu po zapas piwa czy wina to dla niego jedyny sposób, by się oderwać od wirtualnych świństw; wobec czego uniemożliwienie zakupów alkoholu przez Internet to, nomen-omen, czyste dobro. To, że odcina się (czy znacznie utrudnia) dostęp do zakupu dobrego wina np. wielu niepełnosprawnym, to drobiazg (zresztą, niepełnosprawni i tak są już poszkodowani na zdrowiu, więc chroniąc ich przed alkoholem znowu działamy w ich interesie).

O tym, że w wielu krajach Europy oraz w USA najprężniej w tej chwili rozwijają się właśnie małe winnice, produkujące bardzo dobre wina w niewielkich ilościach i znajdujące klientów właśnie dzięki Sieci, napiszę niedługo osobną notkę, a tu wspomnę tylko, że nawet jeśli przepisy uniemożliwiające sprzedawanie wina przez polskich małych producentów (muszą oni spełniać kryteria wymyślone dla wielkich Polmosów) zostaną wreszcie zmienione, to nowa interpretacja reguł handlu w Internecie przedstawiona przez PARPĘ uderzy także w nich. Okazuje się bowiem, że obecność w Internecie i możliwość sprzedawania swojego wina wysyłkowo to jeden z najważniejszych czynników prężnie rozwijającego się sektora małych, rodzinnych winnic. Wszędzie, ale nie w Polsce.

Niestety, temat zniknął ostatnio z serwisów informacyjnych i tyle wiadomo, że niewiele wiadomo. Jest w końcu handel w sieci winem legalny, czy nie? A może znajdujemy się w tradycyjnie polskiej próżni prawnej, gdzie skoro coś nie jest dokładnie uregulowane, to każdy urzędnik dysponujący arsenałem drakońskich kar będzie sobie wspomnianą próżnię zapełniać własnymi interpretacjami? Jeśli ktoś z Szanownych Czytelników wie, czy przygotowywane są jakieś kompleksowe rozwiązania prawne, niech się tą wiedzą podzieli...

21:08, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 kwietnia 2008

No trudno. Trudno się mówi. Nie raz i nie dwa starałem się zastrzegać, że to, iż piszę głównie o winach z Nowego Świata nie znaczy wcale, że do win ze Starego mam jakiś osobisty uraz. A teraz wyjdzie, że jednak mam. Oto bowiem dzisiaj recenzja wina dosyć znanego, bardzo cenionego i generalnie chwalonego – ja zaś zamierzam „zjechać” je kompletnie. Wino kupiłem z nastawieniem, że sprawdzone i polecane będzie dobrym przerywnikiem między winami spoza strefy europejskiej. A tu – niestety – klops. 

Pierwszy kontakt nosa z bukietem po otwarciu butelki zakończył się skandalem. Przeważały aromaty starej piwnicy, lekkiej stęchlizny i ceglanych stropów – czasami delikatne nuty często określane jako ziemiste, czy butwiejących liści dodają winu głębi czy unikalności, jeśli jednak są zbyt intensywne, trudno, by taki zapach wprawiał w zachwyt. Zapach zelżał, a pierwsze podejrzenie, że trafiłem na trafioną butelkę, rozwiało się razem z nim. Napowietrzyłem i spróbowałem – ale smak był beznadziejny. Nie było to wino zepsute; królowała w nim po prostu dębowa goryczka, cienkość owocu i brak kompleksowości. Z czasem trochę się rozwinęło, ale wino ze wszech miar sprawiało wrażenie zmaltretowanego przez zbyt długie siedzenie w beczce. Nie chciałem uwierzyć w to, co czułem na języku, rzuciłem się więc do sieci szukając czegoś na temat moich wstrząsających doznań. Niestety, nie znalazłem za dużo – być może, ale tylko być może, spróbowałem Riservy z bardzo złego rocznika  (zdaje się, że najgorszy z dziesięciolecia), no ale jak to się ma do znanej prawdy, że dobrzy i znani producenci nie wypuszczają win poniżej pewnego poziomu?  

Sam niedawno pisałem, cytując H. Johnsona, że rocznikowość traci na znaczeniu. No nic, może kupię kolejną butelkę z jakiegoś wyjątkowego rocznika, ale nie wiem, czy i kiedy znajdę odwagę, by zaryzykować ponad stówkę na jeszcze jedną próbę...

 

Ocena: 6

  

Ruffino Chianti Classico Riserva Ducale 2002
14:19, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3