Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
wtorek, 29 lipca 2008


No i proszę – sam już nie wiem, Kochani, co o tym myśleć. Historia zatacza koło, i nic się nie poradzi - można tylko czasem przysiąść z zadumą na Wirtualnej kanapce i podumać, jakie to nieoczekiwane epilogi dopisywane są czasem do przebrzmiałych już nieco wydarzeń. Starzy czytelnicy moich bazgrołów, a także Ci, którzy lubią sobie pomyszkować po starszych notkach dobrze znają główne leitmotivy tego bloga, w tym np. historię tzw. Degustacji Paryskiej. Jeśli – Moi Drodzy Czytelnicy – nic Wam wymienione przed chwilą hasło nie mówi, możecie poczytać sobie o sprawie tutaj (w notce dalsze linki).

Rok 2008 to dziwny, zaiste, rok –  kiedy pisałem nie tak znowu dawno o sprzedaży historycznej winnicy Stag’s Leap Warrena Winiarskiego konsorcjum z udziałem włoskiej rodziny Antinorich, nawet na myśl mi nie przyszło, że już wkrótce przyjdzie pisać mi podobną notkę o drugim słynnym domu – Chateau Montelena. A właśnie okazało się, że szykowna od półtora roku „bomba” wreszcie wybuchła – Montelenę kupią Francuzi. Francuzi z Bordeaux, a dokładnie rzecz biorąc, Michel Reybier i znany bordoski dom Cos d'Estournel. Możecie posłuchać o sprawie tutaj, a tutaj poczytać.

To chyba znak, że kończy się pewien piękny okres w historii światowego winiarstwa, jak pretensjonalnie to zabrzmi. Wszystkie trzy najbardziej „historycznie zasłużone” dla winiarskiej rewolucji Nowego Świata winnice zmieniły ostatnio właścicieli -  winnica Roberta Mondaviego została sprzedana w 2004 roku, teraz zaś przyszła kolej na winnice których wina wygrały podczas pamiętnej paryskiej degustacji w 1976. W tym roku zmarł też sam Robert Mondavi. Lada moment na ekrany trafią filmy o ludziach i wydarzeniach z tamtych pamiętnych lat, co pewnie napędzi sprzedaż nowym właścicielom dawnych „butikowych winnic”. Ciekawie się losy plotą, czyż nie?

Wasze Zdrowie!

18:47, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 lipca 2008


Ech. Ile razy obiecujecie sobie, że pewnych rzeczy więcej nie zrobicie, a potem, w momencie słabości zapominacie o swojej obietnicy? Błądzić podobno jest rzeczą ludzką, więc pomimo tego, że brzmi to jak marne usprawiedliwienie, niechże podzielę się z Wami najnowszym smakowym doświadczeniem. Otóż, poganiany przez małżonkę i przymus dalszego latania między sklepowymi półkami, zdecydowałem się sięgnąć po butelkę „standardowego” Chardonnay. Przez „standardowe” rozumiem nowoświatowe Chardonnay z młodego rocznika (2007), trzymane w dębie, etc. Żeby być sprytniejszym niż sam lis, postanowiłem wybrać popularną i znaną markę od Conchy y Toro.

Niestety, nic to nie pomogło. Styl większości popularnych Chardonnay wciąż się nie zmienia – są płaskie, jednowymiarowe, silnie dębowe (pomimo tego, że akurat w przypadku CdD tylko mniejsza część siedziała we francuskich beczkach). Jedyne Chardonnay, jakie dotąd zapisały się w mej pamięci, były te „niestandardowe” – w ogóle nie trzymane w dębie, fermentowane na dziko, etc. Niestety, wiele z tych niestandardowych bywało też zupełnie przeciętnych; nie ma więc też tak, że jak na etykiecie znajdziecie „unoaked Chardonnay” to już gwarancja jakości ;-)

A wracając do samego wina – no cóż, jak powiedziałem, nudne, dość owocowe, ale takim ekstraktem jak owoce z kompotu – smak intensywny, ale doszukiwanie się finezji to pomysł raczej niedorzeczny. Wino ciężkawe, jak dla mnie zbyt pełne. Pozostaję wiernym fanem win Conchy y Toro, ale zdecydowanie tych w kolorze czerwonym.
Ocena: 6,5

Casillero del Diablo Chardonnay, 2007, Concha y Toro, Chile

piątek, 25 lipca 2008

Witajcie!
Jest rzeczą powszechnie wiadomą, iż na niniejszym blogu najwięcej dowiecie się o winach pochodzących z tzw. Nowego Świata. Podział globu na części Starą i Nową ma uzasadnienie historyczne, co dotyczy także, co jasne, winiarstwa. Jak każdy podział o tak wysokim poziomie ogólności nie jest to rozdział ani definitywny, ani zanadto ścisły, ani pewnie zbyt sprawiedliwy, jeśli weźmiemy pod uwagę „nowe”, prężnie rozwijające się regiony Europy (Cahors, Lanwedocja, Sycylia, Morawy – wybieram na chybił trafił).

Jest to za to podział dość wygodny. Wkrótce jednak wygoda może się skończyć, bo jeśli do Nowej Fali w winiarstwie zaliczymy takie kraje jak Chile, Argentyna, USA, Nowa Zelandia, RPA – to jak nazwiemy buzującą już pod korkiem rewolucję winiarską, której forpocztą są takie kraje jak Izrael, Maroko, Chiny czy Etiopia...?
Tak, tak, upał nie odebrał mi zmysłów – produkcja wina w wymienionych krajach intensywnie się rozwija, a jeśli wierzyć napływającym stad i owąd informacjom, wzrasta też jego jakość. Niusy takie jak ten – opisujący inwestycje największego francuskiego koncernu winiarskiego w Etiopii przestają już szokować. Ale Etiopia nie jest wcale jedyna – wino powstaje także w Algierii, Tunezji i Maroku, że wymienię tylko Afrykę Północną.

A jeśli chodzi o Południową Amerykę? Znudziły Was już wina Wielkiej Dwójki? A może macie ochotę na wino z Brazylii? Już wkrótce może to być jeden z większych producentów wina w świecie, choć brzmi to jak kompletne science-fiction. Ale to wielki kraj, więc działa na dużą skalę. Wiele wskazuje jednak na to, że wina argentyńskie i chilijskie będą musiały zrobić trochę miejsca w sklepach winiarskich na półkach oznaczonych „Ameryka Południowa”. Mało tego, niewykluczone, że wkrótce w rzeczonych sklepach będzie się musiało znaleźć miejsce na zupełnie nowy regał, tym razem oznaczony plakietką „Azja”. Chiny właściwie dopiero się rozkręcają, ale już rok temu (jeśli wierzyć New York Timesowi), łączna produkcja winiarska Chin i Brazylii była ponad dwukrotnie większa, niż np. Nowej Zelandii (ponad 2% światowej produkcji).
W ciągu kilku następnych lat udział Państwa Środka w produkcji będzie raczej tylko rósł.

Co może nawet istotniejsze, jakość azjatyckich win może być zaskakująco dobra – wino w tej części świata staje się coraz popularniejsze, coraz więcej osób zna się na winie, a ogólne gusta krzepną w szybkim tempie (pamiętacie notkę o najdroższych winach świata?. A tę o japońskim szaleństwie na punkcie B.N?). Na koniec warto pamiętać, że Azja to nie tylko Chiny; ostatnio coraz częściej w kontekście wina wspominana jest Tajlandia. Wspomniana półka sklepowa z plaketką „Azja” może więc szybko okazać się całkiem sporym regałem. Hmm, jak tylko uda mi się spróbować azjatyckiego wina, nie omieszkam Wam o tym donieść ;-)
Wasze Zdrowie!

13:45, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 lipca 2008

...nie ma granic. Dzisiaj jeszcze jeden filmik z serii "wygrzebane na jutubie". Angielski humor i angielski akcent, brzmiący niezwykle dostojnie w uszach przyzwyczajonych do wymowy jankesów. Aha,  tylko nie mówcie nikomu, że ten ostatni bohater to handlarz winem ;-)

 

15:34, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 lipca 2008

Miałem ostatnio przyjemność gościć w małej winiarnio-kawiarni na warszawskim Bemowie o intrygującej nazwie „Pod Pretekstem”. Przybytek okazał się miejscem bardzo przytulnym o rodzinnej wręcz atmosferze, z przyzwoitym wyborem win i możliwością zamówienia małej przekąski. Miłemu nastrojowi sprzyja bez wątpliwości fakt, iż całość lokalu mieści się raptem na 50 metrach kwadratowych, co jak na kawiarnię-sklep z winem-winiarnię jest chyba nieoficjalnym rekordem świata. Stali bywalcy Mielżyńskiego pewnie się nie skuszą, ale nie jest to raczej miejsce dla nich.

Jeśli chodzi o wina – Shiraz z tytułu okazał się, niestety, pod każdym względem poprawny, i nic więcej napisać się o nim nie da. Sprawiał wrażenie „wina sterylnego” – wypranego z emocji, choć bez widocznych wad. Trochę czarnych i czerwonych owoców, poprawna struktura i długość, może za wysoka kwasowość. Wino w porządku, ale do szybkiego zapomnienia. Ocena – 7. 

Z tej samej serii (Bimbadgen Estate) spróbowałem jeszcze Merlota – choć nie jest to odmiana z której Australia słynie, w tym przypadku wino okazało się ciekawsze od swojego poprzednika. Bogatszy bukiet, lepsze zrównoważenie i moje ulubione nuty czekoladowe (choć bardzo delikatne) nie pozostawiają wątpliwości, które z win opisywanej serii zabrać ze sobą do domu ;-)
Ocena: 7,5.  

Bimbadgen Estate Shiraz, Australia, 2004

czwartek, 17 lipca 2008

Znowu nadeszła pora upałów i żaru lejącego się z nieba. W taką pogodę odchodzi ochota nie tylko od spacerów czy innego wysiłku fizycznego, ale także na często goszczący dotąd kieliszek wina do obiadu na naszych stołach. I tu powinniście zaprotestować!

No pewnie, że podpuszczam - nie dość, że ostatnio dawno prawdziwych upałów nie było, to nawet gdyby były, wina wcale bym nie odstawił. Może mój pociąg do cięższych Cabernetów rzeczywiście nieco się ogranicza, ale ponieważ w przyrodzie nic nie ginie bezpowrotnie, zdecydowanie częściej zaczynam zwracać wdzięczną uwagę na wina w kolorach jasnych. Nie można bowiem dać się omamić podszeptami niewiernych, że gdy temperatura w cieniu przekracza 30 stopni Celsjusza uratować może nas tylko piwo...

Piwo istotnie dać może chwilową ulgę, ale będzie to ulga, nie oszukujmy się,  niezrównoważona. Wiadomo w końcu, że picie dowolnego alkoholu na pusty żołądek to pomysł karkołomny; a cóż takiego możemy zjeść do piwa? Przecież nie zjemy ani spaghetti z tuńczykiem, ani sałatki owocowej czy innej śródziemnomorskiej! I nie myślcie sobie, że nie wiem, co chcecie mi na to odpowiedzieć – że niby w lato króluje grill, więc do potraw z grilla piwo jak najbardziej. Hmm, nie do końca - dobrane właściwie wino też sprawdzi. Według wielu do potraw z grilla świetnie nadaje się blush, czyli tanie wino w kolorze różowym. Dzisiaj jest to przecież nie tylko na ogół zbyt słodki White Zinfandel, ale także White Merlot czy White Syrah o różnych poziomach słodkości (o wytwarzaniu win różowych pisałem kiedyś tutaj), a często pięknie przy tym przegryziony ziołowym zębem. Są to wina rzadziej dostępne w naszym kraju, ale do znalezienia.

Kolejnym pomysłem jest szprycer, czyli...mieszanka wina z wodą. Tak, to jego najkrótsza definicja, gdyż zarówno proporcje (zwykle 1:1), jak i użyte składniki: wino (każdego koloru, choć najczęściej białe, różowe lub musujące) oraz woda (sodowa albo zwykła), a także dodatki (plasterki limonki, cytryny, czy czego się tam chce) dobierać należy według własnych upodobań.

No tak, zgodnie z tym co napisałem powyżej, wina białe i różowe komponują się z upalną pogodą najlepiej. Nie znaczy to jednak wcale, że wina czerwone nieodwołalnie czekać mają do jesieni. Dobrych parę lat temu, przebywając we Włoszech w okolicach Sorrento w lokalnej pizzerii podano mi karafkę czerwonego wina w temperaturze mrożącej zęby. Było to proste stołowe wino, którego żywość i świeżość w przedziwny sposób nie została zabita przez dojmujący chłód. Daleki jestem od doradzania  podawania w upał win czerwonych schłodzonych np. w lodówce – chcę tylko podkreślić, że wino młode, o wysokiej kwasowości, lekkości i delikatnych garbnikach może być zaskakująco przyjemne. Oto czas na dobre Beaujolais Villages (tylko nie Nouveau!) albo chilijski (czy nowozelnadzki) Pinot Noir, najlepiej także możliwie młody rocznik (prawdopodobnie krócej siedział w beczce). Oczywiście można je porządnie schłodzić (nawet 10-12 stopni), ale raczej nie bardziej.

Wasze Zdrowie!

17:12, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2