Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
sobota, 30 czerwca 2007

Ha. Czuję się naprawdę niezręcznie, krytykując Shiraza pochodzącego z Australii, czyli ojczyzny Shirazów ;-)  Niestety, będąc możliwie obiektywnym, to wino na krytykę zasługuje, bezczelnie korzystając z legendy Shirazów pochodzących z Antypodów, za  to w  żaden sposób jej nie tworząc.

Najmniej w tym winie podoba mi się bukiet – wyróżniały się w nim trzy nuty: stęchłej piwnicy, mokrego tytoniu i białej gumy chińskich trampek. W ustach, na szczęście,  było trochę lepiej – wyczułem coś a la przypalony tost, przyprawy do pieczeni (z kangura, jak mniemam) i trochę (niewiele) czarnej porzeczki. Wino średnio ciężkie; pomimo dziwnych aromatów  i smaków garbniki, o dziwo, nie dominujące. Ostateczna ocena 6,5.

Najbardziej zaskoczyło mnie, że jest to wino „poddębiane” właśnie wiórami, które broniłem i wciąż bronię jako akceptowalne zamienniki beczki, pod warunkiem, że używa się ich właściwie. Mogę powiedzieć dwie rzeczy o tym winie – chwały Australii nie przynosi, a i użyciu wiórów oddaje raczej niedźwiedzią przysługę...

 

McWilliams Shiraz, Hanwood Estate, 2004
03:53, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
czwartek, 28 czerwca 2007

Moje pierwsze zetknięcie się z winem z Michigan nastąpiło jakieś dwa lata temu, kiedy wybraliśmy się z ukochaną żoną nad Wielkie Jeziora. Wybraliśmy się na wycieczkę wzdłuż wschodniego wybrzeża jeziora (czyli zachodniego – stanu ;-) i mocno się zdziwiliśmy – to naprawdę urocze tereny, najbardziej chyba przypominające nasz polski Bałtyk, z długimi, piaszczystymi plażami. W dodatku, im dalej na północ, tym ciekawiej, bardziej dziko i mniej turystycznie. Po przekroczeniu mostu spinającego Lake Michigan i Lake Huron (swojego czasu najdłuższego wiszącego na świecie) wjeżdża się w region parków narodowych, wodospadów i leśnych kempingów...taaak, jeśli macie rodzinę w Chicago (albo pieniądze ;-)  wybierzcie się kiedyś - naprawdę warto. Pierwszym przystankiem może być miasteczko St. Joseph – ładne i w nieco europejskim stylu. Można tam zjeść wspaniałe waffels (czyli takie duże gofry) z truskawkami i orzechami, napić się dobrej kawy i pochodzić po deptaku na skarpie z widokiem na jezioro Michigan, molo i latarnią morską (albo jeziorną ;-) Co roku też w całym mieście wystawia się produkcja artystyczna okolicznych szkół (jeśli się nie mylę); są to ręcznie zdobione figury (odlewy?) wykonane w zgodzie z danym tematem przewodnim; dwa lata temu były to konie; rok temu – niedźwiadki, a w tym – samochody. Każdy jest inny (jeden samochód zdobiony mozaikami, inny dopingujący drużynę futbolu, etc. etc.). Zobaczcie zresztą sami.

Ale wróćmy do głównego tematu.Winnice w Michigan zlokalizowane są głównie w południowej części stanu, w pasie wzdłuż wybrzeża mniej więcej długości 20 mil, co związane jest z łagodzącym klimat wpływem jeziora. Podczas naszego pierwszego pobytu w opisywanych rejonach spróbowaliśmy kilku win z jednej z największych i najstarszych miejscowych winnic – Tabor Hill. Jeśli dobrze pamiętam, było to wydarzenie o tyle historyczne, iż pierwszy raz naprawdę posmakowało nam czerwone wytrawne wino wyprodukowane w winnicy zlokalizowanej w miejscu o klimacie przypominającym południową Polskę. Było to Red Arrow Red – blend Cabernet Sauvignon, Merlot i Cabernet Franc (o co sezon zmieniających się proporcjach). W tym roku postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej innym winnicom w regionie. Na pierwszy ogień poszła Lemon Creek Winery...i bez żadnej przesady muszę powiedzieć, że ta wizyta nami wstrząsnęła. Niestety, negatywnie. To, że próbujących i klientów przyjmuje się w czymś w rodzaju niewykończonej stodoły na dziedzińcu której walają się stare beczki i stalowe kadzie do fermentacji („walają się” to właściwe określenie – z pewnością nie był to bowiem efekt zamierzony) można jeszcze wybaczyć lub machnąć ręką; akurat odbywała się tam jakaś przebudowa i można to złożyć na karb zamieszania z nią związanego. Trudno jednak zaakceptować sytuację, w której próbki wina nalewa się do papierowych pojemniczków kojarzących się raczej z podawaniem lekarstw, zaś personel nie ma zielonego pojęcia o winach, które serwuje. Gdybym jeszcze mógł napisać, że przynajmniej wino smakowało jako-tako...ale nie mogę, po prostu nie mogę. To, co spróbowaliśmy, przypominało raczej sok z dębu, zaś aromaty przywodziły na myśl kocią kuwetę. Zapamiętajcie sobie nazwę Lemon Creek Winery i omijajcie ten przybytek szerokim łukiem, jeśli już traficie w te okolice. Tuż za miedzą (dosłownie i w przenośni) leży winnica Domaine Berrien Cellars i jeśli właśnie opuściliśmy piekło, trafiliśmy do przedsionka raju (może przesadzam, ale wiecie – kontrast był tak przemożny...). Naprawdę niezłe Pinot Grigio, Viognier i Traminette; reszta akceptowalna. Zresztą, przyzwyczaiłem się już, że białe wina w chłodniejszych regionach (czyli właśnie Missouri, Michigan, Indiana) osiągają często naprawdę wysoką jakość, przewyższającą niską (a czasem średnią) półkę masówki z Kalifornii. Nie jest to pewnie znowu takie dziwne, jak się dobrze zastanowić. Co jednak mnie naprawdę pozytywnie zaskoczyło, to poziom niektórych czerwonych win z Michigan – chociażby wcześniej wspomnianego Red Arrow Red z winnicy Tabor Hill , czy też właśnie produkcji Domaine Berrien Cellars. Zaczęliśmy testowanie od winka stworzonego z mało popularnej hybrydy o nazwie St. Vincent, nie spodziewając się za wiele po tej odmianie oraz pierwszym zdaniu z opisu, brzmiącym: „nasze najlżejsze czerwone wino”. No i spotkało nas miłe zaskoczenie – winko lekkie, ale mające swój charakter; przy tym zrównoważone i lekko owocowe, o właściwej kwasowości. Gdybym mieszkał w okolicy na stałe, kupiłbym skrzyneczkę – takich lekkich i dobrych czerwonych win praktycznie nie ma w ofercie większości supermarketów i sklepów z winami. Gwiazdą wieczoru zostało jednak bordoskie w stylu (47% CS, 33% Cabernet Franc, 15% Merlot, 3% Malbec, 2% Petit Verdot) winko o nazwie Crown of Cabernet. Najdroższe , ale jednocześnie najlepsze; co tu dużo gadać - naprawdę zacne.

 Domaine Berrien - tu fermentuje się dobre rzeczy...

Równie miłym zaskoczeniem było Pinot Noir – z reguły obecne w lokalnych winiarniach w wyniku popularności filmu Sideways, i również z reguły niepijalne; tym razem jednak stanowiące chlubny wyjątek od tej zasady.

Podkreślę może, że opisywane wyżej czerwone wina prawdopodobnie nigdy nie dorównają najlepszym ze swoich odpowiedników z Kalifornii, ale z drugiej strony – miło mieć świadomość, że stworzenie porządnego Caberneta w klimacie Michigan jest w ogóle możliwe. Ostatnią winnicą, którą zaszczyciliśmy swoją obecnością, była Round Barn Winery, będąca jednocześnie destylarnią. Jeśli byliśmy w piekle i niebie, to na koniec trafiliśmy do czyśćca – czerwone wina trzymały akceptowalny poziom, podobnie z białymi, ale w sumie bez fajerwerków. Jeśli miałbym coś wyróżnić, to Cabernet Sauvignon z czerwonych (robiony niestety z winogron sprowadzanych ;-) i białe winko pod tytułem Vineyard Tears. To ostatnie może nawet zasługuje na więcej niż wyróżnienie, ale byliśmy już po całym dniu testowania i zmysł smaku nieco już się stępił, więc sam już nie jestem pewny. Wspomnę jeszcze, że na miejscu zjedliśmy bardzo dobrą pizzę robioną na europejski, nie amerykański sposób, i smaczną sałatkę.

Generalnie, musze powiedzieć, że wizyta w regionie winiarskim Michigan mile nas zaskoczyła. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję zwiedzenia opisywanych okolic, skorzystajcie z niej koniecznie.

Wasze Zdrowie!

03:23, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 czerwca 2007

Wróciłem z wojaży, ale zanim zdam nieco bardziej szczegółową relację, najpierw wstawiam notkę z dzienniczka; muszę mieć trochę czasu, żeby wszystko właściwie poukładać... 

Lubicie być miło zaskakiwani? Pewnie, że lubicie; kto nie lubi. Sięgnąłem ostatnio po drugie wino z serii Columbia Crest Grand Estates – i pomny przeciętnych doświadczeń z Merlotem z tej winnicy, nie oczekiwałem zbyt wiele. A tutaj, proszę bardzo – amerykańskie „siurprajs party”, jak mawiają na Jackowie w Chicago, gdzie czasem robię wyprawy po kiełbasę. (Ha, czy zdajecie sobie sprawę, że kiełbasa z Chicago prawdopodobnie przewyższa obecne krajowe produkty? Tak; na Jackowie czas się zatrzymał w latach 80-tych, ale jeśli chodzi o kiełbasę, to akurat wielka zaleta). Ale ja tu wypisuję głupoty o kiełbasie, a miałem o winie. Tzn., nie miałem pisać głupot...ech, zaplątałem się w dywagacjach. Wróćmy więc do tematu – tym razem otwarta została butelka Shiraza. Bukiet – bardzo, bardzo przyjemny; pięknie złożony; nuty kwiatowe (jaśmin), truskawka, śliwka, wiśnia, owoce leśne...sam nie wiem, co jeszcze. W ustach – wyższa nieco kwasowość winka świetnie spotyka się z wielością owoców i doskonale podkreśla smak. Zrównoważone taniny, brak „dżemu”, średnia waga – wino świetnie zrównoważone i skomponowane. Ocena oczko wyżej niż dla Merlota z tej samej serii: 8, a wahałem się nad 8,5. Godne polecenia. W Polsce, jak już pisałem wcześniej, można kupić wina Columbia Crest z serii Two Vines, które są trochę tańsze chyba niż Grand Estates. W każdym bądź razie, Grand Estates nie jest dużo droższy tutaj, w USA, niż Two Vines; więc może nie byłby też droższy w Polsce..?

CC Grand Estates Shiraz 2002

czwartek, 21 czerwca 2007

Ha. Moi Drodzy, dziś będzie nietypowo. Usiądźcie sobie wygodnie na wirtualnej kanapce i odświeżcie wiadomości o biologii ze szkoły średniej - zamierzam bowiem opowiedzieć Wam troszeczkę o genetycznych przyczynach, dlaczego białe wino jest białe, a czerwone – czerwone ;-) Tak się złożyło, że zajmując się sprawami ściśle związanymi z pracą naukową, zupełnie przez przypadek natrafiłem na artykuł wyjaśniający genetyczne podłoże koloru winogron. Ukazał się on w specjalistycznym czasopiśmie Plant Journal (wydanie marcowe) i jest najprawdopodobniej ostatnim kawałkiem układanki, jaką przez lata próbowali ułożyć badacze zajmujący się Vitis vinifera.  Jak wiecie, za barwę skórek winogron (i w dużej mierze ich zdrowotne właściwości) odpowiadają związki chemiczne nazywane antocyjanami. W szlak syntezy antocyjanów zaangażowanych jest szereg enzymów, kodowanych przez różne geny. Od dawna podejrzewano, że mutacja tylko w jednym z nich odpowiada za jakościową zmianę koloru winogron; wynikało to z doświadczeń klasycznej genetyki, pokazującej, iż cecha „biały kolor winogron” jest recesywna i segreguje zgodnie z oczekiwaniami (tu ciekawostka – czy wiecie o tym, że Cabernet Sauvignon powstał z krzyżówki Cabernet Franc z Sauvignon Blanc ?). Postępy biologii molekularnej sprawiły, że w 1996 roku zagadka wydawała się (prawie) rozwiązana – odkryto, że w białej winorośli (różnych szczepów, rzecz jasna) poziom produkcji pewnego enzymu z szlaku syntezy antocyjanów o skrótowej nazwie UFGT (uwierzcie mi na słowo, że nie chcecie usłyszeć jego pełnej nazwy...) jest dużo niższy, niż w winorośli produkującej czerwone grona. Początkowo podejrzewano, że dzieje się tak za przyczyną mutacji genu kodującego wzmiankowany enzym; jednak gdyby była to mutacja „wyłączająca”, enzymu w roślinie nie powinno być w ogóle. Wkrótce potem (2001 rok) pokazano dodatkowo, że pomimo tego, że poziom aktywności  wzmiankowanego genu (co przekłada się na ilość kodowanego przez niego enzymu) jest dużo niższy w białej winorośli, niż czerwonej, to jest to wciąż dokładnie ten sam gen, bez żadnych mutacji ani zmian. Nie pogubiliście się jeszcze...? Proszę, weźcie jeszcze lampkę Wirtualnego, ono rozjaśnia umysł i pomaga w rozumieniu nudnych wymądrzań. Wreszcie, w 2004 roku ukazała się praca, która miała ostatecznie wyjaśnić nagromadzone w tej historii wątpliwości. Geny, jak wiecie doskonale, podlegają regulacji. Znaczy to ni mniej, ni więcej, że mogą być „włączane” i „wyłączane” w miarę potrzeby. Praca japońskiej grupy dowodziła właśnie, że w przypadku genu kodującego enzym UFGT nie on uległ mutacji, ale gen kodujący zupełnie inne białko, będące „włącznikiem” naszego UFGT. Żeby było śmieszniej, to jeszcze nie koniec historii – jej zwieńczenie opisano właśnie w marcowym Plant Journal – okazało się, że...istnieje jeszcze jedna kopia „włącznika”, zlokalizowana w genomie tuż obok pierwotnie opisanego w 2004 roku. Przez nieprawdopodobny zbieg okoliczności, ona także okazała się zmutowaną w białych winogronach! Podsumujmy więc – w czerwonych winogronach znajdują się dwa funkcjonalne „włączniki” genu kodującego białko enzymatyczne UFGT, w białych  - oba są zmutowane. Co jeszcze z tego wynika? Ano to, że wyjaśniono, iż białe winogrona powstały w wyniku dwóch mutacji, które zdarzyły się niezależnie od siebie dawno, dawno temu – wszystkie dzisiaj uprawiane winogrona tego koloru posiadają jednocześnie oba zmutowane „włączniki” (w dodatku w dwóch kopiach, po mamie i tacie  ;-). Pamiętajcie, jeśli należycie do Greenpeace, nie pijcie białego wina! Powstało z podwójnie zmutowanych winogron ;-)

Zdrowie mutantów!

PS. Wyjeżdzam na przedłużony weekend, nie dziwcie się więc, jak przez chwilę zapanuje na blogu cisza...

17:35, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 czerwca 2007

Witajcie, Drodzy Moi! Proszę, spocznijcie sobie na wirtualnej kanapce, wykonanej tylko z wirtualnie organicznych materiałów...Wirtualne w idealnej temperaturze do spożycia, możemy zaczynać. Założę się, że nieraz słyszeliście mrożące krew w żyłach historie o tym, jak ktoś kupił kiedyś wino z USA, następnie spożył je w dobrej wierze i z przyjemnością, a potem obudził się ze straszliwym bólem głowy...wstał, podszedł do butelki, a tam już z daleka świecił napis – „contains sulfites”. No i wszystko jasne, amerykańscy winiarze, skuszeni łatwym zarobkiem dodają do wina „siarę” – wszak na butelkach win europejskich śladu takich ostrzeżeń nie ma. Rzeczywistość jednak bywa czasem nieco odmienna od naszych mniemań od niej – no nie to, że niby oglądamy tylko cienie w jaskini, ale tak jakby coś w tej poetyce ;-) Tak bowiem się składa, że sulfites, czyli siarczyny, to składnik wina tak integralny i niezbędny jak sok z winogron niemalże. Używane były już w czasach antycznych i są po prostu konieczne, jeśli chodzi o przeciwdziałanie utlenianiu wina i jego konserwację – między bajki można włożyć opowieści o ich okropnej toksyczności, która (jak zwykle) ukrywana bywa przed społeczeństwem przez korporacje zarabiające krocie na serwowaniu nieświeżych sałatek konserwowanych siarczynami itp.itd. Oczywiście, można mieć alergię na siarczyny, i nawet zejść z ich przyczyny z tego padołu łez; ale jest to ryzyko dokładnie takie samo jak to, że przytrafi się nam to ostatnie doświadczenie za przyczyną truskawek, orzeszków albo wrednej pszczoły. Po prostu, alergie nie są powodowane rodzajem spożywanych produktów tylko dysfunkcją układu immunologicznego, a to jest znowu cechą indywidualną. „Wszystko jest trucizną i nic nią nie jest; to zależy jedynie od dawki” – to zdanie Paracelsusa, ojca toksykologii poznaje każdy, kto chociaż otarł się na studiach o biologię (większość, niestety, się nie ociera). No, ale nie o niziuteńkim poziomie wiedzy biologicznej społeczeństwa miałem rozprawiać (co ja tam zresztą wiem o społeczeństwie ;-) tylko o siarczynach. A tych ostatnich np. jest często dużo więcej, niż w winie, w produktach naturalnie bogatych w siarkę w różnych postaciach, czyli cebuli, czosnku, a nawet morelach. Mało tego, organizm człowieka sam je wytwarza, bo są mu potrzebne do funkcjonowania. Dlaczego w takim razie nie ma informacji „zawiera siarczyny” na nalepkach win z Europy? Przyznam się, że nie mam zielonego pojęcia, choć może warto by było odwrócić pytanie - czemu jest to wymóg konieczny w USA? Jednak także w tym wypadku, nie mam pojęcia. Jeśli nie trzeba podawać informacji o ilości zawartego alkoholu w winie i piwie (a wszak nie ma wątpliwości, że alkohol trucizną straszliwie okropeczną jest), a trzeba o siarczynach, to ja, przyznam się, za taką logiką nie nadążam i nawet nie chcę próbować odgadywać intencji ustawodawcy. Wracając jednak do siarczynów i wielu fałszywych o nich mniemań  - jestem pewien przynajmniej dwóch rzeczy ich dotyczących - wiem, że sulfity w winie na pewno nie powodują bólu głowy (to raczej alkohol i dyspozycja wątroby spożywającego w danym dniu, ilość jedzonka w żołądku pijącego etc.), oraz tego, że nie są one wyczuwalne dla nosa średnio wytrenowanego kipera (zapach siarki w winie może pochodzić z innych powodów; najczęściej jest to zresztą siarkowodór produkowany przez „złe” bakterie które nadpsuły\popsuły wino, a nie dwutlenek siarki). Aha, no i żeby nie było wątpliwości – wina z Europy zawierają siarczyny dokładnie tak samo, jak wina skąd indziej. No i, last but no least, Wirtualne oczywiście zawiera siarczyny. Moi Drodzy, nie dajcie się zwariować. Wasze Zdrowie!

01:25, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 czerwca 2007

Czas opuścić Kalifornię i przenieść się bardziej na północ...mijamy południowy Oregon i docieramy w rejony bardziej deszczowe. Znajdźmy schronienie w miłej dolinie Kolumbii, rozmiarowo jednej z większych amerykańskich apelacji, zawierającą zresztą w sobie szereg pod-apelacji, np. bardzo popularną ostatnio Walla-Walla Valley. Czego można się tam napić? Merlota, na ten przykład? No to spróbujmy. Nalane. Wąchamy. Hmm, czarna porzeczka (stonowana); wiśnie, czekolada – klasyka. Usta nieco gorsze, smaki w zgodzie z bukietem, ale mało intensywne; wino jakby trochę płaskie, nieco nudnawe. Średnio ciężkie, średnio kwasowe, średnio owocowe...średnie po prostu.  Ocena: 7. Kto by się spodziewał; WS przyznał mu 90 punktów i zakwalifikował do grupy najlepsza jakość do ceny. Spaczony mam gust najwyraźniej. Mam jednak przeczucie, że nie jest to wszystko, co ma do zaoferowania Columbia Valley. Ale jak butelka otwarta, to trza dopić i ocenić, a sięgnąć po co innego później. Do Columbia Valley jeszcze się wybierzemy. W Polsce szukałem, ale znalazłem jedynie wina Columbia Crest z serii Two Vines – są one chyba oczko niżej, ale nie próbowałem, więc się nie wypowiadam. Porównanie zostanie wykonane w przyszłości.

 

CC Grand Estates Merlot

 

 
1 , 2 , 3