Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
poniedziałek, 30 lipca 2007

Cóż słychać? Zaglądacie tu jeszcze czasem? Wirtualna kanapka wytrzepana, Wirtualne w idealnej temperaturze do spożycia...można zaczynać. Dzisiaj będzie notka o mieszaniu wina, bądź też, jak to się bardziej fachowo określa – kupażowaniu. Amerykanie i Anglicy wina powstałe z kilku różnych rodzajów winogron (bądź owoców pochodzących np. z różnych winnic) nazywają  „blendem”, zaś francuzi – „cuvee”. Terminy te jednak nie muszą się pojawiać na etykietach i najczęściej się nie pojawiają; czasem umieszcza się je dla podkreślenia faktu iż dana winna kompozycja powstała na skutek bardzo starannego doboru różnych partii wina dojrzewających w różnych warunkach, co prowadzić ma (przynajmniej w teorii) do osiągnięcia idealnej równowagi smakowej. Wiele wielkich i znanych win to właśnie blendy – chociażby duża część win z Bordeaux. W tym regionie uprawia się najczęściej Cabernet Sauvignon, Merlot i Cabernet Franc, i te odmiany dopuszczone są do użycia w mieszankach (także Petite Verdot, Malbec i Carmenere – choć te trzy ostatnie spotyka się znacznie rzadziej). Jaki jest cel stosowania praktyki kupażowania, skoro wydaje się, że łatwiej robić po prostu wina odmianowe? Jest przynajmniej kilka powodów – jednym z nich jest szlachetne dążenie do perfekcji i osiągnięcia wspomnianej równowagi smakowej, która sprawi, że  komponowane wino nabierze cech które nie byłyby możliwe do uzyskania przy udziale tylko jednego rodzaju winogron. Bardziej prozaiczną przyczyną tworzenia blendów jest duża skala produkcji – jeśli chce się wyprodukować sto tysięcy skrzynek wina o określonym charakterze, często nie uda się to przy wykorzystaniu winogron z tylko jednego gospodarstwa czy nawet rejonu geograficznego. Czasami manipuluje się też proporcjami danego kupażu, by utrzymać charakterystyczny i podobny styl wina z roku na rok, uniezależniając się (przynajmniej w teorii) od zmienności rocznikowej, jeśli taka występuje. Obiegowa prawda głosi, że mieszać wino mogą tylko ci, którzy dobrze wiedzą, co robią – kupażowanie niesie ze sobą częste i przykre ryzyko otrzymania zupełnie niepijalnego produktu ze zmieszania dwóch zupełnie niezłych win. Kupażowanie win łączy się też ściśle z nakazami i zakazami narzucanymi przez większość systemów apelacyjnych. Jak było wyżej wspomniane, pozwalają one np. mieszać tylko wina wyprodukowane z określonych szczepów winogron, czy pochodzących tylko z określonego obszaru. Ci, którzy zdecydują się na używanie winogron pochodzących z odległych geograficznie rejonów tracą możliwość używania bardziej zawężonej apelacji. System, mający w założeniu chronić jakość wina, jest jednak coraz częściej krytykowany. Wielu producentów (tak w Nowym, jak i Starym Świecie) woli robić wina z ogólną apelacją, by zapewnić sobie swobodę wyboru użytych do produkcji winogron (ciekawy artykuł o mieszance Syrah z Merlot we Francji ukazał się w majowym Wine Spectator). O ile jednak w przypadku Starego Świata mieszanki inne, niż utrwalone tradycją wciąż stanowią raczej wyjątek od reguły, od paru już dobrych lat w Nowym Świecie zapanowała moda, jeśli nie szaleństwo, mieszania wszystkiego ze wszystkim. No, może nieco zresztą przesadziłem...winiarze w Starym Świecie przetestowali wiele kombinacji i niektóre próby, jak np. mieszanie Syrah z Pinot Noir , raczej nie mogą się udać i pogodzenie tych dwóch dokumentnie odmiennych szczepów skazane jest wielce prawdopodobną porażkę. Myślę też, że minie sporo czasu, zanim w Nowym Świecie powstanie mieszanka skomponowana z...13 rodzajów szczepów winogron (Château de Beaucastel Châteauneuf-du-Pape). Z drugiej strony, powtórne przerobienie tematu kupażowania wina w Nowym Świecie przyniosło (i pewnie jeszcze przyniesie) przybliżenie szerszej publiczności winopijców różnych (najczęściej udanych) blendów Shiraza z różnymi innymi odmianami, w tym naprawdę ciekawych mieszanek Shiraz-Cabernet, czasem wzbogacanych jeszcze innymi odmianami. Blendy oparte na Shiraz-Cabernet, będące specjalnością Australii, bez wątpienia dodały nową klasę interesujących win do światowego zbioru „klasyków”. Dlaczego nie udają się one tak dobrze (jak na razie...) we Francji? Prawdopodobnie dlatego, że styl Syrah z Doliny Rodanu najczęściej odbiega od Shiraza z Antypodów. I bardzo dobrze, bo dzięki temu my, szarzy chłeptacze wina, mamy okazję do różnego rodzaju eksperymentów i porównań (a raczej, do próbowania efektów różnego rodzaju eksperymentów i porównań). Poza tym, w moim skromnym odczuciu, coraz bardziej wzrasta rola mniej popularnych w Europie odmian (nie udają się one chyba tak dobrze, jak w Nowym Świecie), jak Petite Syrah (we Francji nazywanym Duriff) i Cabernet Franc z czerwonych, oraz Viognier z białych, używanych coraz częściej i odważniej w bardzo ciekawych i obiecujących kompozycjach. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wszystkie z wyżej wymienionych odmian były, a czasem wciąż są używane do kupażowania win we Francji, ale mam wrażenie (być może mylne, alarmujcie, jeśli opowiadam głupoty), że stanowią tam one jednak margines, jeśli chodzi o produkcję win popularnych i niedrogich (może z wyłączeniem Cabernet Franc). No ale my tu gadu-gadu, a notka zrobiła się nieprzyzwoicie wręcz długa.

Czas więc wznieść toast: Zdrowie winiarzy pracujących nad nowymi blendami! Niechaj mieszają, ile tylko mogą...

03:20, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 lipca 2007

No i proszę, ale się porobiło! Dopiero co pisałem o Warrenie Winiarskim i książce Judgement of Paris, a tu okazuje się, że historia okazała się na tyle interesująca, że, jak podaje Decanter, powstanie o niej film. I to najprawdopodobniej nie jeden, ale od razu dwa. Judgement of Paris, czyli opisana przez Georga Tabera słynna paryska degustacja z 1976 roku, w której amerykańskie wina pobiły najlepsze francuskie Châteaux, zostanie najpierw przedstawiona w filmie pod tym samym tytułem, co książka (prawa do jej ekranizacji zakupiła firma z Hollywood), a potem w konkurencyjnym projekcie zatytułowanym Bottle Shock. Kciuki wypada trzymać przede wszystkim za pierwszą wymienioną produkcję (w Bottle Shock nie wspomina się nawet o roli Warrena Winiarskiego - skandal, po trzykroć skandal!), ale przyjemnie będzie się pewnie oglądało obie; w końcu ciekawych filmów o winie i winiarstwie nigdy nie za dużo. Judgement of Paris, jeśli się nie mylę, ma naprawdę duży budżet – mówi się, że Winiarskiego ma grać George Clooney, Mike Grgicha - Keanu Reeves, a Stevena Spurriera (to Amerykanin, który miał sklep w Paryżu i zorganizował całe wydarzenie w 1976) Hugh Grant. No, uwierzymy, jak zobaczymy. Na filmy przyjdzie jeszcze trochę poczekać, premiera Judgement of Paris planowana jest na 2008 rok, ale wszystko jest jeszcze w bardzo wczesnej fazie organizacyjnej. Jeśli zaś chodzi o Bottle Shock – wiadomo jeszcze mniej; na razie tyle, że jego prodcenci mogą być pozwani przez autorów pierwszego filmu do sądu za plagiat. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, jak już napisałem wyżej, osobiście chętnie zobaczyłbym oba filmy...

Zdrowie Hollywood!

01:37, sofanes
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 lipca 2007

Było o Nowej Zelandii, to i wypada dzisiaj zrecenzować nowozelandzki Sauvignon Blanc. Dobre winko, ale na kolana nie powala. Plastikowy korek niech nikogo nie zrazi; czytałem niedawno, że już 95% win z Nowej Zelandii jest zamykane sztucznymi korkami, bądź zakrętkami. Po jego usunięciu do nosa dotarły aromaty dojrzałej renklody, nut nieco miodowych w charakterze i jaśminu. W ustach wyraźnie wyczuwalne żółte owoce; gruszki dodatkowo do wspomnianych wcześniej renklod z bukietu, do tego agrest i niewielka domieszka ziół. Pełne, całkiem długie i średnio ciężkie. Nie powiedziałbym jednak, że w stylu naprawdę unikalnym. Może to kwestia tego, że to jedno z najtańszych Sauvignon Blanc z Nowej Zelandii? Zobaczymy; inna butelka innej firmy już czeka na swój czas...

Ocena 7,5

MB Sauvignon Blanc 2006

wtorek, 24 lipca 2007

Witajcie, Kochani! Znacie jakiś Maorysów...? Oni wyjaśnią Wam znaczenie tytułu dzisiejszej notki...;-)  No, ale siadajcie na kanapce, a ja już polewam Wirtualne...tak jak Australia uznawana jest (i chyba słusznie) za małą ojczyznę dobrych i przystępnych cenowo Shirazów, tak leżąca za miedzą Nowa Zelandia kojarzona jest powszechnie z Sauvignon Blanc. Jeśli jednak chodzi o winiarstwo w Nowej Zelandii, to – przywołując cytat z Kubusia Puchatka – nigdy nic nie wiadomo...;-) Przemysł winiarski (jak to jednak okropnie brzmi: „przemysł winiarski”) rozwija się bowiem w Kraju Długiej Białej Chmury chyba najdynamiczniej na świecie, i na razie nie widać, by wyhamowywał. Od 1996 roku do 2006 około dwukrotnie wzrosła tam liczba winnic, zaś obszar uprawy winorośli zwiększył się blisko...czterokrotnie. Produkcja wina zwiększyła się „tylko” 2,5 raza, ale za to eksport wzrósł już sześciokrotnie. Tyle statystyk – a jak się to przekłada na codzienność polskiego winopijcy...? Chciałoby się powiedzieć – jak zwykle...

Jest rzeczą doprawdy zasmucającą, że kiedy winiarski świat zachwyca się od paru już lat  wspaniałymi nowozelandzkimi Sauvignon Blanc, w Polsce liczba tych win oferowanych w sklepach internetowych da się zliczyć...na palcach jednej ręki. Drugą rękę można zachować na policzenie nowozelandzkich Pinot Noir, które przebojem weszły na rynek światowy i pracują pilnie nad uzyskaniem renomy dorównującej Sauvignon Blanc. Z różnych stron dochodzą wieści, że zarówno te ostatnie, jak i Pinoty są  tego ze wszech miar warte, i pewnie coś w tym jest – jeszcze w 2001 roku najczęściej uprawianą odmianą w Nowej Zelandii było Chardonnay, które po eksplozji popularności Sauvignon Blanc szybko zostało zdetronizowane. Wkrótce potem spadło na trzecie miejsce, wyprzedzone właśnie przez. Pinot Noir (najczęściej uprawiany szczep czerwonej winorośli w Kraju Długiej Białej Chmury). Czy warto wierzyć, że coś się zmieni, jeśli chodzi o dostępność w Polsce win z Nowej Zelandii? Na myśl przychodzi mi tylko feldkurat Katz z „Przygód Dobrego Wojaka Szwejka”, przekonujący jednego ze swoich wierzycieli przemową: 

 „(...)Mogę panu jeszcze raz powtórzyć, że ufność krzepi człowieka w walce z życiem. Niech i pan nie traci nadziei. Bardzo to piękne mieć pewien ideał, być niewinną, czystą istotą, która pożycza pieniądze na weksel i ma nadzieję, że należność otrzyma. Niech pan nie traci nadziei i ufa stale, że spłacę panu tysiąc dwieście koron, gdy w kieszeni mam niecałych sto.- A więc pan... - wykrztusił gość.- A więc ja istotnie - odpowiedział kapelan.(...)” 

Ufajmy więc, Drodzy Czytelnicy! Zdrowie Importerów, niech wyprawiają się na krańce świata po dobre wina dla nas!

Tu możecie przeczytać ciekawy artykuł o Pinot Noir z NZ, a tutaj znaleźć różne ciekawe statystyki...

02:44, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 lipca 2007

Kolejny Diabełek do kolekcji...tym razem ze szczepu, którego (jak mawiają niektórzy) pierwsza litera nawiązuje do pierwszej literki w słowie „Chile”. Ciemniejsze niż Merlot, o kolorze kojarzącym się wręcz ze smołą (ech, te skojarzenia...), ma pewną malutką wadę – nie bardzo nadaje się na firmowe przyjęcia czy uroczyste kolacje, gdyż...błyskawicznie barwi zęby. Na szczęście ekstraktowość ta nie przekłada się negatywnie na smak. Generalnie, wino nieco podobne do Merlota z poprzedniej strony, ale nie do końca. W bukiecie czarna porzeczka, mleczna czekolada. W smaku znowuż czarna porzeczka (ale nie tak intensywna, jak w przypadku Merlota), przypieczony tost, zioła, tytoń. Wino mniej owocowe od poprzednika, co nie jest w żadnym razie zarzutem. Dobre! Ocena: 8

CdD Carmenere

05:44, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 lipca 2007

Ech, Moi Drodzy...stara anegdota o systemie komunistycznym głosi, że od strony ekonomicznej był to ustrój, w którym wciąż bohatersko walczyło się z problemami, które nie istniały nigdzie indziej. Nie mogłem oprzeć się od zacytowania powyższego w kontekście planowanej przez KE reformy rynku wina (chociaż od razu dodam, że byłem, jestem i będę gorącym zwolennikiem UE i integracji europejskiej – podkreślam to, żeby nie być skojarzonym ze słuchaczami pewnej toruńskiej rozgłośni...), gdyż potrzeba reformy, moim zdaniem, wynika prawie wprost z założeń Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). Rozwiązania Wspólnej Polityki Rolnej zdezaktualizowały się jakoś tak ze czterdzieści lat temu. Pomimo nieustannych prób reform, WPR to właściwie dzisiaj wciąż jeden wielki system różnych protez dla rolników, którego głównym celem niepostrzeżenie stało się nie zapewnienie żywności dla obywateli UE, ale zagwarantowanie spokoju społecznego i wsparcia socjalnego dla farmerów. Pomysł teoretycznie świetny (nosy polityków są bardzo czułe na zapach gnojówki wylewanej na schodach różnych urzędów) ale w praktyce kreujący więcej problemów, niż ich rozwiązań. Wiadomo, że rolnicy to ludek najbardziej doświadczony przez los; nie ma roku, by nie dotknęła ich jakaś klęska – jak nie gradobicia albo przymrozków,  to urodzaju. Unijny system miał (i ma) w założeniu te przykre doświadczenia łagodzić, ale szybkość podejmowania decyzji i wprowadzania nowych reform jest, że się tak wyrażę - watykańska. W efekcie, jeśli nie pojawia się akurat problem utylizacji tysięcy ton zmagazynowanego mięsa, to ślizgamy się na górze masła; grozi nam wciągnięcie przez ruchome piaski cukru albo utonięcie w morzu oliwy. Obecnie zaś zagraża nam potop wina...

Reforma, rzecz jasna, jest potrzebna – za trzy lata, jeśli nic się nie zmieni, nadprodukcja wina w UE stosunku do popytu sięgnie, jak się ocenia, blisko 15%. I to wszystko przy stale wzrastającej konsumpcji tego boskiego napoju... Pierwsze reakcje poszczególnych krajów na propozycję reformy teoretycznie dobrze wróżą – wszyscy są niezadowoleni, co może wskazywać, że zaproponowane rozwiązania są w miarę sensowne. Z drugiej strony, wygląda na to, że gdy dojdzie do bardziej szczegółowych uzgodnień, z reformy zostanie wydmuszka. W notce o szaptalizacji dziwiłem się ostatnio pomysłowi odgórnego wprowadzenia całkowitego jej zakazu, bo wcale nie ma prostej zależności pomiędzy takim zakazem a jakością produkowanych win. No i okazuje się, że Niemcy muszą czytać tego bloga, bo ich krytyka dotyczy właśnie tego przepisu. Gdybym był zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, rzekłbym, że taki zakaz posłużyłby głównie producentom wina z południa, ale już  nie konsumentom. Najcenniejszą propozycją reformy wydaje mi się natomiast zniesienie restrykcji dotyczących zakładania nowych winnic (dla producentów, którzy będą w stanie sprzedać swoją produkcję), co miałoby wejść w życie po 2014 roku. Propozycja ta potkała się jednak z ostrą krytyką francuskiego ministerstwa rolnictwa i nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli zostanie zmieniona. Idę też o zakład, że karczowanie winnic i kompletne zniesienie dopłat do „kryzysowych destylacji” też może się nie ostać w proponowanym kształcie. Wybaczcie mi czarny humor, ale wcale się nie zdziwię, jak z głównych założeń reformy uda się zrealizować częściowo karczowanie winnic (głównie w nowych krajach członkowskich; na Węgrzech i Słowacji już pojawiają się obawy, że miejscowi rolnicy szybciej przystaną na dopłaty za likwidowanie upraw winorośli niż farmerzy z południa), wprowadzenie zakazu szaptalizacji, nieznaczne ograniczenie wspomnianych „destylacji kryzysowych” oraz poważne zwiększenie budżetu na promocję. Wszystko to wejdzie w życie trzy lata później, niż było planowane. Przypomnę tylko, że reforma ma w założeniu prowadzić do polepszenia jakości win ze średniej półki...

Ach, byłbym jeszcze zapomniał o wielkim przełomie, jakim będzie możliwość umieszczania na niektórych etykietach informacji o tym, z jakich gron wyprodukowano wino! Alleluja! Zgniłych kapitalistów z Australii i obu Ameryk dogonimy i przegonimy! Ech...

Podsumowanie głównych założeń reformy możecie znaleźć tutaj (a po polsku tutaj).

Moi Drodzy, szczerze powiedziawszy, spodziewam się, że już za parę lat rynek wina w UE znowu będzie wymagał reformy. Pocieszmy się jednak tym, że nas, wbrew pozorom, te ustalenia tak strasznie nie dotykają, możemy więc przyglądać się im z pewnego dystansu i pisać sarkastyczne notki na swoich blogach. Na cenę wina w polskim sklepie, jak i na poczynania rodzimych winiarzy największy obecnie wpływ ma nasze rodzime, kochane Ministerstwo Finansów - ustalając stawki akcyzy i przygotowując ustawy o różnych składach podatkowych i takich tam. Przypominam tylko (wiecie, ceterum censeo...), że wciąż wykuwa się tam projekt zmian w ustawie, który ma wreszcie dopuścić sprzedaż wina przez małych rolniczych producentów na szerszy rynek. Gdybym mógł, oddałbym trzy reformy UE za wejście w życie tego naszego, polskiego projekciku...

Zdrowie!

17:59, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3