Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
poniedziałek, 24 września 2007

Moi Drodzy! Dzisiejsza notka dotyczyć będzie tematu może mało efektownego, ale z punktu widzenia winopijcy – niezwykle istotnego, czyli zamknięcia zabezpieczającego wino przed kontaktem z powietrzem. Pierwszym i słusznym skojarzeniem będzie oczywiście korek, choć pewnie każdy z Was zetknął się już z jednym z zamknięć alternatywnych, czyli metalową zakrętką bądź zatyczką wykonaną z plastiku.Palmę pierwszeństwa dzierży tutaj Nowa Zelandia, której olbrzymia większość win zamykana jest różnymi substytutami korka; powoli tą samą drogą podąża Australia, w której mniej więcej tylko co druga butelka zamykana jest klasycznie. Wydaje się, że konsumenci wina podzielili się na dwa obozy – „zwolenników tradycji” i tych, którzy „chcą iść z postępem”. Warto może przyjrzeć się niektórym argumentom podnoszonym przez obie strony. 

Na pierwszy ogień niech pójdzie ekologia. Spotkałem się już z twierdzeniami, że używanie korków naturalnych zagraża dębom korkowym w Portugalii i całym basenie Morza Śródziemnego, w związku z czym powinno używać się alternatyw. Zabawne, ale jest dokładnie na odwrót – los lasów korkowych ściśle związany jest z zapotrzebowaniem na korek, a polega na prostej zależności: im większe zapotrzebowanie na korek, tym mniejsza presja na to, by lasy przekształcać w pastwiska i takie tam. Eksploatacja lasów korkowych jest najlepszą gwarancją ich istnienia, podobnie jak dziesiątek tysięcy miejsc pracy ludzi zatrudnionych przy całym „korkowym przemyśle” (więcej możecie przeczytać na stronach WWF). No i jeszcze jedno – plastikowe korki są bardzo trudne w recyklingu. Powiem szczerze, że pomimo moich różnych zastrzeżeń do „zielonych”, te argumenty przemawiają do mnie bardziej, niż słynne twierdzenie, według którego „naturalny korek przepuszcza trochę powietrza, pozwalając winu powoli oddychać i właściwie dojrzewać”, co powtarzane i przytaczane jest w wielu miejscach, natomiast nie bardzo zostało potwierdzone badaniami naukowymi. Różne badania przynoszą różne wyniki, a ja sobie myślę, że jednak „oddychanie przez korek” ma bardzo małe znaczenie dla jakości wina (no chyba, że korek jest zetlały i wino ma smutną okazję oddychać, że tak powiem, pełną piersią...;-) 

Podstawowym problemem związanym z korkami naturalnymi jest ich relatywnie wysoki koszt (nawet do pół dolara), do którego (w przypadku Antypodów) dochodzą koszty transportu z Europy. Z drugiej strony, to tylko parę(naście?) centów na sztuce, więc liczące się oszczędności na stosowaniu alternatyw mogą zrobić przede wszystkim duzi producenci. No i może zresztą o to chodzi.

„Propagatorzy postępu” nie przegapili też okazji, by nagłośnić wyniki badań, według których naturalne korki mogły przyczyniać się do zepsucia wina poprzez nadanie mu wstrętnego, stęchłego zapachu – tyle tylko, że związane to było z niewłaściwie przeprowadzanym procesem produkcji, a dokładniej niedokładnym odpłukaniem podchlorynów, które w reakcji z naturalnie występującymi w korku związkami fenolowymi mogą prowadzić do powstania szeregu substancji fatalnie wpływających na zapach wina (najbardziej znane jest tzw. TCA). Rzecz w tym, że sprawę wyjaśniono, i wiadomo już, że problem dotyczy kroków marnej jakości pochodzących od mało renomowanych producentów. Korki wyprodukowane zgodnie z regułami sztuki pozbawione są wyżej opisanej wady, co dotyczy zarówno tych droższych – z litej kory dębu korkowego, kompozytowych, ale także tzw. korków aglomerowanych, czyli produkowanych z drobnych kawałeczków korka zlepianych specjalnymi klejami (korki aglomerowane nie bardzo jednak nadają się do wieloletniego przechowywania wina). Wojna korkowa trwa; obie strony zaległy okopane po obu stronach frontu i wymieniają ciosy – aktualnie powoli grunt zdobywają stronnicy strony kapslowo-polimerowej, i chyba trudno się z tego cieszyć. W końcu, nie jest łatwo wyobrazić sobie otwarcie wina bez charakterystycznego „pop” korka wyciąganego z butelki...plastikowe „pop” to jednak nie to samo, zgodzicie się... 

Nie znaczy to jednak, że przestanę pić nowozelandzkie, czy australijskie wina; to by już była przesada. Jeśli jednak będę mógł wybrać między takim, które zostało zatkane tradycyjnym korkiem i takim z metalową zakrętką – wybiorę to zatkane korkiem. W końcu Portugalia leży w Unii, do diaska! Aha, i jeszcze jedno...żeby nie było, że temat mało interesujący - George Taber (ten co to nagłośnił wyniki paryskiej degustacji w 1976, a w 2005 roku opublikował Judgement of Paris o tych wydarzeniach) napisał nową książkę, poświęconą właśnie korkowi, zatytułowaną „To cork or not to cork”. Ma się ukazać w październiku.

Zdrowie!

P.S. Notkę niniejszą wstawiam przebywając w motelu nad Lake Tahoe. Fajnie tu jest, tylko dzisiaj w nocy temperatura ma spaść poniżej zera. Napa i Mendocino już za mną, wino gwiaździste nade mną, a spokój moralny...ech. Zapasy winne musiałem ewakuować z samochodu (niby zamrożenie nie powinno szkodzić, ale strzeżonego...). Narobiłem zdjęć i chyba z tego wszystkiego jakąś galerię wyrychtuję po powrocie...

06:50, sofanes
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 września 2007

Moi Drodzy, z pewnością nie raz zetknęliście się z określeniem „Claret”, które zostało użyte w odniesieniu do wina. Dzisiaj używa się go prawie uniwersalnie dla określenia wina pochodzącego z regionu Bordeaux – czy wiecie jednak, dlaczego? Wiecie? To posłuchajcie ;-)

Region Bordeaux od niepamiętnych czasów nadawał się znakomicie do uprawy winorośli. Pliniusz Starszy w 71 roku naszej ery opisał osadę, która poprzedziła powstanie miasta Bordeaux z uwagą, że miejscowi już wtedy utrzymywali się nieźle z handlu winem. Prawdziwy rozkwit winiarstwa w regionie przyniosły rządy króla angielskiego Ryszarda Lwie Serce, który wielce sobie wyrabiany w regionie trunek upodobał – co zresztą było zupełnie typowe dla tego zabijaki, który nigdy nie nauczył się angielskiego, narzekał, że w Anglii jest zimno i pada, oraz „chciał sprzedać Londyn, ale nie znalazł kupców”. Wolał po prostu potykać się z Saladynem, a nie popijać herbatę o piątej. Warto przypomnieć, że czasy były takie, iż wino należało pić raczej młode; z Bordeaux bliżej też było do Anglii niż z Hiszpanii. Gdzieś tak do czternastego stulecia większość wina produkowanego w Bordeaux trafiała właśnie do kraju Albionu. Było to głównie wino produkowane w sposób podobny do dzisiejszego rose i z pewnością w niczym nie przypominało obecnych cięższych i taninowych klasyków. Samo pochodzenie słowa „Claret” natomiast związane jest z określeniem, jako przyjęło się w angielskim, a będącym zniekształconym francuskim „clairet”, czyli (tłumaczę z angielskiego, więc znowu mogę coś przekręcić) „jasny” , „blady” (nie wiem tylko, czy po prostu „blady”, czy „bladoróżowy” – ech, trzeba było się języków uczyć, się uczyć...).  

W okresie XV i XVI wieku Claretem nazywano zaś wino przyprawione ziołami -  kardamonem, cynamonem i podobnymi – można wnosić, że taki trunek był trochę podobny do naszego grzańca. Dzisiaj znowu natomiast – jak było już napisane powyżej – w krajach anglosaskich używa się tego określenia dla opisania win bordoskich, bądź przynajmniej utrzymanych w bordoskim (według nowożytnych kryteriów) typie. Jako ciekawostkę doniosę jeszcze, że na amerykańskim rynku można np. kupić „Clareta” z Kalifornii od Francisca Coppoli.

A, można i na polskim, jak właśnie odkryłem – ale kosztuje ponad stówkę za butelkę, czyli troszkę drogawo, blisko trzykrotność detalicznej ceny w USA. Gdzie, to sobie wyguglujcie, łatwo znaleźć... 

Zdrowie!

03:44, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 września 2007

Kochani Moi!Nadchodzi wielce oczekiwany przeze mnie czas korzystania z kanikuły i udania się na wakacje. Z tego też powodu przez najbliższe trzy tygodnie częstotliwość pojawiania się nowych wpisów stanie się w dużej mierze nieprzewidywalna. Postaram się jednak, jeśli tylko uda mi się złapać sygnał prowadzący do Internetu, od czasu do czasu jednak coś wstawić z podręcznego schowka notek uniwersalnych, czekających właśnie na takie okazje ;-) 

Obiecuję za to, że już po powrocie zdam obszerną relację – podróż bowiem, przynajmniej częściowo, pod znakiem wina będzie upływać :-) Przede mną Colorado, Utah, Arizona, Kalifornia, Missouri, Kansas i co tam jeszcze będzie po drodze (niekoniecznie w tej właśnie kolejności); pojawi się więc pewnie sporo sposobności do zrobienia zdjęć, zanotowania paru obserwacji i spróbowania kilku win. Opieka dla wrednej króliczycy Loli zapewniona, nowy korkociąg zakupiony. Wszystko gotowe... 

W drogę!

00:24, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 września 2007

Dzisiaj czas na krótką recenzję...Riesling z Waszyngtonu, wymieniany ponoć przez amerykańskich restauratorów jako jedna z niezłych okazji cenowo-jakościowych. Restauratorem nie jestem, Riesling jednak w rzeczy samej wydał mi się przyzwoity. Ładny bukiet, z jabłkami, dojrzałymi cytrusami, brzoskwinią i dosyć ciekawą nutą, która mnie kojarzyła się jakby z rumiankiem..? W ustach wino prezentuje żywą kwasowość, znowu pojawia się coś takiego fajnego, jak w Gewurztraminerze tej samej serii opisywanym niedawno – jakby delikatny posmak świeżego ciasta biszkoptowego. Poza tym, jakie tam Stany, jaki Waszyngton...wyraźnie czuje się mazowiecką dolinę – jabłka i gruszki ;-) Generalnie, wino średnio ciężkie i średnio długie. W Polsce niektóre wina Ste Michelle są, nie wiem jak akurat konkretnie z tym.

Ocena 7,5 (przypominam, że białe oceniam trochę niżej, niż czerwone). A niejednoznaczność punktowa to bardzo dobra rzecz – opisy w końcu dają więcej informacji, niż punkty (no chyba, że ktoś opisuje, że czuje ciasto biszkoptowe...ech, ciężkie życie macie ze mną).

Ste Michelle Riesling

środa, 05 września 2007

Drodzy Czytelnicy! Założę się, że wylegując się na wirtualnej kanapce i popijając winko, myśli Wasze tylko z rzadka zabłądziły w kierunku rozważań o tym, kto właściwie odwalił największą robotę przy jego stworzeniu. I nie chodzi mi wcale o winiarza, który przepełniony dumą wiesza sobie na ścianie kolejny medal, tylko o szarych robotników, prawdziwy winny proletariat, bezwzględnie wykorzystywany i nigdy nie słyszący słowa „dziękuję”. Tak, mam na myśli drożdże. Bez nich nie byłoby chlebka, kefiru, piwa ani wina – czy wyobrażacie sobie taki świat? (To prawie tak jak w USA, ale tu przynajmniej można kupić chociaż dobre wino...). Drożdże winiarskie w produkcji wina odgrywają rolę istotną, a często niedocenianą. Istnieją setki odmian i szczepów, z których każdy charakteryzuje się różnymi właściwościami – jedne nadają się do fermentowania wina białego, inne czerwonego, są drożdże specjalnie przeznaczone dla win musujących i dla mocno słodkich; produkujące dużo piany i nie, dodające (lub odejmujące) pewne smaki lub zachowujące się w sposób neutralny; i wiele, wiele więcej. Na polskim rynku istnieje w sprzedaży tylko kilka szczepów, często nie opatrzonych nawet nazwami (ani numerami odmian) międzynarodowymi; dla domowych winiarzy jest to pewnie oferta wystarczająca. Jeśli natomiast chodzi o profesjonalistów, mogą oni chyba bez dużych problemów sprowadzić i przetestować różne szczepy z wysyłkowych sklepów np. w Wielkiej Brytanii. Na koniec zaś, Moi Kochani, żeby choć w części wyrazić wdzięczność, jaką odczuwam względem naszych mikroskopijnych przyjaciół, napisałem wierszyk...erhm, erhm: 

Na Waszą cześć, Drodzy Przyjaciele,
Wygłaszam dzisiaj tę laudację –
Gdyż Wam to zawdzięczamy
Winiarską fermentację*...

Jakże docenić nam Wasz wysiłek?
Ludzie Was często ignorują,
„Pozdrawiać jakiś pyłek...?
Drożdże...? One nie trują...?”

Do Czytelników więc tego bloga:
Trza drożdże wobec Świata sławić!
Kochani, Bójcie Boga,
Wdzięczność trza nam wyrazić...

Pamiętajcie wszyscy bardzo dobrze,
kiedy noc, dziewczyny i gwiazdy;
Dróżdż zapoznany z Moszczem;
Im wdzięcznyście te jazdy!

Poświęćcie czasem choć ukłon kusy,
doceńcie wreszcie taką wizję:
„Pozdrawiam, bayanusy!
Szacunek, cerevisiae!”

Kupić Wam ciacha ciut od Bliklego?
Warto - choć zakupy nie tanie,
wszak ułatwią Kolegom
codzienne pączkowanie...

A może lepiej pomnik? Wybornie!
Z najszczerszego srebra i złota!
I podpis: „Tylko pozornie
Najprostsze Eucaryota...”

* - wiem, że powinno być „winną fermentację”. Ale za nic nie chciały mi się zgodzić sylaby, więc już trudno...

06:02, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 września 2007

Drodzy Moi...wybaczcie, że znowu ten sam temat, znowu o Warrenie Winiarskim (poprzednie notki 14 i 16 lipca oraz 9 sierpnia), ale na Appelation America ukazał się wywiad z byłym już właścicielem Stag’s Leap, dotyczący powodów dla których zdecydował się on w końcu na sprzedaż legendarnej winnicy. W istocie, jak prasa podejrzewała wcześniej, żadne z dzieci Winiarskiego nie wyraziło chęci zajmowania się firmą. Ich wybór, rzecz jasna (tytuł dzisiejszej notki jest żartobliwy), ale smutne, że kolejna winnica która przeszła do historii światowego winiarstwa (po winnicy Roberta Mondaviego sprzedanej gigantowi Constellation w 2004) przestaje być rodzinnym biznesem. Pocieszać się można, że Ste Michelle i Marchese Pierro Antinori zostali wybrani przez Warrena W. głównie za przyczyną estymy, jaką się cieszą – nie jest to może stuprocentowa gwarancja utrzymania jakości wina w nadchodzących latach, ale dobry prognostyk. Swoją drogą, jest ciekawostką, że rozwój Ste Michelle odbył się w latach 70-tych dzięki pieniądzom...US Tobacco. Były to czasy wchodzenia w winiarski biznes wielu wielkich korporacji, których inwestycje na ogół kończyły się jednak jeszcze szybciej, niż zaczynały. US Tobacco, dość wyjątkowo jak na firmę tych rozmiarów, podeszło do specyfiki produkcji wina właściwie, dając czas na budowę marki i współpracując z ludźmi, którym bardziej zależało na jakości wina, niż szybkości wzrostu słupków sprzedaży.

Tu przypomina mi się anegdota związana z zupełnie nieudanym wejściem na rynek producentów wina innej znanej korporacji, o dźwięcznej nazwie Coca-Cola.  Specjaliści od coli postanowili pójść na skróty i zakupili dużą winiarnię w stanie Nowy Jork, będącą wtedy w posiadaniu rodziny Taylor. Winnice Taylora produkowały w tym okresie wino z miejscowych, amerykańskich odmian winorośli, i mówiąc krótko, nie było to wino najwyższej jakości. Walter Taylor, jeden z członków rodziny Taylor, na krótko przed przejęciem rodzinnego biznesu przez potężną firmę z Atlanty założył nową winnicę, która produkować miała lepsze jakościowo wina z odmian hybrydowych. Wkrótce jednak, zaraz po zakupie starej rodzinnej firmy przez Coca-Colę, jej prawnicy założyli mu sprawę o bezprawne używanie nazwiska na etykietach win produkowanych w jego nowej - garażowego wręcz rozmiaru - winnicy. Walter Taylor przegrał w sądzie, po czym wściekły zaczął wypuszczać na rynek wina z etykietami na których ostentacyjnie zamazywał swoje nazwisko czarnym markerem, oraz, nieco później, z zasłoniętymi portretami swych przodków :-) Coca – Cola odpowiedziała na to kolejnym pozwem, tym razem uzyskując sądowy wyrok zmuszający Taylora do przekazania „wszystkich pamiątek i przedmiotów majacych związek z rodzinnym biznesem”. Na takie dictum Walter załadował ciężarówkę obrazami, książkami i innymi pamiątkami rodzinnymi, podjechał przed winiarnię Coca-Coli i wszystko to wywalił na trawnik. Jak głosi legenda, zabrał ze sobą kozę, z którą wspiął się na stertę bibelotów, po czym oświadczył: „Zabraliście moje nazwisko i dziedzictwo. Ale kozy nie dostaniecie!”

Warto tu dodać, że biznes Coca-Coli nie bardzo się udał i wycofała ona swoje zainteresowanie tym sektorem produkcji napojów... nie ma co, to jednak lepiej, że Stag’s Leap został przejęty przez Ste Michelle...

Winiarski, który w październiku skończy 79 lat, stwierdza w wywiadzie, że nikt nie jest nieśmiertelny, a on po prostu chce zrobić co w jego mocy, by Stag’s Leap Wine Cellars nadal produkowała znakomite wina. Z tą nieśmiertelnością – niby prawda. Ale smutna trochę, niestety. Co zmieni się w najbliższym czasie? Na szczęście niewiele. Aktualny winemaker, Nicki Pruss, pozostanie na stanowisku, Warren z żoną przez najbliższe trzy lata nadal będą mieszkać w domu przy posiadłości, Cabernet Sauvignon w klimacie Napa Valley nadal będzie się nadzwyczajnie udawał. Wszystko po staremu? Prawie. Prawie robi dużą różnicę...

00:31, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2