Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
wtorek, 30 października 2007

Kochani! Dobrze wiecie, że nawet najdłuższa podróż ma kiedyś swój koniec. Po naładowaniu baterii w Anderson Valley, po zaczerpnięciu paru pełnych oddechów świeżym i rześkim powietrzem znad Pacyfiku, po uzupełnieniu winnych zapasów musieliśmy w końcu wrócić na drogę wiodącą do domu. Odbiliśmy od oceanu, dojeżdżając do miasta granicznego pomiędzy Kalifornią i Nevadą – South Lake Tahoe, nazywającego się tak od pięknego jeziora, nad którym jest umiejscowione. Jezioro Tahoe, położone w górach Sierra Nevada słynie ze swej przejrzystości i głębokości (501 metrów w najgłębszym miejscu!), pozostając jednym z ulubionych celów ludzi kochających nurkowanie. Jednocześnie okolice miasteczka to znany kurort zimowy; widoki (w galerii Gazety są piękne zdjęcia jeziora zrobione w zimie) oglądane przez szusujących na nartach usportowionych turystów są podobno jednymi z piękniejszych na świecie.  

Muszę powiedzieć, że również na jesieni jezioro dużo na urodzie nie traci. Spędziliśmy tam z szacowną małżonką dwa dni, a parę zdjęć możecie obejrzeć w galerii. I tutaj mała rekomendacja – jeśli będziecie kiedyś w miasteczku South Lake Tahoe, po kalifornijskiej stronie, gorąco doradzam zjedzenie obiadu w restauracji o nazwie Tep’s Villa Roma. Jedzenie jest znakomite (a przez dwa dni spróbowaliśmy różnych włoskich smakowitości), bar sałatkowy (gratis przy zamówieniu głównego dania) zaopatrzony po prostu wspaniale, niezłe wino stołowe, ale także przyzwoita karta win bardziej znanych, bardzo dobre desery. A wszystko w normalnej, przyzwoitej cenie, za obiad dla dwóch osób z deserem i winem zapłaci się 40-50 dolarów – taniej, niż w Zakopanem. 

Jak napisałem powyżej, przez South Lake Tahoe przebiega także granica Nevady. Następnego dnia przekroczyliśmy ją i ruszyliśmy dalej, poprzez pustynie, ku zielonemu Midwestowi. Przez kolejne dni przejechaliśmy Nevadę, potem Utah, wreszcie osiągnęliśmy Kolorado. Jego zachodnia część to dynamicznie rozwijający się region winiarski (napisałem już o nim wcześniej parę słów), który postanowiliśmy w przelocie chociażby odwiedzić. Pierwszą winnicą była Graystone Vineyards, specjalizujący się w winie wzmacnianym w typie porto. Dobre, ale nie oceniamy, bo mało takich win w życiu piliśmy. 

Potem zajechaliśmy do ładnie ulokowanej i niebrzydkiej winnicy o nazwie Plum Creek – której jednak najwyraźniej brakuje dobrego winemakera, bo wszystkie próbowane wina były wodniste, cienkie i kwaskowate. Radzimy omijać, no chyba, że chcecie zrobić sobie piknik  w ogrodzie. Nieco zawiedzeni zajechaliśmy do jeszcze jednej, Grande River Vineyards, i tam wreszcie napiliśmy się całkiem przyzwoitego wina. Szczególnie przyjemne były: Viognier, Merlot i Meritage Red – niestety, w tym przypadku nie zrobiliśmy szczegółowych notatek, musicie nam to wybaczyć. Zapamiętajcie jedynie, że z wyżej wymienionych winnic jest to jedyna posiadłość w Kolorado warta odwiedzenia (przynajmniej na razie). 

No i cóż, Kochani? To już właściwie koniec. Opuściliśmy Grande River Vineyards, przejechaliśmy Kolorado, dojechaliśmy do Kansas, potem Missouri i St. Louis, i powróciliśmy do siebie. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze jedną winnicę: Smoky Hill,  największą w stanie Kansas, gdzie trafiliśmy akurat na winobranie. Wina nas nie zachwyciły, tym bardziej, że najlepsze (Merlot) okazało się być zrobionym w większości z winogron przywiezionych z Kalifornii. Najfajniejszą tamże była historyczna tabliczka, którą niniejszym możecie obejrzeć poniżej...

Poszukiwani specjaliści ;-)

02:31, sofanes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 października 2007

Winnice małżeństwa Duckhorn, pomimo braku dziesiątek lat tradycji, cieszą się zasłużona estymą wśród winopijców i krytyków piszących o winie. Konsekwencja, perspektywiczne planowanie, dbałość o szczegóły i jakość produkowanego wina stawiane ponad doraźny zysk – wszystko to systematycznie procentowało i procentuje, skłaniając mnie do wiary, że w nadchodzących latach o winach od Duckhornów będzie mówiło się coraz więcej i coraz lepiej. 

Najbardziej znaną posiadłością jest założona w 1976 roku i ulokowana w Napa Valley Duckhorn Vineyards, wyspecjalizowana w klasycznych odmianach „bordoskich” – Cabernet Sauvignon, Merlot oraz Sauvignon Blanc. W 1994 otwarła swoje podwoje Paraduxx – nastawiona głównie na produkcję wina będącego blendem (mieszanką) Zinfandela i Cabernet Sauvignon, nazwanego zresztą identycznie jak winnica – Paraduxx. Zasługuje ono na uwagę także z tego względu, iż jego etykiety projektowane są każdego roku przez innego artystę, zawsze jednak przedstawiając ten sam motyw, którym są...dwie kaczki.

Oczywiście, to nie mógł być (i nie jest) przypadek ;-) Tak się bowiem złożyło, że Dan i Margaret Duckhorn szczególnie upodobali sobie kaczki; trudno orzec, z jakiego powodu ;-) Warto przy tym wspomnieć, że co roku przekazują poważne sumy na ochronę ptaków gnieżdżących się i migrujących wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. W 1997 roku Duckhornowie otworzyli kolejną winnicę, Goldeneye (nazwaną tak – jakżeby inaczej – od jednej z kaczych odmian migrujących nad jej terenem), tym razem specjalizującą się w najbardziej w świecie grymaśnej odmianie winorośli na wino czerwone – Pinot Noir.  Wybór miejsca na nową winnicę poprzedzony został – tak przynajmniej napisali na swojej stronie właściciele (a nie ma powodów, by im nie wierzyć) - długimi testami i porównaniami win produkowanych w wielu chłodniejszych regionach Kalifornii. Ostatecznie, Duckhornowie zdecydowali się właśnie na Anderson Valley.

Winnica Goldeneye jest naprawdę śliczna. Przyjeżdżający na degustację goście wysyłani są do ogrodu, wyposażeni w zestaw zakąskowy z migdałów, dobrego pleśniowego serka i suszonych wiśni. Nie trzeba chyba dodawać, że wzmiankowany zestaw znakomicie komponuje się z winem, które – co jasne – wyprodukowane jest tylko z jednej odmiany winogron. Spróbowaliśmy dwóch win, 2005 Pinot Noir Migration oraz 2004 Pinot Noir Goldeneye. Oba cechowały się niezwykłą, niespotykaną wręcz delikatnością, niemal jedwabistością. Dawno nie piłem win równie stonowanych i zaokrąglonych. Bliska ideału kwasowość, wyraźne, ale nie nachalnie intensywne owoce, niuanse ziołowych przypraw – wina zapraszające wręcz do długiej degustacji i rozsmakowania. Piszę o obu jednocześnie, gdyż oba były do siebie pod tym względem podobne; przy czym Goldeneye miał „wszystkiego” nieco więcej, niż Migration. Odpowiednio więc, oceniam na 8,5 i 9.Dlaczego nie więcej? Ano, pomimo całej pięknej oprawy (ech, te suszone wiśnie...mniam) troszeczkę brakowało mi w tych winach „ciała”. Z drugiej strony, trudno z tego robić zarzut; myślę sobie, że oba wina właśnie takie mają być – to ich styl, który wypada szanować i doceniać w czasach, gdy wiele win „seryjnych” coraz bardziej się do siebie upodabnia. 

Ostatnią winnicą odwiedzoną w Anderson Valley była Husch Vineyard. Wina białe, w których się specjalizuje, rzeczywiście stoją na niezłym poziomie; znacznie gorzej sprawa ma się z czerwonymi. Pierwsze poddane degustacji - 2006 Sauvignon Blanc nie zachwyciło, chociaż to chyba moja ulubiona biała odmiana. Wino sprawiające wrażenie zbyt ostrego, zbyt nachalnego; ostra kwasowość, silne garbniki, gwałtowność i intensywność...nie, nie lubię Sauvignon Blanc w tym stylu, choć nie było to wino bardzo złe. Ocena: 7,5. 2005 Sauvignon Blanc Renegade to propozycja zdecydowanie ciekawsza. Wino, którego fermentację przeprowadzono ponoć jedynie przy użyciu drożdży-dzikusów przez blisko 2 miesiące, nie wykazuje nadzwyczaj złożonego bukietu, ale nadrabia to z nawiązką smakiem. Pełne, bardziej zrównoważone od wyżej opisanego, o wyczuwalnych posmakach melonowych i zielonych owoców. Naprawdę dobre - 8,5. 

Następnie spróbowaliśmy bardzo ciekawego 2005 Special Reserve Chardonnay. W bukiecie nietypowe nuty ogórków i trawy, w ustach świetnie komponujące się ze smakami zielonych jabłek i gruszek. Aż nie chce mi się wierzyć, że to Chardonnay...ocena 8,5. Ostatnie wino z próbowanych białych – 2006 Gewurztraminer raziło przeciętnością. Kwiatowość i balans nie do odróżnienia od dziesiątków podobnych Gewurców dostępnych w każdym supermarkecie. Ocena 7. O winach czerwonych napiszę tylko tyle, że w miarę akceptowalne były jedynie dwa Pinot Noir (niewiele zresztą według mnie od siebie się różniące). Oba oceniłem na 7,5. Delikatne owoce i garbniki, ale nic poza tym.

Przestrzegam za to przez próbowaniem Cabernet Sauvignon – cierpkość, brak równowagi, zapachy starej piwnicy (czyżby Brett?) – ocena najwyżej 6, bo jednak to wino pijalne (tylko po co...). Kolejne wino p.t. Grand Oz – będące blendem Cabernet Sauvignon i Syrah, sprzedawane w limicie dwóch butelek przy zakupie (sic!), najdroższe przy tym w ofercie, to zupełne nieporozumienie. Moim zdaniem, bardzo słabe i przeciętne, w żadnym razie nie warte swojej ceny. Podsumowując – czerwone wina z winnicy Husch można sobie darować.  

C.D.N.

02:07, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 października 2007

Na początek – wybaczcie, Moi Mili, ale oszukałem Was okropnie, że zmieszczę moją relację z Anderson Valley w jednej notce. No nie zmieszczę, niestety. Ale w dwóch to już na pewno ;-) 

Och, tak. Anderson Valley. Nie ma żadnej wątpliwości, że jest to miejsce zupełnie odmienne, niż Napa Valley. Kameralnie i uroczo, a i przyroda wydaje się jakoś bliżej, niż w Napie. Pamiętacie niedawną notkę i film o owcach? No sami rozumiecie, że po jego obejrzeniu nie mogłem sobie odmówić przyjemności odwiedzenia winnicy, w której został on nakręcony. Więcej nawet – przed wyjazdem na wakacje zarejestrowałem się na wycieczkę po posiadłości, mając nadzieję, że uda mi się dotrzeć na miejsce na czas. Udało się, na szczęście; a zdjęcia, jak zwykle, możecie przejrzeć w galerii. 

Navarro Vineyards to miejsce unikalne nie tylko za przyczyną owiec, ale także z kilku innych względów. Dla przykładu, wszyscy pracownicy winnicy mają udział w zyskach, w zależności od stażu i zaangażowania. Rzecz, jak słyszałem, dosyć rzadka. Strategia chyba całkiem rozsądna; wszyscy zatrudnieni, z jakimi miałem przyjemność rozmawiać, sprawiali wrażenie zadowolonych z życia, kompetentnych i życzliwych (życzliwością naturalną, nie „Hew a najs dej”). Jeśli zaś chodzi o wina, je również można określić mianem życzliwych, zarówno duchowi, jak i podniebieniu ;-)Ale mało tego – z niewiadomych przyczyn, Navarro Vineyards sprzedaje swoje wina wyjątkowo tanio, kosztują zwykle 20-30 dolarów. Przypomnę tylko, że są to wina wychwalane przez Wine Spectatora, Jancis Robinson (zobaczcie chociażby tutaj) i z pewnością mogłyby być sprzedawane drożej, problemu ze zbytem by raczej nie było, nawet gdyby były smakowo przeciętne.

A przeciętne nie są. Cóż, muszę skrótowo, bo trochę długa jest lista próbowanych winek.Na początku dwa Chardonnay z 2005 – Anderson Valley Premiere Reserve, oraz po prostu Mendocino. To pierwsze fermentowane w beczce, potem przeszło jeszcze fermentację jabłkowo-mlekową; drugie zaś nie i nie ;-) Mój kłamliwy język twierdził jednak, że właśnie to drugie było bardziej stonowane i poukładane (a przynajmniej tak mam w notatkach). Pierwsze ocenione na 7,5, drugie na 8. Potem znakomity wręcz (ocena na 9) 2005 Muscat Blanc, wino pełne owoców, delikatne i żywe jednocześnie. 

Dość ciekawe (ale bez przesady - 7,5) Pinot Grigio AV; a potem znacznie bardziej interesujący 2003 White Riesling, o aromatach i smakach grejpfrutowych i mandarynkowych. Ocena 8,5. Kolejne białe na „8” to 2006 Edelzwicker – mieszanka Pinot Grigio (blisko połowa), Gewurztraminera (36%) i Rieslinga (reszta).  

No i czas na czerwone – najpierw jedno z najlepszych stołowych win czerwonych, jakie w życiu próbowałem – 2005 Navarrouge; blend ośmiu (!) win, głównie Zinfandela, Valdiguie i Syrah. Kosztuje ono 12 dolarów za butelkę, i nie jest to z pewnością za dużo. Ocena – 8. Czysto odmianowe 2004 Syrah Mendocino już niestety gorsze, Anderson Valley nie jest chyba najlepsza dla Syrah, ocena tylko 7,5. Z pewnością jednak jest to dolina, w której udaje się Pinot Noir. Pierwsze – 2005 Pinot Noir Mendocino to wino bardzo dobre, choć na orbitę nie wystrzeliwuje. Dla fanów tej odmiany może być bardzo interesujące, mnie jednak troszeczkę brakowało w nim głębi – delikatne owoce, delikatne nuty ziemisto-skórzane, delikatne ciało...cały jakiś taki delikatny. Ocena: 8,5. 

Natomiast 2004 Pinot Noir Methode ‘a l’Ancienne to wino już bardzo dobre bez zastrzeżeń. Bardzo ciekawy nos – przyprawy, w tym pieprz i zioła, oraz czerwone, dojrzałe porzeczki. W ustach natomiast pełna równowaga; wino pełne, o stonowanych garbnikach. Ocena 9, ale jako propozycja dla szukających lekkiego i znakomitego wina dającego oddech po ciężkich Kabach z Napa Valley – może nawet 9,5. Podsumowując – prawdopodobnie dwa Pinot Noir o jednej z najlepszej na świecie relacji ceny do jakości. 

Degustacja zakończyła się bardzo miłym akcentem – po zakończeniu smakowania win podano schłodzony sok winogronowy, biały z Gewurztraminera i czerwony z Pinot Noir. Moi Drodzy – to było pyszne. Orzeźwiające, kwaskowate i znakomite. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję spróbować, skorzystajcie koniecznie! Soku takiego nie kupi się w sklepie, nawet wyspecjalizowanym, bo jego produkcja jest droga, zaś trwałość bardzo niewielka. Pasteryzacja czy Tyndalizacja zmienia natomiast mocno jego smak (na niekorzyść, niestety). Winogronowy sok Hortexu, który można kupić w sklepie, to zupełnie, ale zupełnie co innego. Ostatnim zaserwowanym napitkiem był zaś Verjus z Chardonnay – ale o tym, cóż to i do czego służy, napiszę osobną notkę w przyszłości (nieco bardziej odległej, niż pojutrze). 

Winnica Navarro i niedobitki owiec ;-)

C.D.N.

04:05, sofanes
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 października 2007

Czas zostawić Napę i dotrzeć wreszcie do wybrzeża Pacyfiku. Przejechaliśmy Golden Gate, który nie wiedzieć jakim cudem nie był akurat we mgle, pogapiliśmy się na Alcatraz, i wjechaliśmy na drogę numer 1, wijącą się brzegiem Kalifornii i oceanu. Droga – co tu kryć – piękna, jednak zmuszająca do dosyć powolnej jazdy – coś mi się wydaje, że ani razu nie zdarzyło się 50 metrów idących idealnie prosto. Po 2-3 godzinach kręcenia (pasażerowie mogą podziwiać widoki, gorzej ma kierowca) może zacząć się robić niedobrze... 

Im dalej od San Francisco, tym piękniej i bardziej pusto. Mija się nieco opuszczone już plaże i małe nadmorskie miasteczka, stacyjki benzynowe, na których nie można płacić kartą; zjazdy do rezerwatów (jak np. sekwojowy John Muir Woods – chcecie się po nim przejść? To kliknijcie tutaj!) i różne inne ciekawostki (jak chociażby Bodega Bay, gdzie Hitchock nakręcił swoje „Ptaki”). 

Im bliżej wieczoru, tym robi się chłodniej, zaś znad Pacyfiku zaczyna schodzić nad ląd mgła. Gdybym był obrzydliwe bogaty, to chciałbym sobie chyba kupić domek właśnie gdzieś tam, z małą werandą z widokiem na czarne klify, potężne fale rozbijające się u ich podnóża, stare sosny, na których powoli zaczyna skraplać się wieczorna rosa...no i, oczywiście, zagonik Pinot Noir. Tak, proszę Państwa – oto jeden z chłodniejszych regionów Kalifornii, kojarzący się chyba szybciej ze Skandynawią, niż kolibrami. To tędy płynie rzeka Russian River, od doliny której pochodzi jedna z najsłynniejszych apelacji amerykańskiego Pinot Noir (tak jest, nie tylko w Oregonie da się robić świetnego Pinota).  

Nasz wybór padł na Anderson Valley, chlubę Mendocino County. Tym razem wybraliśmy się do trzech winnic – a o szczegółach (nie bójcie się, tym razem postaram zmieścić się w jednej notce) już wkrótce. Aha, parę nowych zdjęć dodałem do galerii, a jeśli klikniecie na link na początku tego paragrafu, możecie przeczytać więcej o Anderson Valley i obejrzeć dodatkowo parę ładnych zdjęć...

C.D.N.

03:23, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2007

Najdłużej nieprzerwanie operująca winnica w Napa Valley, czyli Beringer Vineyards, była naszym ostatnim celem tego dnia. Założona w 1875 roku, przetrwała czasy Prohibicji produkując na małą skalę wino mszalne; przeszła także bez większego uszczerbku przez powojenne lata amerykańskiej winiarskiej Wielkiej Smuty. Beringer (może wypadałoby napisać Beringerowie, ale obaj bracia już nie żyją, więc niech już tak będzie) produkuje bardzo wiele typów i rodzajów wina, od półki najniższej po dosyć wysoką. W Polsce dostępna jest głównie właśnie ta najniższa – seria Stone Cellars. Opisywałem zresztą jej przedstawicieli i nie były to wina złe – tyle tylko, że złotówkowa cena to nieporozumienie; 50-60 zł to absolutnie przesada. 

Ale dość o tym, napiszę może o testowanych winkach. W Rhine House – historycznym (a jakże) budynku w którym odbywają się degustacje lepszych win, ich większość w kolorze czerwonym (a na tych postanowiliśmy się skoncentrować) została zrobiona z Cabernet Sauvignon. Większość, ale nie wszystkie, gdyż degustację rozpoczęliśmy od Merlota, a był to dokładnie rzecz biorąc 2003 Bancroft Ranch, Howell Mountain Merlot. Wino zaskakująco lekkie i żywe, silnie owocowe, ale ładnie zrównoważone. Z pewnością ciekawe; lekkie czerwone owoce w Merlocie nie trafiają się tak często. Ocena:8. 

Z kolejnym kieliszkiem wkroczyliśmy w świat Kabów – pierwszy zaprezentował się nam 2001 Montagia Cabernet Sauvignon. Sprawa ciekawa, ale wino podobne nieco w stylu do poprzednika; może minimalnie pełniejsze, z nieco silniejszymi nutami ciemnoowocowymi. Ocena jednak taka sama, 8. Ach, tu jeszcze muszę dodać, że poetyka opisów na „ściagawce” jaką dostaje się przy wejściu, nieco mnie rozbroiła – czego w tych winach ma nie być...jest i cynamon, i mięta, skórka pomarańczowa, kokos, słodkie śliwki, i już nawet nie będę wymieniał dalej ;-) Kolejny Cabernet Sauvignon – 2002 Quarry Vineyard – opis miało już bardziej stonowany, co jak się okazało nie było przypadkiem. Wino kosztujące 90 dolarów za butelkę, które w moim odczuciu było zupełnie nieudane – prawdopodobnie zbyt długo trzymane w bece, cierpkie, gorzkie i absolutnie przeciętne, szczególnie na tle poprzedników – Ocena: 7. 

Kolejne trzy wina były jednak już bardzo dobre, choć każde odznaczało się innym stylem. Najpierw spróbowaliśmy 2003 Chabot Vineyard CS – powiedziałbym, że wina będącego bardzo blisko najczęściej opisywanego stylu winnych trunków z Napa Valley: pełnego, złożonego, o silnych smakach ciemnych owoców – wiśni i czarnej porzeczki. Ocena: 8,5. Jeszcze lepsze okazało się 2003 St. Helena Home Vineyard CS – minimalnie cięższe od poprzednika, o przepięknym bukiecie smażonych konfitur śliwkowych i dojrzałych wiśni; piękne i długie. Ocena: 9. Wreszcie – 2003 Private Reserve CS. Wino troszkę mniej owocowe od poprzedników (ale wciąż bardzo-owocowe), z wyraźniejszymi akcentami skórzanymi. Bardzo długie i złożone, też dałem 9. 

Na koniec spróbowaliśmy słynnego białego deserowego Nightingale – ale nie podejmuję się go oceniać. Może i słynne, ale po nastawieniu podniebienia na wyczuwanie niuansów w kolejnych Cabernetach wydało mi się podobne do syropu. Ech, jakoś nie mogę sie przekonać do win deserowych... 

Kochani Moi! I tyle, jeśli chodzi o moją przelotną wizytę w Dolinie Napa. Jeśli mam się pokusić o jakieś krótkie podsumowanie, to chcę podkreślić dwie rzeczy, jedną która dosyć mnie zaskoczyła, i drugą, mniej zaskakującą, ale za to budującą. Po pierwsze, znakomite zrównoważenie próbowanych win – spodziewałem się, że wiele z nich będzie prezentowało się zbyt owocowo, zbyt intensywnie czy alkoholowo; jednak nic z tych rzeczy. Większość (bez względu na to, czy były to wina o np. dużym potencjale owocowym, czy nie) prezentowała harmonię – jeśli potencjał owocowy nie był duży, beczka nie dominowała, po prostu wino było lżejsze. Było parę wyjątków, gdzie np. moim skromnym zdaniem wino zbyt długo siedziało w bece, ale o tym wspominałem przy konkretnych opisach.

Druga sprawa – to stosunek jakości do ceny. Jak można pewnie było się spodziewać, różnica pomiędzy winami za 10 dolarów a tymi za 20-30 (trza by to przeliczyć na złotówki i pomnożyć razy dwa) jest dużo wyższa, niż skok jakościowy win pomiędzy tymi kosztującymi 20-30 a tymi 50-150. Owszem, większość win za kilkadziesiąt dolarów była dobra, a nawet bardzo dobra – ale za 25 dolarów można znaleźć wino bardzo dobre, w niczym nie ustępujące niektórym nawet kilka razy droższym. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale nie zawadzi powtórzyć raz jeszcze.  Smutne tylko, że większość amerykańskich win trafiających do Polski zwykle nie reprezentuje jakości uzasadniającej ich cenę. Pewną jaskółką są tu wina Ste Michelle (np. seria Columbia Crest), albo ale już np. z Kalifornii kupić można głównie dosyć przeciętną produkcję (na czele z winami od Roberta Mondaviego, dobrymi, ale od paru już dobrych lat „ceniącymi się” znacznie powyżej porównywalnej konkurencji, której w Polsce z niewiadomych przyczyn brak). Aha, spotkałem jeszcze ostatnio w „polskiej” sieci produkcję Monteviny, to też obiecujący znak.

Pozostaje wierzyć, że z czasem wybór amerykańskich win będzie rósł i przestaną się one kojarzyć z Carlo Rossi (wersja ekstremalnego świństwa) bądź Turning Leaf albo Sutter Home (pijalne, ale będące żywą esencją przeciętności). I za to warto wypić, Moi Drodzy!

 Wasze Zdrowie!

19:41, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 października 2007

Do kolejnego przybytku sztuki winiarskiej udawaliśmy się pełni pozytywnych przeczuć, oczekując niebywałych wręcz doznań. Zmierzaliśmy bowiem do Stag’s Leap Wine Cellars, czyli legendarnej winnicy Warrena Winiarskiego (o którym pisałem już przecież sporo). Musieliśmy zjechać na Silverado Trail, by po dłuższej chwili trafić wreszcie pod historyczny budynek. Właściwie – poprawka – zajechaliśmy na parking, z którego nie bardzo było wiadomo, jak dojść do budynku. Zero oznaczeń czy informacji. Dobra, drobnostka, wielcy nie muszą dbać o szczegóły.

Trafiliśmy wreszcie, i tu znowu pewne zaskoczenie – w środku tłum ludzi, kłębiący się przy ladzie do testowania win podstawowych, trochę mniejszy przy tych droższych. Ponieważ czas nas gonił, poszliśmy tylko na te droższe.  No i cóż ja mogę napisać? Przed przyjazdem do SLWC wiedzieliśmy, że ich najlepsze czerwone wina odbiegają od klasyki Napa Valley, że są bardziej ziemiste i mineralne, niż owocowe. Ale wiedzieć, a spróbować, to dwie różne rzeczy...

Serwowano jedynie trzy wina (zdjęcie w galerii, ręce mi się trochę trzęsły, wybaczcie) – pierwsze, Chardonnay Arcadia Vineyard, było winem dobrym, żywym, o wysokiej kwasowości i niezłych owocach. Nie było jednak w nim nic nadzwyczajnego, nic specjalnie unikalnego; przyzwoite białe Chardonnay. Może nawet równie dobre, jak te z Grgich Hills (nie mylić z cudownym Fume Blanc!), ale nic poza tym. 50 dolców za butelkę to wolne żarty. Ocena: 8. 

2004  FAY Cabernet Sauvignon było już winem zdecydowanie lepszym. Znowu jednak mnie nie podbiło – być może jestem dzieckiem Nowego Świata, które wychowując się na winach mocno owocowych nie może w pełni docenić ziemistości i mineralności dobrego Cabernet Sauvignon. Czy to nie paradoks? Wina z winnicy Stag’s Leap, które przetarły szlak dla nowej ery w winiarstwie, ery win super-owocowo-Parkerowych, same wykazują smaki nieco...ja wiem...anachroniczne? Nie, może przesadzam, „anachroniczne” jest nacechowane negatywnie; a to z pewnością nie było złe wino (nie piszę tak z sentymentu, zapewniam), tylko z zupełnie innej kategorii. Było długie, dobrze zbudowane, ale właśnie ziemiste, neutralne, jesienno-smutne. Owoce? Tak, były, ale dobrze schowane. Niewykluczone, że było to wino próbowane nieco zbyt wcześnie. Ale to tylko przypuszczenie; być może taki dokładnie ma być jego styl. Ocena 8,5. 

No i wreszcie wino – ciekawostka. SLV Cabernet Sauvignon, rocznik 1988. Ha, w Polsce jeszcze panował komunizm, gdy je wytwarzano. Podręcznikowy przykład wina starzonego przez długi czas, które „starzeje się godnie”. Brak owocowości, to z pewnością. Bardzo ciekawy bukiet, mnie kojarzący się z kamieniami, krzemieniem i może z zapachem naelektryzowanego powietrza. Wiem, że brzmi to trochę dziwacznie, ale taki właśnie bukiet miało to wino. W smaku również brak owoców, ale wino wcale nie sprawia wrażenia „przemęczonego”, czy zetlałego. Dobrze zbudowane, wciąż z dobrą kwasowością – brakuje mu tylko trochę...hmm...życia. No ale pewnie musi tak być. Zdecydowałem się nie oceniać tego winka, co chyba Was nie dziwi. 

No i cóż? Niebywałych doznań nie przeżyliśmy, może za wyjątkiem świadomości, że stąpaliśmy po naprawdę historycznym i zasłużonym dla świata winopijców miejscu. Warto było spróbować win w zupełnie innym stylu, niż większość. Ale nie to, żebym do nich koniecznie i często chciał w przyszłości wracać...

Opuściliśmy podwoje Stag’s Leap Wine Cellars i ruszyliśmy z powrotem na autostradę numer 29, by zdążyć jeszcze z wizytą do ostatniej winnicy i winiarni – również historycznej, ale założonej dla odmiany przez braci ;-) 

C.D.N.

02:19, sofanes
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3