Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
czwartek, 19 czerwca 2008

Piękno prostoty – dzisiejszą notkę oceniającą mógłbym właściwie skompilować do tych dwóch słów. Ale nie będę taki i napiszę trochę więcej ;-)
A to dlatego, że dzisiaj opisywane winko jest w pewien sposób szczególne. Nie, nie jest nadzwyczaj oryginalne, nie kryje w sobie specjalnej złożoności, na pewno nie należy do kategorii win które zapadają w pamięć jako perełki. A jednak, jest to wino szczególne. Stanowi bowiem – jeśli dobrze oceniam – jeden z pierwszych przykładów przyzwoitego wina stołowego dostępnego prawie wszędzie, wliczając w to małe sklepiki. Jeśli uda mu się podkopać tym samym pozycję Carlo Rossi, będę głosił chwałę Misiones de Rengo po wsze czasy :-) Ech, jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale może w końcu doczekamy się przyzwoitych win, za którymi specjalnie nie trzeba będzie się nachodzić...

A jeśli chodzi o samo wino – dominują ciemne owoce przegryzione nieco taninami, może trochę ziemistości, może nieco za surowo. Ale wino w pełni poprawne, dobrze zbudowane, pije się przyjemnie. Ocena – może nieco na wyrost, ale niech tam – 7,5.

Aha – wyjeżdżam na tygodniowe wakacje, więc na blogu może zapaść cisza. Ale jakby co, to wiecie, całkiem spore archiwum już się nazbierało, możecie sobie znaleźć coś do poczytania ;-)

Wasze Zdrowie!

Misiones de Rengo Cabernet Sauvignon\Syrah 2006

17:11, sofanes , Oceny
Link Komentarze (1) »
środa, 18 czerwca 2008

Witajcie! Dzisiaj kontynuacja historii tzw. butelek Jeffersona, czyli prawdopodobnie najsłynniejszego fałszerstwa winiarskiego w historii. Skończyłem poprzednią notkę wymieniając nazwisko niejakiego Billa Kocha, amerykańskiego milionera i kolekcjonera win. On to, skuszony szumem związanym z historyczną kolekcją zdecydował się w 1988 zakupić cztery butelki do swoich zbiorów. Wydał na nie marne pół miliona dolarów, i kolejne setki tysięcy na ich godną ekspozycję i zapewnienie właściwych warunków przechowywania. Suma nie aż taka wielka, zważywszy na wartość całej kolekcji antyków Kocha, wycenianej na setki milionów. Wszystko byłoby pięknie, gdyby któregoś dnia 2005 roku część bogatej kolekcji nie trafiła jako ekspozycja do bostońskiego Museum of Fine Arts.

Przygotowujący (zgodnie z wymogami muzeum) eksponaty na wystawę pracownicy Kocha zorientowali się, że nigdzie nie mogą odnaleźć potwierdzonych informacji dotyczących pochodzenia „butelek Jeffersona”. Wszystko, co posiadali, to ocena autentyczności wykonana przez dom aukcyjny Christie’s dotycząca butelki sprzedanej w 1985 roku.

Nie było to dużo, w związku z czym postanowiono poszukać trochę bardziej intensywnie. Niestety, im bardziej szukano, tym bardziej Prosiaczka tam nie było. Pracujący dla Kocha eksperci zwrócili się między innymi o pomoc w odnalezieniu źródeł potwierdzających autentyczność butelek do Fundacji Thomasa Jeffersona w jego rodzinnym Monticello w Wirginii. Odpowiedź, która przyszła była dla Billa Kocha szokująca – według historiografów Jeffersona butelki te nigdy do niego nie należały.
Co tu dużo pisać, Bill Koch mocno się wkurzył. Na tyle mocno, iż postanowił wydać sporo pieniędzy na to, by rozstrzygnąć, czy butelki rzeczywiście nie są autentyczne, oraz czy on (i wielu innych) w istocie padli ofiarą wyrafinowanego oszustwa.

To głównie pieniądze Kocha sprawiły, że dziś wiadomo dokładnie, iż zakwestionowane butelki „wprowadził do obrotu” Hardy Rodenstock, niemiecki kiper i handlarz drogim winem. Znowu cytując New Yorkera – ich odkrycie uczyniło go prawdziwym celebrytem winiarskiego świata. Potem zaś szczęście niemieckiego kupca nie opuszczało już ani na krok - wciąż natrafiał na skrzynki niezwykle rzadkich win: a to znakomite Bordeaux w Wenezueli, a to cudownie ocalone w Rosji resztki carskiej kolekcji alkoholi. Jednym słowem, Indiana Jones i Lara Croft winiarskiego świata w jednym ;-)

Koch jednak, jak już wspomniałem wyżej, bardzo nie lubił być robiony w konia. Mając głębokie kieszenie i szerokie znajomości, udało mu się stworzyć ekipę śledczą (w jej skład wchodził emerytowany oficer FBI, także detektywi Scotland Yardu, a nawet MI5) której celem było wyjaśnienie wątpliwości narosłych wobec „butelek Jeffersona”. A tych wątpliwości przybywało; okazało się np., że Jefferson w ogóle nie podpisywał się inicjałami „Th.J.”, ale „Th:J”. Dalej, wyszło na jaw, że osoba, która odpowiadała za weryfikację autentyczności butelki w domu aukcyjnym Christie’s kontaktowała się przed aukcją z ekspertami z Monticello, a których negatywna opinia została później zupełnie zignorowana. Smaczku sprawie dodaje fakt, iż ekspert Christie’s był przyjacielem pana Rodenstocka, często uczestniczącym (na koszt właściciela) w degustacjach organizowanych przez tego ostatniego. Kolejną mocną poszlaką świadczącą przeciw autentyczności „butelek Jeffersona” była analiza wygrawerowań – okazało się, że do ich sporządzenia użyto XX-wiecznych narzędzi.

Śledztwo trwało przez lata, a mocnych poszlak świadczących o nieco zbyt dużym szczęściu pana Rodenstocka przybywało. Wielu ocenia, że podczas swojej kariery „odszukiwacz rzadkich win” sprzedał do prywatnych kolekcji setki butelek o – delikatnie mówiąc – nie do końca pewnej tożsamości. Wśród nich np. butelkę typu magnum Petrusa rocznik 1921 (podczas jednej z degustacji urządzanych przed Rodenstocka zachwycał się jej zawartością sam Robert Parker), z którą jest ten problem, że nie ma żadnych źródeł dających podstawy do stwierdzenia, że Petrus rocznik 1921 w ogóle trafił na rynek w takich butelkach (szef piwnic Petrusa np. nigdy o tym nie słyszał).

31 sierpnia 2006 roku, w nowojorskim sądzie został zgłoszony pozew Kocha przeciwko Hardy’emu Rodenstockowi. To był dopiero początek – kolejne sprawy przeciwko importerom i pośrednikom sprzedających wino pochodzące od H. Rodenstocka zgłaszane są cały czas (ostatnio w lutym i marcu tego roku). Przoduje w nich Bill Koch, ale przyłączają się do niego także inni oszukani kolekcjonerzy. I coś Wam powiem –

Wypada wypić Ich Zdrowie!

17:26, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 czerwca 2008

Hmm, co to ja ostatnio pisałem o klimatach nowozelandzkich...Ale skoro wina pochodzące z tamtego rejonu świata oferują w najgorszym przypadku poprawność i przyzwoitość, trudno zwalczyć pokusę sięgania po kolejne...i po kolejne...No dobrze, dzisiaj ocena Vicar’s Choice Pinot Noir 2006. Jak pewnie się domyślacie, w pełni pozytywna.Bardzo ładny bukiet, pełen czerwonych owoców, tymiankowości i jakby świeżych, zielonych ogórków (choć te skąd się wzięły, nie mam pojęcia). Wino o przyjemnej strukturze, miękkie i całkiem długie. Wyraźne także smaki owocowe, ale są one łagodne, pozbawione nadmiernej ekspresji i silnego akcentu australijskiego ;-) Bardzo dobre do kurczaka, sałatki, nawet ryby na słodko. Polecam. Ocena 8.

Vicar’s Choice Pinot Noir, Marlborough, NZ 2006

piątek, 13 czerwca 2008

Witajcie, moi Drodzy!

Dopiero co raczyłem Was mrożącymi krew w żyłach opowieściami o fałszowaniu win, zagrażającymi życiu i zdrowiu winopijców. Ponieważ takie opowieści prezentują się najlepiej podczas zabawiania gości w salonie, gdy kominek huczy, a dobre i niczym nie przyprawiane wino powoli podąża w stronę głowy, nigdy nie ma ich dosyć (opowieści, a nie gości). Pozostanę więc w klimatach winno – przestępczych, ale dziś opiszę historię fałszu znacznie bardziej finezyjnego, niż dolewanie do wina metanolu, glikolu, czy kwasu siarkowego. Jak już z polskiej pensji młodego naukowca dorobię się domu, salonu i kominka, będzie jak znalazł (opowieść, a nie znajomość sposobu na cudowne ulepszanie wina).

Pamiętacie, jak pisałem o najdroższych winach świata ? W ostatnich dziesięcioleciach przybywa milionerów chętnych płacić za butelkę wina tysiące dolarów; są wśród nich zarówno prawdziwi fascynaci, jak i zimno kalkulujący spekulanci. Bez względu jednak na intencje, które nimi kierują, rynek „win kolekcjonerskich” dość konsekwentnie rośnie. To zwabia oczywiście tych, którzy szukają łatwego zysku kosztem naiwnych. Nie mogę sobie odmówić przyjemności zacytowania (za New Yorkerem) Sereny Sutcliffe, szefowej winiarskiego wydziału domu aukcyjnego Sotheby, żartującej, że z okazji pięćdziesięciolecia rocznika Chateau Mouton 1945, w 1995 roku wypito go więcej, niż go w 1945 roku wyprodukowano...

Jednym z najbardziej ciekawych winiarskich oszustw ostatnich lat jest sprawa tzw. butelek Jeffersona. Wszystko zaczęło się w 1985 roku, gdy na grudniowej aukcji największego na świecie domu aukcyjnego Christie's sprzedano butelkę Chateau Lafite, rocznik 1787, za cenę – bagatelka – 156 450 dolarów amerykańskich. Był to do dziś nie pobity cenowy rekord aukcyjny za pojedynczą butelkę wina. Astronomiczną sumę uzasadniać miało nie tylko to, że było to wino z jednej z najsłynniejszych bordoskich winnic, ale przede wszystkim jego późniejsze losy - butelka miała należeć do kolekcji samego Thomasa Jeffersona. Część zawartości piwniczki słynnego amerykańskiego admiratora win miała odnaleźć się „przypadkowo” w jednej ze starych paryskich piwnic (Jefferson w okresie 1789-1793 pełnił funkcję ambasadora we Francji). Oprócz „rekordowej” butelki „odnaleziono” także pokaźną ilość równie słynnych win, m. in. Château d'Yquem, Château Margaux, czy Château  Branne-Mouton (dzisiaj Mouton-Rothschild).

Wszystkie one trafiły (w do dziś nie do końca wyjaśniony sposób) w ręce niejakiego Hardy’ego Rodenstocka, niemieckiego kolekcjonera i dealera drogich win. Ten postanowił upłynnić ją sukcesywnie, sprzedając butelki różnymi kanałami, w tym wykorzystując wspomniany wyżej dom aukcyjny Christie’s. Eksperci domu niezbyt się popisali, poprzestając na sprawdzeniu, iż ręcznie wydmuchiwana butelka rzeczywiście pochodzi z XVIII wieku, podobnie jak styl wygrawerowanych na nich liter. Po rekordowej aukcji, wygranej przez Christophera Forbesa (z „tych” Forbesów) kolekcja zyskała na popularności i kolejni milionerzy postanowili spróbować szlachetnego wina z równie, jak mniemali, szlachetnym rodowodem. Wśród nich byli zarówno anonimowi milionerzy z Bliskiego Wschodu, jak i sam wydawca Wine Spectator. Sprzedaż „kolekcji” przyniosła panu Hardy’emu fortunę, wkrótce jednak okazało się, że sporą jej część będzie musiał wydać na prawników. A wszystko to przez dociekliwość pewnego (a jakże) jankesa, nazwiskiem Bill Koch.

Ale o tym, co działo się później, już wkrótce.
Wasze Zdrowie!

16:55, sofanes
Link Komentarze (2) »
wtorek, 10 czerwca 2008

Czyżby zaskoczył Was tytuł dzisiejszej notki? Wyjątkowo opisowy, jak na ten blog, ale nie wpadłem na żaden lepszy pomysł ;-)

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że rocznik 2008 będzie dobrze zapamiętany jako ten, w którym afer z winem w tle zdarzyło się więcej od średniej. O aktualnych gradobiciach w winiarskim światku pisałem niedawno poniżej (w tej notce), a dziś skoncentruję się na spojrzeniu w nieco bardziej odległe i mroczniejsze karty nielicznych (nie zapominajmy o tym) nieuczciwych producentów wina.

Wino fałszowane było od niepamiętnych czasów, najczęściej po prostu przez rozcieńczanie go wodą (słyszałem tylko o jednym przypadku, gdy zdarzyło się na odwrót ;-)

Z czasem, gdy w świecie wina zaczęły liczyć się konkretne marki i określeni producenci, fałszerstwa zaczęły być bardziej wysublimowane. Pół biedy, jeśli byle jakie wino sprzedaje się jako produkt najwyższej klasy; gorzej, gdy do „ulepszania” sfermentowanego soku z winogron zaczyna używać się związków chemicznych mających bardzo niewiele wspólnego z winem i winiarstwem.

Najtragiczniejsza w skutkach afera, na skutek której zmarły 23 osoby, wydarzyła się we Włoszech w 1986 roku. Jeden z nieuczciwych producentów, pragnąc zwiększyć zawartość alkoholu w produkowanym przez siebie winie dolał do niego...metanolu. Sprawa kosztowała życie kilkunastu osób, a także (co może mniej istotne) przyniosła duże straty włoskim eksporterom wina; do zlewu trafiły miliony litrów wina. Już wtedy zarzekano się, że nowe regulacje pozwolą uniknąć podobnych wydarzeń w przyszłości – jak widać jednak po wydarzeniach z ostatnich miesięcy, nie do końca się to udało (choć nikt, o ile wiem, tym razem nie zginął).

Jest rzeczą doprawdy ciekawą, że wizerunek włoskich win ucierpiał na skutek opisanych wydarzeń...wcale nie tak bardzo. Z niejasnych przyczyn, powiedzmy jasno, gdyż wszystko mogło potoczyć się w końcu zupełnie inaczej. Najczęściej przytaczanym i przy tym najlepiej chyba zapamiętanym w mediach winiarskim skandalem jest bowiem „ulepszanie” win austriackich (afera wydarzyła się rok wcześniej niż opisywane powyżej tragiczne wydarzenia we Włoszech). Być może Austriacy w publicznej europejskiej percepcji mniej się kojarzą z bałaganiarstwem, niż Włosi, i przez to przekręt wydaje się bardziej szokujący? A w końcu nie zdarzyło się tam nic naprawdę tragicznego (choć oczywiście mogło się zdarzyć).

Jak wiadomo, najważniejszą troską winiarzy w tej części Europy jest dojrzałość gron (nawet system klasyfikacyjny opiera się o to zagadnienie). Dosładzanie wina (nie mylić z szaptalizacją) to jednak praktyka zakazana w przypadku wina jakościowych, a do tego łatwa do wykrycia. Pewna grupa „racjonalizatorów” wpadła na genialny w swojej prostocie pomysł – do wina kiepskiej jakości postanowiono dodać glikolu polietylenowego, substancji częściej używanej w recepturach zimowych płynów do spryskiwaczy...

Jak zapewne wielu naszych rodzimych smakoszy mogłoby potwierdzić, glikol w napoju dodaje przyjemnego, słodkawego posmaku. Niestety, w wyższych stężeniach uszkadza nerki i komórki nerwowe. Na szczęście w winach stwierdzono stężenia niezagrażające życiu spożywających, co dla tych ostatnich było pewnie jakąś pociechą (niewdzięcznicy jednak narobili rabanu, że hej). Opisywana afera wstrząsnęła wizerunkiem austriackiego winiarstwa, które właściwie dopiero od paru lat odzyskuje dawną świetność.

No ale ja tu straszę, straszę, a notka się rozrosła...niniejszym więc straszenie kończę, i wznoszę tradycyjny toast:

Wasze Zdrowie!

18:34, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 czerwca 2008

No i jakoś tak się stało, że w ostatnich dniach i tygodniach pozostaję w klimatach Sauvignon Blanc i Pinot Noir. Na razie jeszcze ich nie opuszczam ;-) 

Dzisiaj wino w sam raz na cieplejsze dni, o dużej uniwersalności i w miarę przyzwoitej cenie. Montes, chilijski producent win znanych i lubianych, na polskim rynku depczący po piętach Muszli i Bykowi, nie wypuszcza na rynek win złych, czego potwierdzeniem jest właśnie opisywane dzisiaj Montes Sauvignon Blanc 2007. Wino o przyjemnym, lekko owocowym bukiecie z niewielką tylko domieszką akcentów „trawiastych”. W ustach porządna struktura, dość silna (chociaż jak na Sauvignon Blanc właściwie przeciętna) kwasowość, solidność pod każdym względem. Jeśli chodzi o to, co nie do końca mi się spodobało, to pewna surowość tego wina, powiedzmy – jednowymiarowość. Trudno jednak robić z tego zarzut, w końcu nie jest to wino do wystawiania na konkursach, czy utykania w kącie piwnicy. Lepiej sprawdzi się  w roli akompaniamentu do sałatki w leniwe niedzielne popołudnie. Ocena: 7,5.

Montes Sauvignon Blanc 2007