Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
czwartek, 30 października 2008

Witajcie!

O dziwnych etykietach, co bardziej interesujących zabiegach marketingowych oraz specyficznych nazwach niektórych win pisałem już kiedyś na przykład tutaj. Dzisiaj wracam na chwilę do tematu, gdyż natknąłem się na śmieszą informację dotyczącą pomysłu pewnego zdesperowanego winiarza z Langwedocji. Postanowił on bowiem nazwać wino „Vin de Merde”, której to nazwy chyba nie trzeba tłumaczyć ;-)

Tak naprawdę nie jest to wcale wino z dolnej półki, a raczej z tej średniej, i ponoć – gdyż nie miałem okazji spróbować – całkiem niezłe. Nieco niespotykana nazwa jest objawem frustracji wynikającej ponoć z rozpowszechnionego we Francji (i poza nią) stereotypu dotyczącego win pochodzących z wspomnianego regionu, a głoszącego ich zdecydowanie niższą jakość w porównaniu z „bardziej szlachetnymi’ regionami winiarskimi kraju, jak Bordeaux czy Dolina Rodanu. Wygląda na to, że niekonwencjonalny pomysł wypalił, wino cieszy się dużą popularnością...

Wasze Zdrowie!

14:16, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 października 2008

Witajcie!

Nie wiem, czy spowodowane jest to pogodą za oknem, ciśnieniem, złym dniem, brakiem czasu, czy czym tam jeszcze, ale dzisiejszą notkę zaczynałem jak do tej pory razy kilkanaście, gdyż zaraz po napisaniu kilku słów kasowałem je bez litości, uznając za bezsensowne. Tym razem wygląda jednak na to, że udało mi się zastosować fortel i początek właściwie już powstał. Niniejszym, muszę już tylko napisać kontynuację, co zawsze jest łatwiejsze. Z drugiej strony pustosłowie to jedna z największych wad blogów i stylu pisania blogerów, przez co nie później niż w kolejnym zdaniu muszę powrócić do meritum. Cóż, wracam – czy wiecie, co właściwie znaczy dzisiejszy tytuł?
Two Bucks Chuck - oto nowe pojęcie, które przebojem wdarło się do słownika winiarskiego i wygląda na to, że zadomowi się w nim na dobre.

A cóż ono właściwie oznacza? Definiując sprawę najprościej: dobre wino za grosze (uwaga, jak macie jakiś pomysł na zabawne przetłumaczenie tego terminu na polski, proponujcie w komentarzach). Aha, i jeszcze jedno – jak pewnie zauważyliście, u dołu dzisiejszej notki dołączony jest film, a właściwie akompaniament; możecie go sobie już włączyć i czytać dalej. Już? No to do rzeczy, bo notka dzisiejsza staje się coraz bardziej dziwaczna i dygresyjna, a nikogo nie chciałbym odstraszyć od czytania blogów (i czytania o winie).

Była połowa października, około jedenastej przed południem – pochmurny, typowy o tej porze roku dla podgórskiej miejscowości dzień, zapowiadający chłodny, siekący deszcz” – no nie, znowu coś nie tak. Chciałem zacząć historię Two Buck Chuck, a wyszło mi z tego pierwsze zdanie starego kryminału Chandlera. Ech, dobrze, jeszcze raz!

Wszystko zaczęło się w 2002 roku. Do popularnej w Stanach sieci tańszych marketów Trader  Joe’s wprowadzono nowy produkt – tanie wino. Nic nadzwyczajnego? Tak wyglądało na pierwszy rzut oka. Któż mógł się spodziewać, że już za rok napisze o tym wydarzeniu New York Times, będzie się o nim mówić w CNBC, a artykuły chwalące (częściej) i ganiące (rzadziej) z nim związane obiegną setki serwisów sieciowych, winiarskich czasopism (także tych najsłynniejszych i najbardziej wysnobowanych) i mniej lub bardziej poważnych blogów? Któż mógł się spodziewać, że powstaną blusujące kawałki, które potem trafią do you tube, zaś termin wymieniony w tytule dorobi się obszernego wpisu w encyklopediach? Któż mógł się spodziewać, że oszałamiający sukces tego taniego wina zaczną kopiować potężni rynkowi gracze, jak WalMart, czy Tesco (to już w Europie)?

Jak się pewnie spodziewacie, nie było to takie znowu całkiem zwyczajne tanie wino. Trudno też nazwać je „winem o dobrej jakości do ceny” – to wino naprawdę było dobre, a kosztowało dokładnie dwa dolary. O tym, czy to w ogóle możliwe, przestukano miliony klawiatur (żeby nie napisać – wylano morze atramentu). Było na tyle dobre, że nawet wygrało kilka całkiem poważnych konkursów, a potem – gdy temat podchwycili dziennikarze – biło znacznie bardziej utytułowaną i droższą konkurencję w wielu specjalnie zorganizowanych degustacjach  „w ciemno”. Jego historia jest niesamowita, bo dzisiaj – w naszych rozbuchanych konsumpcją czasach, jak to się mawia w telewizji – kariery marek w stylu „od zera do milionera” ponoć już się nie zdarzają. No właśnie -  Two Buck Chuck wprawił w osłupienie winiarskich znawców, narobił problemów interpretacyjnych analitykom rynku i specom od marketingu, wreszcie zainteresował socjologów doszukujących się wręcz zjawiska „anty-snobizmu” wśród winopijców.

Ale – zapytacie – jak się właściwie to cudo nazywa? Bardzo prosto: Charles Shaw.
Podobno było tak – najpierw winopijca kupował butelkę jako ciekawostkę. Później jeszcze jedną, bo jeszcze nie wierzył, zakładał, że coś mu się pomyliło. A potem przyjeżdżał swoim SUVem i pakował skrzynki, aż wypełnił pakę. A jeszcze potem - jechał do domu, nalewał sobie kieliszek i czytał w sieci, jak eksperci próbują wyjaśnić, jak to w ogóle możliwe: zrobić dobre wino za dwa dolary. Podobno wynika to ponoć z nadprodukcji dobrej jakości winogron w Kalifornii (ciekawe, że w Europie jakoś nadprodukcja powoduje odwrotne zjawiska rynkowe). Jakby jednak nie było, efekt przerósł najśmielsze oczekiwania firmy Bronco Wine Company, właściciela marki Charles Shaw. Szał rynkowy miał minąć po kilku miesiącach –  no i może rzeczywiście  trochę sie ustatecznił, ale jak na razie wygląda na to, że przerodził się po prostu w stały element rynku. Z punktu widzenia winopijcy chyba nie trzeba się martwić.

Jak już było wspomniane wyżej, wiara w to, że naprawdę tanie i naprawdę dobre wino przyciągnie konsumentów (także tych bardziej doświadczonych winopijców) okrzepła na dobre także u tych, którzy wyznaczają biznesowe kierunki rozwoju. Oto nius sprzed dwóch dni – nowa marka Wal-Martowa, niejakie Oak Leaf , w cenie 3 dolarów za butelkę zdaje się być nowym przykładem Three Buck Chuck (no, tym razem Three).

Także Tesco pilnuje, by wina z ich „dolnej półki” nie przekraczały ceny 4 funtów. Podobno u nas tanie wina wprowadza do sprzedaży Biedronka, choć osobiście do tej pory nie odważyłem się spróbować. Ale raz czy dwa słyszałem już opinie, że przynajmniej niektóre są nie tylko tanie, ale też pijalne. Jak wreszcie zbiorę się w sobie, pierwsi się o tym dowiecie. A może Wy macie już takie doświadczenia? To się podzielcie!

Wasze Zdrowie!

21:27, sofanes
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 października 2008

Witajcie! W winiarskim świecie ostatnio wiele się nie dzieje, i może częściowo właśnie z tego powodu (a może nie) wciąż powraca sprawa „fałszowania” Brunello di Montalcino, jednego z bardziej słynnych (i lepszych) włoskich win. W telegraficznym skrócie chodzi o to, iż wino sygnowane wyżej wspomnianą nazwą powinno być wyprodukowane w 100% z winogron szczepu Sangiovese. Są to po prostu prawne wymagania systemu apelacyjnego. Kilka miesięcy temu wybuchła jednak afera (pisałem o tym trochę w tej notce oraz tutaj), polegająca w skrócie na tym, iż wina wychodzące pod dumną nazwą Brunello di Montalcino były tak naprawdę blendami (kupażami) co prawda opartymi na Sangiovese, ale zawierającymi także domieszki wytworzone na bazie innych odmian. Rzecz jednak w tym, że sprawa wcale nie jest taka oczywista – wzmiankowanego przestępstwa miały dopuszczać się bowiem jedne ze słynniejszych domów produkujących Brunello, jak np. Banfi, Antinori, czy Frescobaldi, które to domy naprawdę trudno oskarżać o zaniżanie poziomu, podkopywanie  jakości etc. 

Wygląda też na to, że z wielkiej chmury spadnie mały deszcz – okazuje się, że trwające od kwietnia postępowanie w sprawie łamania prawa przez Banfich właśnie się zakończyło, zaś „zaaresztowany” rocznik 2003 trafi na rynek w standardowym czasie. Na tym jednak historia ta chyba wcale się nie skończy – od kwietnia bowiem we Włoszech (a z mniejszą intensywnością w całej Europie) powróciły dyskusje o sensowności niektórych przepisów apelacyjnych, ich nadmiernej w wielu przypadkach restrykcyjności, a czasem wręcz zwykłej bezsensowności. Brunello di Montalcino trudno nazwać winem tanim; nie jest też ono skierowane do naprawdę masowego konsumenta. Sztuka kupażowania win służy (i służyła) takiemu łączeniu różnych win, by uzyskiwać połączenie przewyższające każdy ze składników osobno. Często – choć może to brzmieć mało logicznie – dodatki innych win podkreślają, czy dodają szlachetności głównej odmianie, na której dane wino bazuje. Tłumacząc na ludzki – Brunello–kupaż może być szlachetniejsze, pełniejsze i  ciekawsze, niż Brunello 100% Sangiovese. Oczywiście, że tylko „może” tak być, choć wcale nie musi. Rzecz jasna, dla winiarskich purytan i oddanych wyznawców terroir  to co napisałem przed chwilą zakrawa na herezję. Jak jednak ostatnio zasugerował sam Angelo Gaja, może warto jednak dać szansę wyboru konsumentom? Warte zastanowienia, prawda?  

Wasze Zdrowie!

14:09, sofanes
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 października 2008

Och, Kochani, wybaczcie długie ostatnio przestoje w dodawaniu nowych notek, ale tak już musi być – istnieją szanse, że kiedyś wreszcie znowu będę miał więcej czasu. Tego ostatniego zaczynam mieć ostatnio wyjątkowo mało, a kiedy już wydaje mi się, że wychodzę na prostą, ta prosta okazuje się zakrętem. Nic to, dość wymówek, dzisiaj krótka relacja z degustacji Loży, w której miałem ostatnio przyjemność uczestniczyć.

Na początek krótkie wyjaśnienie terminu „loża” – są to po prostu nieformalne degustacje sieciowych znajomych, którzy poznali się na gazetowym forum o winie i spotykają z różną częstotliwością na składkowych (uczestnik przynosi butelczynę) spotkaniach, żeby wzbogacać swoją bazę porównań, uczyć się od najlepszych, etc. Zabawa jest przednia, a wina bardzo ciekawe. Szczególnie interesująco było ostatnio – degustacja odbywała się pod hasłem „wulkan”, choć skojarzenia winiarsko-wulkaniczne, zgodnie z tradycją spotkań, dość dowolne. Wymienianie tutaj wszystkich win obecnych na spotkaniu nie ma chyba większego sensu, zważywszy iż większość z nich nie jest do kupienia w naszym kraju. O najciekawszych, najlepszych, a także tych najmniej przekonujących jednak wspomnę.

Przede wszystkim – tym razem degustacja obfitowała naprawdę w wiele ciekawostek. Jak dla mnie, naprawdę zaskakującym było niemieckie wino z Badenii: Pinot Noir zrobiony na biało – tak właśnie, białe wino z Pinot Noir! Najbardziej intrygujące było jednak to, że było to wino całkiem dobre. Pijałem już White Merlot, a jeśli dobrze pamiętam nawet White Cabernet Sauvignon, ale były to lokalne amerykańskie eksperymenty, i co tu dużo gadać – raczej nieudane. Pinot Blanc de Noir 2007 Alde Gott należy natomiast do kategorii eksperymentów zdecydowanie udanych.
Wśród innych białych win przyzwoity był czeski Ryzlink Rynsky Kabinet Litomerice 2004 oraz raczej rzadki włoski blend Gewurtztraminiera z Pinot GrigioIcario Nysa 2006. Ten ostatni był dosyć intrygujący, gdyż łączył nuty mineralne z ciepłymi, czerwonymi owocami (truskawkami).
 
Najlepszym zaś w tej kategorii było chyba (do dostania w Polsce) wino z Grecji, czyli Santorini Sigalas 2007 (Asyrtiko). Pięknie poukładane, zrównoważone i zaprzeczające stereotypowi, iż Grecy nie potrafią robić win delikatnych. Trafiło się też jedno wino, moim zdaniem na zdecydowane „nie” – czyli Horvath Pince 2007 Badacsonyi Sauvignon Blanc. Chociaż dopiero co opisywałem swój przelot przez Węgry, to, co w okolicach jeziora Balaton zrobiono z moją ulubioną odmianą na wina białe zasługuje na pomstę do nieba. Jeśli jestem już przy krytyce, to źle się zaczęły także wina czerwone – bordoskie Ch. Les Moines 1995 wstrząsnęło nieco uczestnikami degustacji, i chyba litościwie na tym poprzestanę. Dość kontrowersyjne było też inne wino – Calderara Sottano Tenuta Terre Nere Etna Rosso 2005; jeśli się nie mylę, zdania na jej temat były najbardziej podzielone. Ja opowiadam się za obozem przeciwników – może to i znane wino, ale mnie jego bukiet kojarzył się ze starym mopem, zaś smak sugerował brak równowagi i ciała, mimo silnych garbników. Ślady smaków owocowych były gdzieś dopiero na trzecim planie.

No ale dość o negatywach, na koniec dwa wina których prawie nikt nie wypluwał ;-)
Pierwsze z nich to niesamowity Dornfelder Unterturkheim 2003 – czarny jak smoła, skoncentrowany i intensywny, mnie przypominający wzorzec Carmenere. Dornfelder jest mi słabo znany, ale jest wręcz trudne do uwierzenia, iż da się z niego wytworzyć tak fenomenalnie ciekawe wino. Kto by się spodziewał, że w Niemczech da się zrobić wino tak bardzo „chilijskie”. No, no. Ku mojej cichej satysfakcji, drugą gwiazdą wieczoru zostało wino z USA – Napanook 2004 (przyniesione chyba przez rurale). Wine-maker z Francji, Christian Moueix, korzystając z terroir Napa Valley stworzył rewelację; amerykańskie wino z europejską duszą. Ten bordoski w stylu blend (głównie Cabernet Sauvignon, plus Cabernet Franc, Petit Verdot, Merlot i Malbec) podbił mój zmysł smaku. Pięknie zrównoważone, długie, z idealną kwasowością, delikatne, ale delikatnością prawdziwego siłacza. To jedno z win, które ledwo spróbowaliśmy, a już się okazuje, że butelka wysuszona do ostatniej kropelki...i tylko żal, że nie postało wcześniej w karafce, by miał szansę jeszcze bardziej się rozwinąć...

Podsumowując, wieczór bardzo udany, wina wręcz zbyt dobre, gdyż pod koniec umiarkowanej w końcu degustacji złapałem się na opowiadaniu skomplikowanych i długich historii piękniejszej części prowadzących blog Winobranie (nie bacząc zupełnie, iż akurat złapała ją drzemka). Następnie zaś próbowałem wyjść nie uiściwszy rachunku. No cóż, aż się boję, gdy nadejdzie kolejne spotkanie, gdzie degustowane mają być wina ocierające się o wybitność...

13:09, sofanes
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 października 2008

Witajcie!
Nadszedł wreszcie czas napisać trochę o największej winiarskiej firmie świata, czyli Constellation Brands. Tak jak i poprzednio opisywane, jest to kompania pochodząca z USA, choć dziś obejmująca swoim zasięgiem cały świat. Co może zaskakiwać, jej narodziny nie były związane w żaden sposób z Kalifornią, ale ze stanem Nowy Jork (dokładnie z obszarem Finger Lakes, dziś będącym jednym z najbardziej cenionych regionów winiarskich we wschodnio-północnej części Stanów). Początki nie były nadzwyczaj romantyczne – choć nowa winnica nawiązywać miała tradycjami do starszej, istniejącej w tym miejscu jeszcze przed Prohibicją, przez szereg lat budynki zajmował zakład produkcji kiszonej kapusty...

Nowa winnica przyjęła także niezbyt romantyczną nazwę Canandaigua Industries - i rzeczywiście było to raczej przedsiębiorstwo, gdyż produkcja koncentrowała się na tanim winie dostarczanym hurtowo do handlarzy na Wschodnim Wybrzeżu. Szybko jednak okazało się, że bardziej opłaca się promować i sprzedawać własne marki, co też wkrótce nastąpiło. Wina produkowane przez Canandaigua Industries skierowane były na lokalny rynek i służyć miały przede wszystkim zarobieniu pierwszych poważnych pieniędzy umożliwiających połknięcie mniej rzutkich konkurentów. Początek lat 50-tych to czas ciągłych przejęć i powolnego wzrostu firmy. Główną odmianą, z której produkowano wtedy wino był Scuppernong (jedna z odmian Vitis rotundifolia). Generalnie rzecz biorąc, jakość wina wytwarzanego z lokalnych dla Ameryki Północnej szczepów (nie tylko rotundifolia) jest raczej średnia, choć niektóre odmiany cieszyły się (a nawet wciąż się cieszą) sporą popularnością (chociażby Concord czy Catawba). Przyjmijmy jednak, że lata 50-te na Wschodnim Wybrzeżu to nie jest ani miejsce, ani czas na winiarskich koneserów (wyłączywszy kilka restauracji na Manhattanie, sprzedających wtedy zresztą i tak same europejskie wina).

Produktem, który wniósł Canandaigua Industries na zupełnie inny poziom zysków i możliwości, było wino o pięknej nazwie Richards Wild Irish Rose. Czym był Thunderbird dla E&J Gallo i Mad Dog dla Wine Group, tym dla Canandaigua była Dzika Irlandzka Róża. Tak oto produkty, którym najbliżej do naszych swojskich „jaboli” (choć te amerykańskie były i sa produkowane na bazie prawdziwego wina) przecierały drogę dla win rozumianych już w sposób tradycyjny. Poszukując dalszych analogii – tak jak talenty marketingowe Ernesta Gallo w walny sposób przyczyniły się do sukcesu E&J Gallo, tak w przypadku Canandaigua Industries pomysł Marvina Sanda (drugie pokolenie w rodzinnym biznesie) przyspieszenia rozwoju dzięki zastosowaniu franczyzy i umowom z firmami butelkującymi i sprzedającymi Richards Wild Irish Rose okazał się strzałem w dziesiątkę. A potem wszystko toczyło się jak kula śniegowa po zboczu – wzrost, kolejne przejęcia, większy zysk, kolejne przejęcia...

Jeśli coś zmieniało się w generalnych założeniach rozwojowych firmy, to były to zmiany dotyczące segmentu rynku, do którego Canandaigua Industries (od 2000 roku Constellation Brands) kierowała swoją ofertę. Właściwie rzecz ujmując, konsekwentnie ją powiększano, kierując się do coraz szerszego kręgu potencjalnych klientów. Lata 90-te ubiegłego wieku (ech, jak to brzmi...) to okres intensywnych zakupów marek i firm związanych z produkcją win o uznanej renomie i jakości. Najważniejsze jednak z punktu widzenia przeciętnego winopijcy zakupy zaczęły się w ostatniej dekadzie – Constellation przejęło np. Ravenswood, czyli winnicę w której narodził się mit amerykańskiego czerwonego Zinfandela (kiedyś opisywałem tę historię tutaj). W 2003 roku zaś odbyła się jak dotąd największa transakcja w historii firmy (a pewnie i wszystkich winiarskich firm świata): Constellation Brands przejęło BRL Hardy – jednego z najważniejszych graczy na winiarskich rynkach Australii, Nowej Zelandii, i generalnie Południowej Hemisfery.
Dzisiaj do giganta należy tak wiele marek, iż nie ma sensu ich wszystkich wymieniać; duża ich część to dosyć popularne wina na co dzień (m.in. Franciscan Oakville, Estancia, Veramonte).

Ostatnim nabytkiem Constellation było pozyskanie The Robert Mondavi Corporation, co stało się w roku 2004. To przejęcie odbiło się chyba najgłośniejszym echem w świecie winiarzy i winopijców, gdyż założenie winnicy Mondaviego (przy smutnej okazji niedawnej śmierci jej założyciela napisałem o niej parę słów tutaj) to powszechnie akceptowany punkt zwrotny w historii amerykańskiego i światowego winiarstwa oraz początek nowych czasów: wprowadzenia do winiarstwa pojęcia „Nowy Świat”, etykietowania odmianowego, etc. etc. Cóż, dziwnie się ten światek toczy. Chociaż z drugiej strony wiadomo, że kiedy plebejusz kupuje sobie szlachectwo, to nad drzwiami wiesza sentencję: Per aspera ad astra...

Wasze Zdrowie!

15:59, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 października 2008

No i proszę, pisałem ostatnio o E&J Gallo, a ostatnio zupełnie przypadkowo (naprawdę) wpadło mi w ręce wino wyprodukowane właśnie przez tę grupę. Niejednokrotnie pisałem, że odmianą do której czuję pewną słabość jest Zinfandel – choć wielu winopijców bardzo nie lubi win z niej stworzonych, uważając je za zbyt bombowe, naładowane i alkoholowe (wina na bazie Zinfandela rzadko schodzą poniżej 14% alkoholu). Z tego samego powodu jest jednak popularny Zin winem z charakterem (a raczej najczęściej nim bywa). Oczywiście, kto próbował np. czerwonego Zinfandela Sutter Home, zdziwi się pewnie, o czym piszę, ale ta popularna na polskim rynku seria oferuje wina zupełnie nijakie, przez co trudno doszukać się jakichkolwiek różnic między różnymi członkami rodziny (złośliwcy twierdzą, że rozróżnienie między białymi a czerwonymi również w tym wypadku może nie zawsze być trafne). Warto więc odżałować 20 zł więcej i zakupić Zinfandela sygnowanego marką nieco mniej popularną. Zwykle trafi się dobrze.

Opisywany dziś Zin z Rancho Zabaco to dobra ilustracja powyższej sugestii. W cenie poniżej 60 zł za butelkę oferuje naprawdę sporo, i to głównie tego, z czego ta „najbardziej amerykańska” odmiana Vitis vinifera słynie: moc, ale i miękkość, owoce, ale i przyprawy...
Nos jest dosyć ciężki, nieco zbyt intensywny alkohol przeszkadza nieco w skupieniu się na ocenie bukietu. Ten ostatni jest jednak klasyczny, mocno owocowy, lekko przegryziony tymiankiem, może z dodatkiem nuty karmelu. W ustach przy pierwszym kontakcie wino niezwykle miękkie, co sugeruje niską kwasowość, dla ortodoksów może wręcz oznaczać niebezpiecznie zbliżanie się do granicy „upieczenia” wina. Jednak dalsze wrażenia tego nie potwierdzają; wino rośnie, pręży muskuły, prezentuje piękną leśną owocowość, kapralski dryl i zdecydowanie. Równowaga jednak jest chyba zachowana. Wino o dobrej relacji jakości do ceny, polecam.
Ocena: 8

Zinfandel Rancho Zabaco, Sonoma, 2005
 

 
1 , 2