Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
środa, 30 maja 2007

Wspomniałem w poprzedniej notce o podstawowym zinie Ravenswooda, czyli Vintners Blend, i o tym, że w 2003 udało się zmieszać go nieco lepiej, niż w 2004 ;-) Napisałem również, że pomimo tego jest to i tak wino porządnej jakości, nigdy nie schodzące poniżej pewnego poziomu. Teraz przyszedł czas na nieco więcej szczegółów. W bukiecie czerwone owoce, wybijają się nuty malinowe, także pieprz (tak jak pachną „czarne kulki” zanim się je zmieli, czyli zapach w sumie delikatny, ale z charakterem). W ustach również czerwone owoce, ale maliny już trudniej wyczuwalne. Lekkie nuty określane czasem „dżemem” (dla jednych to wielka zaleta, dla innych wada), chociaż trudno mi się zdecydować, czy mamy do czynienia z dżemem truskawkowym, czy wieloowocowym...oprócz tego przyprawy – pieprz z bukietu także wyczuwalny, ale jeszcze jakieś trudne do zidentyfikowania zioła (kiedyś sobie posadzę parę krzaczków i wreszcie się nauczę wiązać zapach z konkretnym zielskiem   ;-) Oceniam na 8. Może przyszły rok będzie lepszy...? Obecny w Polsce, ale trochę drogi; tyle to powinny kosztować droższe wina Ravenswooda, a nie Vintners Blend...no ale to moja subiektywna ocena. Aha, oprócz Vintners Blend piłem jeszcze trochę droższą jego odmianę – z apelacją Sonomy. Kosztowniejsza parę dolarów, ale lepsza tylko minimalnie, jeśli w ogóle. Ravenswood produkuje jeszcze Ziny z pojedynczych winiarni, ale żadne jakoś nie dotarło do sklepów w mojej okolicy...

Zin Vintners Blend 2004

poniedziałek, 28 maja 2007

Witam, Moi Drodzy Czytelnicy! O czym to ja ostatnio...? Ach, tak, miałem przybliżyć w trzech słowach postać legendarną, jeśli chodzi o rozwój czerwonego, pełnoekstraktowego Zinfandela. Joel Peterson założył swoją firmę winiarską  Ravenswood w 1976 roku  z czterema tysiącami dolarów w kieszeni. Mikrobiolog, syn chemików (no po prostu muszę o tym wspomnieć, nie zaznał życia, kto nie posiał bakterii na szalkę Petriego), postać zupełnie nietuzinkowa, nigdy (jeśli się nie mylę) nie stał się właścicielem winnicy w pełnym tego słowa znaczeniu. Wina z logo Ravenswood są produkowane z winogron zakupywanych w różnych miejscach Kalifornii i świata. Wyobraźcie sobie; gość wsiadał na Harleya i jaaazda, objeżdżał wybrzeże Pacyfiku i małe miejscowości w Kalifornii szukając owoców, z których chciał wyprodukować dobre wino. Czy to nie jest przyjemny pomysł na życie? Indeed, czyż nie...? Szczepem winogron, na którego punkcie miał przysłowiowego hyzia, stał się Zinfandel. Dlaczego właśnie Zinfandel..? Zdecydowało kilka czynników. Po pierwsze, były to właściwie jedyne naprawdę stare, a dość rozpowszechnione krzewy winorośli w USA, zaś założyciel Ravenswooda przywiązany był do pochodzącego z Europy twierdzenia, iż najlepsze wina powstają z owoców wyrosłych na starych krzewach. Po drugie, owoce Zinfandela można było kupić za niewielkie pieniądze; wreszcie po trzecie – była to odmiana, która kryła w sobie duży potencjał, z czego Peterson świetnie zdawał sobie sprawę, w przeciwieństwie do większości ówczesnych winiarzy. Peterson jeździł, upijał (jak głosi legenda) właścicieli co ciekawszych winnic, i dobijał targu – dostawał te owoce, które chciał. Taki typ biznesu okazał się bardzo dobrym pomysłem, pozwalając mu na pewną elastyczność w produkcji (gwoli ścisłości, nie był to nowy pomysł biznesowy; pierwsi byli chyba „negocjanci” we Francji). Zresztą, jak czytałem, to wciąż jedno z jego ulubionych zajęć – podróżowanie, zwiedzanie dużych i małych winiarni i polowanie na okazje. Rzecz jasna, Joel Peterson nie był zupełnym nowicjuszem, jeśli chodzi o wina. Jego rodzice byli zafascynowani tym trunkiem i współtworzyli San Francisco Wine Sampling Society; miał więc od kogo się uczyć. Oczywiste jest jednak także, że pić wino, a je wytwarzać, to dwie różne rzeczy. Peterson miał jednak szczęście spotkać na swojej drodze (o czym wspomina w wywiadzie dla San Francisco Chronicle) we wczesnych latach 70tych jednego z pierwszych winiarzy, którzy zdecydowali się na produkcję porządnych, silnie ekstraktowych Zinów – Josepha Swana. Prawdopodobnie właśnie wtedy nabrał przekonania, że warto poświęcać czas na eksperymenty z Zinfandelem. Ravenswood nie od razu stał się korporacją znaną w całych USA – w 1983 roku firma stanęła na krawędzi bankructwa. Wspólnik Petersona, Reed Foster, zaproponował (prawdopodobnie w skrajnej rozpaczy ;-) produkcję White Zinfandela, ale Peterson się nie zgodził – „żadnych słodkich, różowych, bezpłciowych i mięczakowatych win!” odparł (no, może to moje nieco dowolne tłumaczenie „no wimpy, pink, sweet wines, no way”; znów cytuję SF Chronicle). Zamiast tego zaproponował stworzenie wina przeznaczonego na szerszy rynek – produkowanego w większej ilości, ale bez dużych strat w jakości. Do tego czasu bowiem wina wychodzące ze stajni Ravenswooda powstawały w małych seriach, najczęściej przypisanych do winiarni, z których pochodziła dana partia owoców. Nowa marka, Vintners Blend, miała być tworzona inaczej – każdego roku porcje owoców z różnych winnic były selekcjonowane przez Petersona, i każdego roku udział winogron z różnych miejsc Kalifornii mógł ulec zmianie. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to mało zachęcające – ot, „porządne” wina są produkowane z najlepszych owoców, a reszta idzie w Vintners Blend. Rzecz w tym, że Peterson nie był owładnięty myślą zarobienia milinonów, tylko uratowania firmy i robienia tak dobrych win, jak to możliwe. Nos Petersona (w każdej interpretacji) okazał się czynnikiem decydującym – w 1983 roku wyprodukowano pierwszych tysiąc skrzynek nowego wina, co jego twórcy wydawało się olbrzymią ilością. Już kilkanaście lat później produkcja Vintners Blend osiągnęła setki tysięcy skrzynek. W 2001 roku Ravenswood został sprzedany firmie Constellation Brands za 148 milionów dolarów, jednak Peterson pozostał jednym z dyrektorów firmy i jedną z najważniejszych osób mających wpływ na produkcję wina. „No wimpy wines” stało się już przysłowiowe, zaś Ravenswood Vintners Blend Zinfandel pozostaje jednym z najlepszych popularnych Zinów w USA, oferując świetną relację jakości do ceny. Nie muszę chyba dodawać, że jest to jedno z ulubionych win piszącego te słowa :-) Jego pewną wadą pozostaje doroczna zmienność, a rocznik akurat dostępny na rynku (2004) nie jest najlepszy z tych, które już próbowałem. Co jednak pocieszające, jakość win Ravenswooda nigdy jednak nie spada poniżej pewnego poziomu. Dobrą wiadomością jest też niewątpliwie to, że guglowanie przyniosło miłą wiadomość – Vintners Blend można kupić w Polsce! Na pewno skorzystam, jak już wrócę, chociaż cena jest, niestety, trochę wysoka. Może zresztą tak – na rocznik 2004 jest wysoka, ale gdyby tak można było jeszcze kupić rocznik 2003, wyjątkowo udany, byłaby w porządku. Szkoda, że w Europie nie produkuje się za dużo Zinfandela, chociaż to  akurat  ostatnio się zmienia. Szczególnie włoscy winiarze, pomimo tego, że nazywają je z pogardą „Primitivo” ;-), zachęceni karierą poczciwego Zina za Oceanem, zaczęli rozwijać jego produkcję. A właśnie, historia pochodzenia Zinfandela (a wywodzi się on z Europy) zasługuje na co najmniej osobną notkę...o tym wkrótce, a na razie: Wasze Zdrowie!

Logo Ravenswood

04:19, sofanes
Link Komentarze (4) »
sobota, 26 maja 2007

Witam, witam ponownie Moi Drodzy! Cóż tam słychać? Dużo się dzieje, tam na zewnątrz Internetu, czyż nie? Ano; przysiądźcie więc na wirtualnej kanapce, podstawcie szkło – nalewam...właśnie świeżo odszpuntowałem baryłeczkę Wirtualnego; proszę, częstujcie się...Wybaczcie, że jak zwykle Wirtualne; takie już są prawidła sieciowe; zapewniam, że gdybym mógł, dziś zaserwowałbym Zinfandela. Słucham..? Rzecz jasna, że nie „białego zinfandela” (będącego w istocie winem różowym, co dosyć zabawne) ale głębokiego, znakomitego, niezwykle ekstraktowego czerwonego Zinfandela. Muszę powiedzieć, że mam słabość do tej odmiany winogron i czerwonych win z niej wytwarzanych. To wspaniały szczep; w Starym Świecie wciąż niedoceniany – dopiero sukcesy w USA na nowo przyciągnęły uwagę winiarzy z Europy. Co ciekawe, historia szczepu winorośli jest tak samo fascynująca, jak historia wina z niej wytwarzanego. Żeby opowiedzieć ją w telegraficznym chociaż skrócie, wypada rozbić opowieść na kilka odcinków. Przez długi czas Zinfandel uważany był za rdzennie amerykański szczep (a raczej wyselekcjonowany przez amerykańskich winiarzy). Do dziś zresztą, pomimo tego, że jest już jasne, że przyjechał do Kalifornii z Europy, przez niektórych nazywany jest Gronem Amerykańskiego Dziedzictwa (no nie bujam, Moi Drodzy, dokładnie: „America's Heritage Grape”). Ale śmichy-chichy na bok, w rzeczy samej historia popularnego „Zina” jest fascynująca i powiązana z wieloma wydarzeniami, które miały wpływ na Amerykę i nie tylko. Zinfandel trafił na jankeską ziemię około 1820 roku, i miejscem jego przybycia było...Long Island. Na wschodnim wybrzeżu często uprawiany w szklarniach, stał się bardziej rozpoznawany w okresie Gorączki Złota w San Francisco, czyli około 1848 roku. Jak wiadomo, podczas Gorączki Złota największe pieniądze zarobili wcale nie kopacze złotego kruszcu, ale sprzedawcy szpadli, jeansów i wszystkiego innego, czego potrzebowali tłumnie przybywający osadnicy. Siłą rzeczy, niepomiernie wzrósł w tym okresie także popyt na wino, a to znowu zastymulowało winiarzy do rozwijania produkcji. Zinfandel szybko zyskał na popularności (prawdopodobnie po części dlatego, że należy do dość obficie plonujących odmian), do końca wieku stając się najczęściej uprawianą odmianą winorośli w USA. Nawet Prohibicja nie zaszkodziła mu nadmiernie – zezwalała na domowy wyrób wina i produkcję dla celów religijnych. (Dziwnym trafem religijność w Kalifornii gwałtownie wzrosła w tym okresie; i co z tego zostało dzisiaj ? ;-)) Poza tym, dojrzałe winogrona (właściwie moszcz) wysyłano do prywatnych amatorów, z dokładną instrukcją, jak unikać określonych czynności, które jeśli wykonane - mogą doprowadzić do sfermentowania tego pysznego napoju :-) W czasach bardziej niedawnych, Zinfandel popadł w zapomnienie, a przed wielkim wycinaniem plantacji uratowało go wprowadzenie w latach powojennych na rynek słodkawego wina różowego, wspomnianego wcześniej White Zinfandela. Ten „blush”, tanie i przyjemne wino na aperitif w słoneczny dzień, zrobiło karierę głównie dlatego, że było tanie i dobre (a dobre, bo tanie...). Jest to jednak wino o lata świetlne odległe od kompleksowości i złożoności „prawdziwych” czerwonych zinów. Człowiekiem, który zmienił postrzeganie Zina jako niepozornego, nudnego przeciętniaka nadającego się tylko do taśmowej produkcji blush’a,  i pokazał Światu prawdziwy potencjał drzemiący w tej odmianie był Joel Peterson. O nim, Moi Kochani, już wkrótce. A na razie, Wasze Zdrowie! (I Zinfandela).

02:53, sofanes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 maja 2007

Bukiet: Stonowane, żółte owoce; melon...? Wino proste (ale nie prostackie), bez fajerwerków, średnio złożone, lekkie...i trochę nudne. Niska kwasowość, słabo wyczuwalne owoce, może też ten melon....pije się przyjemnie, ale nie aż tak, żeby odczuwać nadzwyczajny żal, że już się skończyło. Ocena niewiele powyżej przeciętnej - 6,5. Nie wiem, czy jest w Polsce, doguglałem się Chardonnay i Cabernet Sauvignon. Może spróbuję, żeby się przekonać, czy kwestia nijakości dotyczy akurat tego Pinot Grigio, czy całej serii Stone Cellars. W sklepie w którym kupuję wina tej serii plasują się na półce blisko ziemi – a akurat próbowałem już win stamtąd,  i cóż...wydaje mi się, że są skazywane na banicję słusznie. Jak jednak już napisałem, spróbuję czegoś innego z tej serii, i jeśli mnie pozytywnie zaskoczy, odszczekam swoje insynuacje ;-)

Beringer Pinot Grigio 2005

04:19, sofanes , Oceny
Link Komentarze (7) »
wtorek, 22 maja 2007

Witajcie, Moi Drodzy! Jeśli nie macie nic przeciwko, niech zacznę jak zawsze, od kieliszka Wirtualnego...taak. Już lepiej. Zastanawiacie się pewnie, cóż miałem na myśli, nadając niniejszej notce taki tytuł? Pozwoliłem sobie na pewien żart, dotyczący niektórych mitów z winem związanych, które mają się świetnie, a nikt chyba już nie wie, skąd się wzięły. Jednym z nich jest np. wąchanie korka po otwarciu wina (kiedyś była taka śmieszna dyskusja na forum wino Gazety), zwyczaj, trzeba to przyznać, nieco dziwaczny. Szukając wytłumaczeń w literaturze, natknąłem się na ślad wyjaśnienia, pozwólcie, że zacytuję: 

(...)Ponieważ Wokulski pierwszy raz widział podobne zjawiska i bynajmniej nie ukrywał niedowierzania, więc Palmieri zaprosił go do pierwszego rzędu krzeseł. Tu po kilku próbach Wokulski przekonał się, że zjawiska, na które patrzy, nie są kuglarstwem, lecz polegają na jakichś nieznanych właściwościach systemu nerwowego. Ale najwięcej zajęły, a nawet przeraziły go dwa doświadczenia mające pewien związek z jego własnym życiem. Polegały one na wmawianiu w medium rzeczy nie istniejących. Jednemu z uśpionych podał Palmieri korek od karafki mówiąc, że podał mu różę. W tej chwili medium zaczęło wąchać korek okazując przy tym wielkie zadowolenie. - Co pan robisz? - zawołał Palmieri do medium - wszakże to asafetyda... I medium natychmiast z obrzydzeniem odrzuciło korek wycierając ręce i narzekając, że cuchną. (...) 

No ale nie jest możliwe, żeby tak wiele osób było zahipnotyzowanych, prawda? ;-) Słyszałem o jeszcze innym objaśnieniu, według którego wąchając korek można wyczuć, czy wino jest zepsute. Na miłość boską, ale przecież łatwiej to wyczuć wąchając samo wino! Może wszystko wzięło się z tradycji podawania korka podczas zakupu lepszych win w restauracji? Korek po otwarciu wina powinien być teoretycznie podany przez kelnera po to, by zobaczyć, czy nie jest uszkodzony (jeśli powietrze dostało się do wina podczas przechowywania, to już po ptokach), albo czy nikt nie podmienił go na inny. W praktyce jednak to dość pretensjonalny zwyczaj: w końcu, jeśli wino jest zepsute, można odmówić jego zakupu bez względu na stan korka, a jeśli kelner podmienił butelki, czy korki, już coś wymyśli, żebyśmy się o tym nie dowiedzieli...jakby nie było, korek najbardziej pachnie korkiem, i wąchanie go jest nieco dziwaczne. Z drugiej strony, jak ktoś chce niuchać korek, niech niucha do woli, w końcu czemu nie...;-) Z innych zabawnych rzeczy, fajnie brzmią też stwierdzenia typu – „a ja lubię tylko wina z Kalifornii” (Włoch, Francji, etc.). Nadmienię tylko, że taka Kalifornia jest większa, niż całe Włochy z wyspami...ktoś może wytknąć mi, że przecież brzmi to prawie „a ja lubię wina tylko z Nowego Świata”; ale będzie miał tylko częściową rację – kategorie „Nowy Świat” i „Stary Świat” rzeczywiście istnieją i mówią o charakterze wielu win, różnego rodzaju i pochodzenia, natomiast naprawdę trudno doszukać się nadzwyczajnej specyfiki przypisanej akurat do stanu Kalifornia. Bogiem a prawdą, kategoria Nowy\Stary Świat chyba też zaczęła się właśnie zacierać – winiarze z Europy coraz bardziej przestawiają się na Nowoświatowość...za 20 lat może być to już podział historyczny, jak mniemam. Kolejnym ciekawym zwyczajem jest ocenianie wina jedynie po kolorze i łukach (arcach), jakie zostawia płyn na ściankach kieliszka po zamieszaniu. Kolor właściwie o niczym nie informuje – może pozwolić na wstępne odróżnienie win lżejszych, o owocowych posmakach (jak Beaujolais czy Pinot Noir) od ciężkich i ekstraktowych, ale raczej na niewiele więcej. To, że starsze czerwone wina bledną, a białe ciemnieją, to oczywiście prawda; nikt jednak przecież nie będzie oceniał wieku wina tylko po kolorze! Łuki („arki”) na kieliszku świadczą natomiast...o zawartości alkoholu w winie, a nie o garbnikach, czy czymkolwiek innym. Jeśli nie wierzycie, nalejcie czystej wódki do kieliszka, zamieszajcie, i obserwujcie... Takich przesądów jak opisane powyżej jest wiele, i jak znacie jeszcze jakieś, to się podzielcie ;-) Z drugiej strony, śmiech śmiechem, ale w końcu różne takie dziwactwa budują właściwy klimat konsumpcji sfermentowanego soku z winogron, nieprawdaż? Wącham więc wirtualny korek, z namaszczeniem mieszam w kieliszku Wirtualne, kontemplując rubinowy kolor pod światło i obserwując łuki ze zmarszczonym czołem...no i - last, but not least – Piję Wasze Zdrowie, Czytelnicy! Za wszystkie śmiesznoty tego świata!

03:29, sofanes
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 maja 2007

Dziś bardzo krótka notka i czysto informacyjna. Przeglądając różne polskie zasoby sieciowe z winem i winiarstwem związane, na portalu Winiarzy Zielonogórskich natknąłem się na informację o wrześniowym winobraniu. Stamtąd można się przenieść na stronę bezpośrednio dotyczącą imprezy, ale na niej denerwuje niestety okropnie bałagan (do tego mnie się zupełnie źle składa w przeglądarce) i pomieszane informacje o winobraniu w 2006 z planami na 2007. Tyle przynajmniej zrozumiałem, że tym razem impreza ma się odbywać w dniach od 8 do 16 września. Gdybym był w Polsce, pewnie bym się wybrał, choćby z czystej ciekawości ;-)

Link do Winiarzy Zielonogórskich

 Aha, no i pewnie zastanawiacie się, czemu taki dziwny tytuł niniejszej notki? Ano, jednym z moich nielicznych (dobrą mam pamięć, ale trochę krótką) wspomnień z przedszkola była jedna z pań opiekunek, która straszyła nas, że jak będziemy niegrzeczni, to pojedziemy do Zielonej Góry. Czaiła się w tych słowach straszliwa, niewypowiedziana groźba – i muszę powiedzieć, że nawet dziś, jak słyszę „Zielona Góra” – to brzmią te słowa nieco mrocznie, tajemniczo i fascynująco...nigdy nie byłem w Zielonej Górze, i muszę to kiedyś nadrobić. Duże amerykańskie miasta są na dobrą sprawę dość podobne do siebie; życia zresztą nie starczy, żeby dobrze obejrzeć chociaż jedno z nich. A Zielona Góra, idę o zakład, jest unikalna! Za rok, jak dobrze pójdzie, wrócę wreszcie do kraju i zgadnijcie, gdzie się wybiorę na jesieni...

;-)

03:53, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3