Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
czwartek, 22 stycznia 2009

Witajcie! Jak doskonale wiecie, obiecanki cacanki, i tak dalej. Przyrzekłem dość dawno temu, iż od czasu do czasu powracać będę do tematu win wzmacnianych. Wspominałem już co prawda, że moje osobiste doświadczenia w ich degustacji są raczej szczątkowe, opierając się jednak na licznych i wiarygodnych źródłach, postanowiłem cykl notek o tych specyficznych winach kontynuować. Stanowią one bowiem zbyt ciekawą kategorię wśród wszystkich winnych trunków w ogólności, by konsekwentnie je na niniejszym blogu ignorować. Nie mówiąc już o mnogości faktów i pojęć, które z świata win wzmacnianych się wywodząc, do ogólnego słownika winopijców trafiły. Pisałem już troszkę o porto, dzisiaj zaś czas na trunek - jak się wydaje – jeszcze mniej w Polsce znany i popularny, czyli sherry. Mam przemożne wrażenie (hmm, właściwie doświadczenie), że większości rodaków „sherry” kojarzy się częściej ze słodkim likierem wiśniowym, niż z winem. Spuśćmy zasłonę milczenia na prawdopodobne przyczyny tej obserwacji. Inna sprawa, że sherry nie zasiedla też półek naszych sklepów winiarskich w nadzwyczajnej mnogości stylów i rodzajów.

Tych ostatnich zaś jest tyle, że nie będzie nadmierną przesadą stwierdzenie, iż klasyfikacja sherry to najbardziej pokomplikowana kategoryzacja w świecie win popularnych. W sieci – także polskojęzycznej – jest sporo opracowań dotyczących sherry, wydaje mi się jednak, że nie wyczerpują one tematu w stu procentach. Postaram się więc opis z jednej strony uprościć, z drugiej zaś wspomnieć o co ciekawszych detalach. Zacząć wypada może od wymienienia najważniejszych rodzajów sherry, a żeby za bardzo się nie pogubić, najlepiej chyba zrobić to z krótkim komentarzem tyczącym się różnic w ich sposobie produkcji. Podstawową odmianą winogron na sherry jest Palomino; do wytwarzania sherry słodkiej stosuje się jeszcze Pedro Ximenez (czytaj „himenez”, często określany skrótem PX) oraz Muscat of Alexandria (nazwa występuje pod kilkoma synonimami, np. Moscatel Romano).

Młode, świeżo otrzymane wino poddawane jest ocenie, na podstawie której zostaje następnie przeznaczone na sherry Fino, bądź też Oloroso. Sherry typu fino uznawane jest często za „lepszy” jej rodzaj, choć wcale nie jest oczywistym, czy zawsze i w każdym przypadku słusznie (ale to już zupełnie inna historia). W zależności od wyniku oceny, sherry przeznaczona na fino wzmacniana jest alkoholem winnym do 15-15.5% alkoholu, zaś ta na typ oloroso nawet do około 17-22%. Wbrew pozorom, ta różnica jest kluczowa dla dalszych losów wina. Hiszpańscy winiarze z rejonu miasta Jerez rozwinęli bowiem ciekawą technikę – beczki, w których trunek ma spokojnie leżakować, nie są dopełniane do końca, co dla „normalnych” winiarzy z reszty świata brzmi jak świetna recepta na szybkie i skuteczne zepsucie wina, lub wręcz otrzymanie octu winnego.

To niedopełnianie beczek w przypadku sherry powoduje jednak zupełnie inne konsekwencje: na powierzchni wina typu fino zaczyna bowiem rozwijać się warstewka specyficznych drożdży, tworzących pływający kożuch (biofilm), o pięknej nazwie flor (kwiat). Warstewka ta izoluje fino od tlenu, jednocześnie wprowadzając do wina ciekawe nuty smakowe. Ze względu na wyższy poziom alkoholu flor nie powstaje w przypadku sherry oloroso, tym samym znacznie szybciej rozwijającej charakterystyczne posmaki utlenienia.

Żeby nie było tak prosto, trzeba jeszcze wspomnieć o tzw. systemie solera, czyli przyczynie, dla której na butelce sherry nie znajdziemy rocznika ;-)
System solera przedstawić najłatwiej jako system beczek, pomiędzy którymi transferuje się wino według prostej zasady – z beczki ostatniej spuszczana i butelkowana jest część zawartości (nie więcej jednak niż jedna trzecia), uzupełniana następnie z beczki młodszej w kolejności; i tak dalej, aż do beczki najmłodszej, którą dopełnia się świeżym winem. Dzięki temu warstwa flor w beczkach jest w stanie egzystować nawet przez kilka lat, smak wina w obrębie systemu solera ulega unifikacji, zaś wiek wina uśrednieniu. Dla szczególnie „starych średnich” wprowadzono nawet specjalne oznaczenia, VOS (Very Old Sherry) dla win o średnim wieku wyższym niż 20 lat i VORS (Very Old Rare Sherry), dla win starszych niż 30 lat).

No tak – powiecie – wszystko świetnie, ale rozwodziłem się o niezwykle wielu rodzajach sherry, a wspomniałem jak dotąd raptem o dwóch. No dobrze, już kontynuuję. Jedną z odmian fino, przez wielu traktowanych jako osobna i najszlachetniejsza klasa, jest Manzanilla, powstająca w miasteczku Sanlúcar de Barrameda. Dłużej starzoną manzanillą jest Manzanilla Pasada; której mniej-więcej odpowiednikiem jest Fino-Amontillado. Ta ostatnia to sherry, w której właśnie zanikła warstwa flor, i zdecydowano, by w tym właśnie momencie wino trafiło do butelek. Gdyby starzono je jednak dalej, mielibyśmy szansę spróbować prawdziwego Amontillado. Specyficzną odmianą sherry jest Palo Cortado (początkowo rozwija się jak Fino, jeśli wykazuje jednak pewne specyficzne cechy, potem jest jeszcze raz wzmacniane i dojrzewa już bez flor). Wszystkie wyżej wymienione rodzaje sherry w swych klasycznych i szlachetnych odmianach są najczęściej wytrawne.

Istnieje jednak cały szereg sherry słodszych, niektórych wręcz super-słodkich, powstających dzięki uzupełnianiu „klasycznej” odmiany sherry zagęszczonym, słodkim moszczem (rzadziej słodkim winem, co zwykle oznacza wyższą jakość końcowego produktu). I tak tzw. Pale Cream sherry powstaje na bazie Fino lub Manzanilla (tych mniej udanych ;-), zaś kolorek (brak koloru...) często uzyskuje się stosując filtrowanie na węglu aktywnym. Sherry Medium polega na Amontillado; Cream -  na Oloroso. Są jeszcze Pedro Ximenez i Moscatel, powstajęce z super-słodkiego moszczu, częściowo fermentowanego i wzmacnianego alkoholem winnym. No i to wcale nie są jeszcze wszystkie rodzaje, ale spamiętanie choćby tych nie jest łatwe. Poza tym notka strasznie już długa i nudna się zrobiła, więc niniejszym na tym zakończę, gdyż niniejszym jakbym jakieś pragnienie zaczął odczuwać...

Wasze Zdrowie!

13:06, sofanes
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 stycznia 2009

Witajcie! Wiem, wiem, niska jest ostatnio moja aktywność sieciowa; ma to bezpośredni związek z aktywnościami realizowanymi na innych polach, w których uczestniczę, a które niewiele z winem mają wspólnego. Tu dodam „niestety”, gdyż w istocie idealnie by było połączyć aktywności winopijskie z tymi zapewniającymi byt; do dnia dzisiejszego jednak nie wpadłem jeszcze, jak to zrobić. Jak tylko wpadnę, nowe notki, dłuższe, ciekawsze i pełne spokoju ducha będą ukazywać się nawet codziennie ;-)

Nie o tym jednak właściwie chciałem pisać; tematem przewodnim dzisiejszej notki jest bowiem wino w sieci, lub inaczej rzecz ujmując - tzw. zasoby internetowe dotyczące wina. Uszczegółowiając, polskie zasoby internetowe dotyczące wina. Uszczegółowiając do granic tortury palców po raz kolejny raz próbujących wystukać na klawiaturze szybko i bez literówki słowo „uszczegółowiając” – zasobów nie zajmujących się handlem czy reklamą wina, a raczej dostarczających wszelkich informacji o tym wspaniałym trunku, kulturze jego wytwarzania i spożycia, itp. Blisko dwa lata istnienia tego blogu skłoniło mnie do refleksji nad tym, jak przez ten czas zmieniła się winiarska rzeczywistość sieciowa. 2 lata może wydawać się stosunkowo krótkim okresem; w Internecie to jednak niemal epoka.

Kiedy przygotowywałem pierwszą notkę na tym blogu, w polskim Internecie od pewnego czasu istniały właściwie tylko dwa blogi winiarskie: Winobranie i Wine Notes. Oba istnieją do dziś i oba oczywiście możecie znaleźć w zakładkach. Jakiś czas potem wystartował Tebe gada o winie - autor jednak o winie pisuje z rzadka i zdarzają mu się dosyć długie przestoje (nawet dłuższe niż moje). Autorzy wszystkich wyżej wymienionych blogów zdecydowali się na swego rodzaju specjalizację – pisują najczęściej (zresztą znakomicie) o konkretnych winach, rzadko, niestety, poruszając bardziej ogólne „winiarskie” tematy. To „niestety” jest lekko prowokacyjne, dobrze wiem, że ich autorzy, podobnie jak ja, nie zajmują się winem zawodowo i prawdopodobnie z zamierzenia nie wchodzą na teren zarezerwowany dla profesjonalistów. Nieuzasadnionej niczym bezczelności starcza tylko mnie.

Oprócz wymienionych wyżej, w momencie startu niniejszego blogu istniały jeszcze portal Winomania oraz Kurdesz, prowadzone przez „zawodowców” (cudzysłów odnosi się do związków zawodowych, nie żadnych przekąsów). Wspomnę chyba jeszcze o Collegium Vini, instytucji istniejącej oprócz Internetu jak najbardziej realnie, prowadzącej szkolenia, degustacje, wyjazdy itp., próbującej generalnie odgrywać rolę – zachowując proporcje – podobną do tej, jaką odgrywał  sklep Stevena Spurriera w Paryżu jakieś 30 lat temu.

Przyznacie, że jeśli chodzi o wzmiankowane „zasoby” nie było to dużo, jak na około 35 milionowy kraj i wielkość sieciowego Wszechświata. W tym krajobrazie nieco gwałtowniejsze zmiany zaczęły zachodzić jakoś tak rok temu – pojawiły się nowe portale, jak Vinisfera; nowe blogi (jak Winogranie, Białe nad Czerwonym, itp.), nowe zasoby służące gromadzeniu opinii o winach (Sstar wines i Moje Wino), wreszcie pierwszy współtworzony przez kilka osób portal „zawodowy”, czyli serwis Magazynu Wino.

Mam tylko nadzieję, że po czasach zdobywania Dzikiego Zachodu nadejdą wreszcie czasy małej stabilizacji i wprowadzania kolejnych zdobyczy cywilizacji. Jeśli bowiem (znowu bezczelnie) pozwolę sobie usprawiedliwić siebie i amatorskich kolegów za ograniczenia, jakim podlegamy w prowadzeniu swoich blogów czy serwisów niejako „naturą rzeczy”, tak w wielu przypadkach „zawodowych” portali pewne rzeczy trudno mi zrozumieć. O ile bowiem „content” tworzony przez „zawodowców” jest zwykle najwyższej próby, o tyle np. rozwiązania techniczne, czy ogólny koncept funkcjonowania niektórych serwisów zupełnie do mnie nie trafia. O fatalnych, jaskiniowo wręcz skonstruowanych miejscach,  jak np.  strony Collegium Vini (gdzie, do diabła,  nawet kropki powinny kojarzyć się z profesjonalizmem!)  nie chce mi się nawet mówić, tam do poprawy powinno iść właściwie wszystko. Dlaczego jednak np. od długich miesięcy przygotowywany portal Magazynu Wino (MW) wygląda tak, jak wygląda, tzn. moim skromnym zdaniem – poprawnie, ale przeciętnie? Hmm, powiem tak pomimo tego, iż mam wrażenie, że mój głos brzmi w zdecydowanej opozycji do większości znajomych tworzących już pewną dość dobrze znającą się społeczność sieciową, generalnie wychwalającą portal MW pod niebiosa.

Przyznam szczerze, że mnie np. bardziej podoba się Vinisfera (tworzona zresztą przez jednego z autorów MW) i nie pojmuję, czemu np. najwyraźniej nikt nie zamierzał oprzeć się na doświadczeniach jej autora? Jeśli chodzi o układ treści, ich ekspozycję, czytelność prezentowanych tekstów – Vinisfera przewyższa aktualny portal MW, i tyle. Oczywiście, portal pana M.K. też ma swoje wady (ogólnie ująłbym je tak – jest zbyt spersonalizowany, jak na portal zwracający się do bardzo szerokiego audytorium). Ech, jakby tak przyszedł inwestor z milionem, zmusił do połączenia Winomanię, Vinisferę i Magazyn Wino, byłoby pewnie idealnie. Tak się pewnie nie stanie (za dużo wodzów, za mało Indian), zasobów sieciowych będzie pewnie przybywało, przybywało, aż w końcu zostaną najlepsi, i to też jest dobre. Ciekawe jednak, jak długo jeszcze będziemy czekać na portal w rodzaju Decantera, Appelation America, czy działu Dining&Wine NYT...
Że co? Czy ja mam świadomość różnicy w wielkości rynku..? Mam, ale co, pomarzyć nie można..?

Wierzę, że masę krytyczną uda się osiągnąć może już w ciągu kilku następnych lat. Ostatnio nowy serwis pojawia się średnio raz na kilka miesięcy (staram się dodawać linki na bieżąco), i wiele wskazuje, że tempo to będzie rosło. Może w końcu ten milion ktoś wyłoży ;-)

Że co, że jestem hipokrytą, bo sam bym się chętnie za ten milion sprzedał..? Pewnie, że bym się sprzedał! Kto z winopijców nie chciałby, żeby jakaś szacowna Instytucja płaciła za wypijane przez nas wino; za podróże do winnic na końcu świata i pstrykanie tam zdjęć czy spisywania pół-trzeźwych wrażeń! Niech pierwszy rzuci butelką, kto bez takich rozmarzeń! No ale żarty na bok. Najfajniejsze w spisywaniu wrażeń z odległych winnic jest to, że można to robić i bez tego miliona. No, ale to już temat na całkiem inną notkę i na całkiem inne refleksje...


Wasze Zdrowie!

15:42, sofanes
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 stycznia 2009

Dzisiaj o miłym zaskoczeniu z przedziału win niedrogich. Miłym, gdyż ostatnio w przedziale cenowym 20-40 zł z nużącą powtarzalnością udawało mi się trafiać na wina mało charakterystyczne, bez szczególnego wyrazu i oryginalności. Dopiero co pisałem co prawda, że nic w tym złego; i z tym zgoda, zawsze jednak fajniej, gdy wino nie podejrzewane o zbyt wiele zaskakuje pozytywnie. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że taka sytuacja może dostarczyć większej przyjemności, niż proste stwierdzenie, iż wino drogie jest swojej ceny warte.

Dość jednak rozważań ogólnych, czas przejść do samego wina.  Opisywany dzis CS nie jest typowy – nie jest zbyt ciężki i potężny, co wśród chilijskich Cabów w tym przedziale cenowym jest częste; nie jest zbyt agresywny, nie jest zbyt dżemowy, nie jest wreszcie zbyt taniczny. Tu już ciekawa charakterystyka, a dodam, iż średni ciężar jest dobrze wyważony, wino jest naprawdę poukładane. W ustach może nieco zbyt wysoka kwasowość, ale i tak niższa, niż można się spodziewać. W smaku długie, z delikatnymi posmakami ciemnych owoców, śliwek, czarnych porzeczek. Do tego wszystkiego bardzo ładny bukiet, z dominującymi nutami suszonych śliwek i czarnych jagód. W tle może także nuta aromatycznego kakao. Jak mawiają anglosasi, dwa kciuki w górę. Ocena: 8.

Tierra del Fuego, Cabernet Sauvignon 2007

czwartek, 08 stycznia 2009

Witajcie!
Przeczytałem przedwczoraj artykuł opowiadający o tym, jak z pewnej biblioteki urzędniczą decyzją wyrzucono zadomowionego w niej kota. Ech, nie jest w pełni cywilizowanym kraj, w którym robi się takie rzeczy. Inna sprawa, że autor tekstu nie popisał się zupełnie, kiedy zdecydował się przytoczyć powody, dla których kot upodobał sobie szczególnie (zanim jeszcze nastąpiła eksmisja) dział z książkami o filozofii. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie stało się tak, gdyż „zwykle panuje tam mały ruch”. Kotami powodują zdecydowanie wyższe motywacje, co jest oczywiste dla każdego, kto kota posiadał. Nie można lekkim piórem formułować tez tak jawnie koty obrażających. Jeśli kogoś dziwi, że dziś na blogu tyle o kotach, to przypomnę, że jasnym jest, że koty to wino, zaś psy to piwo i wódka. I tak, jak nie należy pisać pewnych rzeczy o kotach, tak też nie wypada mówić pewnych rzeczy o winie. Dzisiaj małe subiektywne zestawionko towarzyskich wypowiedzi z winem w tle, których warto się wystrzegać ;-)

1. „Ja to, proszę pana, pijam tylko wina z Chile” (albo Europy, Francji, Mołdawii, etc.). Przypisanie danemu krajowi, a często i regionowi nadzwyczajnego znaczenia dla jakości wina jest mało racjonalne. W najsłynniejszym regionie można znaleźć strasznego sikacza, w mało znanym – znakomite wino. Nie należy przesadnie generalizować; utrwalanie stereotypów nie leży w długofalowym interesie winopijców.

2. Dobre wino to, dobre wino tamto. O sformułowaniu „dobre wino” napisałem niedawno notkę, więc już dalej tematu nie drążę...

3. „Oj, ja to nie lubię win wytrawnych. Najlepsze są półsłodkie”. Oczywiście, rzecz gustu. Jeśli jednak w towarzystwie troszeczkę bardziej doświadczonych winopijców rzucimy takie hasło, towarzystwo może zacząć traktować nas z lekkim, skrzętnie ukrywanym, acz możliwym do wyczucia współczuciem i pobłażliwością. Świat win opiera się bowiem na winach wytrawnych, w których można znaleźć całą gamę intensywności, owocowości, wrażenia słodkości, etc. Oczywiście istnieje też pokaźna grupa wspaniałych win o wyższych zawartościach cukru, jednak przy dosłownym użyciu sformułowania przytoczonego w nagłówku przeciętny winopijca uzna wypowiadającego za barbarzyńcę lubującym się w słodkich, winopodobnych koszmarkach dosładzanych białym cukrem z chochelki ;-)

4. „Wina starzone w beczkach są lepsze niż inne”. Znowu nadmierna, zdecydowanie nadmierna generalizacja. Wiele wspaniałych win nigdy nie ogląda beczki, wiele jest zmarnowanych poprzez zbyt długie trzymanie w beczce, itp. itd.

5. „O, to już wspaniałe wino, trzymam je tutaj (za piecem) już X lat”. Jeden z najbardziej szkodliwych i rozpowszechnionych mitów o tym, że wino „im starsze, tym lepsze”. Dotyczy to (i to z kilkoma zastrzeżeniami) bardzo małego procenciku wszystkich, zwykle drogich i bardzo drogich win (choć cena nie jest dobrą wskazówką). Zdecydowanie bliższe (choć wciąż dosyć odległe...) prawdy jest stwierdzenie „wino im młodsze, tym lepsze”. Warto pamiętać, że zdecydowana większość win kupowanych w sklepach jest w optymalnym momencie do spożycia, niewielka część może być bez straty (rzadziej z zyskiem) potrzymana 2-5 lat we właściwych warunkach, zaś bardzo nieliczne ‘rodzynki” mogą przetrwać więcej niż 15-20 lat. BARDZO NIELICZNE.


6. „Po winie to boli mnie głowa, a po wódce nie”. No to pij wódkę, człowieku...

7. „Nie pijam wina, do którego dodaje się siarki i\albo tych okropnych siarczynów”. Cóż, raczej dziwna ekstrawagancja. Siarczyny były, są i będą w winie, bo są właściwie niezbędne przy jego produkcji. Ważniejsze jest jednak to, że nie mają one żadnego szkodliwego dla ludzi działania, a całe gadanie o alergiach, zapachach, bólach głowy to bicie piany. Pisałem już kiedyś o tym tutaj.

8. „Wina węgierskie, gruzińskie, i takie są lepsze niż amerykańskie, siakie i owakie”. Stwierdzenie często występujące z tym opisanym w punkcie 1, nie mające żadnych logicznych ani sensownych podstaw.

9. „Wino zakręcane, kapslowane, z kartonu, z sztucznym korkiem, to z definicji wino gorsze niż to zatykane korkiem naturalnym”. Kolejny mit właściwie bez żadnego uzasadnienia. Już w tej chwili większość win z antypodów zatykana jest przy użyciu tzw. zamknięć alternatywnych. Wojna naturalistów i ekologów (tym razem sztuczne zamknięcia grożą środowisku)  to jedno, i nie należy wiązać rodzaju zamknięcia butelki z jakością jej zawartości.

10. „Mam tu świetnego szampana. Z Rosji”. Przyzwyczajenie naszą drugą naturą, ale wypada jednak szampanem nazywać szampana, zaś resztę określać mianem „win musujących”. Albo przynajmniej się starać...

Wasze Zdrowie!

14:02, sofanes
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 stycznia 2009

Przyznam się szczerze, że wina od Torresa budzą we mnie mieszane uczucia. Wiem też, że nie tylko we mnie – słyszałem, że także wśród rodowitych mieszkańców i winopijców półwyspu iberyjskiego i terytoriów zależnych znaleźć można tych, którzy wina sygnowane przez rodzinę Torres cenią i chwalą, i tych, którzy uważają je za fatalny przykład unifikacji smaków i typów wina, wręcz zwrot w stronę ufabrycznienia jego produkcji. Prawda, jak to z nią często bywa, leży pewnie gdzieś po środku. Zgadzam się, że niektóre wina Torresa z Hiszpanii mogłyby pewnie pochodzić z Kalifornii, Australii albo Chile, ale czy zawsze i nieodwołalnie należy czynić z tego zarzut? Skoro sięgamy na półkę z winami średniej klasy, o przyzwoitym stosunku ceny do jakości, czy naprawdę za wszelką ceną musimy szukać w każdej butelce specyficznej nuty terroir? Piłem już np. kilka przeciętnych win z regionu Rioja, o niewątpliwie charakterystycznym stylu, przywodzącym na myśl  tzw. kompot z desek. Na tym poziomie cenowym wolę więc już wina „zunifikowane”. Przyznam się szczerze, że nie było mi dane jeszcze degustować produkcji z zamorskich Torresowych przedsięwzięć – a w końcu słynne dzięki Burgundii Pinot Noir, robione przez Hiszpana w Russian River Valley w Kalifornii to coś, co bardzo chciałbym mieć dane spróbować... 

Ale dość o tym, czas przecież napisać coś o butelce wzmiankowanej w tytule. Przyznam się, że nie jest to wino, które wywołało we mnie dreszcze. Było poprawne. Nie, wróć. Było na pewno lepsze, niż poprawne, ale sprawiające wrażenie nieco pozbawionego duszy. Dziwne, bo etykieta sugerowała uduchowienie i wzniosłości ;-)Wino jednak porządne, poukładane i zrównoważone, ze stonowanymi owocami lasu, leciutkimi ziemnymi akcentami i chyba nieco za wysoką kwasowością. Bukiet mało wyrazisty, przebijają się jedynie ciemne jagody. Najfajniejsze były idealnie wręcz wkomponowane w strukturę wina nuty waniliowo-skórzane, co zwykle jest trudne do osiągnięcia w winach o przeciętnym, a nie super-silnym owocu. Czy jednak warte swojej ceny? Warte, ale skrzynki bym chyba nie kupił. Ocena: 8.   

Atrium Merlot 2006, Torres, Penedes

środa, 31 grudnia 2008

Witajcie!

Rok się kończy, czas pożegnać go odpowiednią notką. Jasnym jest, że na blogu o winach 31 grudnia podjąć można tylko jeden temat. No tak, co jednak zrobić, gdy już rok temu napisało się o szampanie całkiem sporo, a powtarzać się nie wypada? Przyznam się, że pytanie to dręczyło mnie chwilę, wreszcie jednak rozwiązanie przyszło same – napiszę dziś o kilku ciekawostkach z szampanem związanych. Idę o zakład, że nie wszystkie znacie. Jeśli zaś chcecie poczytać jeszcze więcej, zapraszam do notek z poprzedniego roku – pierwszej i drugiej.

No dobrze, czas  przejść do rzeczy. Pytanie pierwsze – czy wiecie, jaka jest idealna temperatura podawania szampana? No dobra, to było pytanie podchwytliwe; zdania są podzielone, ale najczęściej przyjmuje się, że jest to 7 stopni (plus\minus jeden stopień) Celsjusza. Żeby tak każde wino miało tak dokładnie określoną temperaturę serwowania, świat byłby pewnie dyktaturą.

Szampana nie powinno się w żadnym wypadku zbyt długo napowietrzać – prawda to, czy nie? Nieprawda! Szampan to białe wino, w dodatku bogate i złożone. Pite natychmiast po otwarciu rzadko ma okazję w pełni się rozwinąć.  Napowietrzenie szampana nie jest jednak łatwe – ani nie przelejemy go do karafki (chociaż, właściwie, czemu nie? Jakby ją wcześniej schłodzić?), w kieliszku zaś szybko się ogrzeje. Można więc zastosować kompromis – po nalaniu symbolicznych lampek resztę potrzymać dłużej na lodzie, pozostała w butelce część powinna dość szybko porządnie „odetchnąć”.  Warto pamiętać, że otwarcie butelki bez rozlania do lampek części jej zawartości nie pozwoli na aerację (zbyt ograniczony kontakt zawartości z powietrzem).

Szampan to wino wyjątkowo długowieczne. Nieprawda. Raczej średniodystansowe, najlepiej nie trzymać go dłużej niż kilka lat od wypuszczenia na rynek. Szanse na to, że znacząco zyska w tym czasie są i tak raczej niewielkie.

A jeśli chodzi o bąbelki, to ile ich jest w pojedynczej butelce, i czy to prawda, że im są one drobniejsze, tym szampan szlachetniejszy?  Jeśli chodzi o wielkość, to w tym wypadku ma ona znaczenie, i mówiąc krótko – to prawda; im bąbelki drobniejsze, tym szampan lepszy. Inna sprawa, kto ma tak wyćwiczone oko, by wyciągać dalej idące wnioski...

Co zaś się tyczy ilości bąbelków w butelce szampana, próbowano to wyliczyć. Niestety, wszystko zależy od wstępnych założeń liczących. Nie wnikając w szczegóły, jest pewna szansa, że jest to liczba pomiędzy 49 a 250 milionami.

Czy otwartego szampana można zakorkować  i przechowywać jeszcze dzień-dwa? Wbrew popularnej opinii, można jak najbardziej. Ponieważ ma szansę jeszcze dobrze się napowietrzyć, na drugi dzień może wręcz lepiej smakować.

No i na koniec – jak najszybciej schłodzić szampana, w wiaderku z lodem? Ano, właśnie, że nie. Najszybciej schłodzi się go w wiaderku z wodą i częściowo rozpuszczonym lodem (ważne, by w naczyniu pozostawało chociaż kilka wciąż nie do końca rozpuszczonych kostek). Dlaczego? Po kursie fizyki z szkoły średniej każdy powinien wiedzieć  ;-)

 

Wasze Zdrowie!

15:15, sofanes
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45