Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
wtorek, 09 grudnia 2008

Ponuro za oknem, że szkoda gadać. Internet człowiekowi odłączają bez uprzedzenia, pociągi blokują na torach związkowcy...ech. Postanowiłem się nieco pocieszyć i sięgnąłem do szafki po jedną już z ostatnich butelek przywiezionych latem. Tym razem była to butelka zupełnie przypadkowa, zdjęta z półki w sklepie bez większej refleksji, za to z nadzieją, iż pojawi się takowa już po spożyciu zawartości. Cóż, butelka otwarta, kobyłka u płota, czas napisać coś więcej o doświadczeniach. Zabrzmiało to mało entuzjastycznie? Ano właśnie, bo taka też była zawartość butelki. Nijaka. Niby zbudowana, niby z dość wyraźnymi taninami, niby słodkawe nuty papierówek, niby dojrzały melon. Ale wszystko to jakieś stłumione, tak jak tylko niby-prawdziwe jest odbicie w lustrze. O rany, jakaś poezja tu się wkrada...ech, dość tych arii, dość tych liryk, ćwir-świr-czyrik... 

Dobrze, podsumowując – kolejne niezłe wino stołowe na co dzień. Dla mnie chyba nieco zbyt surowe, zbyt kanciaste, przypominające tańsze Pinot Grigio z Kalifornii albo Chile. Za mało zdecydowania i charakteru, ale wad wielkich też nie ma. Ocena: 7.

piątek, 05 grudnia 2008

Witajcie!
W Poznaniu konferencja ONZ, za oknem brak śniegu, działacze Greenpeace wspinają się na kominy - ekologiczno-zielonych niusów ostatnio dostatek. Osobiście mam mieszane uczucia: ochrona przyrody oczywiście tak, mądrzenia się niedokształconych (bądź gorzej: cynicznych) radykałów z organizacji Greenpeace i podobnych oczywiście nie. W mediach królują głównie ci ostatni, a „dialog” oraz „wymianę myśli” organizowane przez dziennikarzy świetnie podsumowała ostatnio prof. Magdalena Fikus. No dobrze, zaczyna to brzmieć off-topikowo, ale dzisiejsza notka poświęcona ma być „zieloności” w podejściu do wina. Zajmowałem się kiedyś tym tematem już tutaj, ale myślę, że warto do niego wrócić.

Pojawiło się ostatnio bowiem sporo wiadomości na różne sposoby łączących zagadnienia ekologii i wina. Dla przykładu: winiarze z Bordeaux zobowiązali się ograniczyć emisję dwutlenku węgla o 75% do 2050 roku. Jak im się to uda, to już inna historia, gdyż jak głosi cytowany przez Decantera raport najważniejszą częścią emisji jest...produkcja butelek. Podobno winiarze wymuszą na hutach szkła produkcję butelek z cieńszego szkła. No cóż, może moja świadomość ekologiczna jest dopiero w powijakach, ale jakoś mnie to bardziej bawi, niż intryguje. No ale kto wie, może uda nam się schłodzić klimat pijąc wino z łatwiej tłukących się butelek ;-)

Trochę szumu narobił też ostatnio Gerard Depardieu, publicznie nabijając się z tzw. win biodynamicznych. Czym są wina biodynamiczne? Pisałem już o tym kiedyś tutaj, a mówiąc krótko – są to wina uzyskiwane z winorośli hodowanej w sposób, powiedzmy, organiczny z małą dozą mistycyzmu. Czasami wykorzystuje się też skomplikowane nowoczesne techniki, po to tylko, by za wszelką cenę udowodnić, iż da się np. wyprodukować niezłe wino prawie nie zawierające siarczynów. Rzeczywiście, da się – pozostaje jednak pytanie, po co tworzyć wino w sposób trzy razy bardziej skomplikowany i droższy, które w niczym nie będzie przewyższać dobrych win produkowanych w sposób klasyczny? W przypadku winorośli nie istnieje bowiem ryzyko, że winiarze będą dążyć do maksymalizacji plonu winorośli (no chyba, że mówimy o winach naprawdę z najniższej półki; ich konsumenci jednak na pewno nie są najlepszą grupą docelową dla producentów win biodynamicznych...).

Tak bowiem już z tym winem jest – specyficzny to produkt, i specyficzny dział rolnictwa. Przesądów i nieporozumień związanych z ekologią i winem jest całkiem sporo; pozwolę sobie nawet na mały test. Drogi Czytelniku, a jak Tobie się wydaje, które wino jest bardziej ekologiczne – zamykane korkiem, czy tzw. alternatywnymi zamknięciami?
Odpowiedź znajdziecie tutaj ;-)

Wasze Zdrowie!

13:40, sofanes
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 grudnia 2008

Tak jest, jak w tytule. Już za moment tak się właśnie stanie, podwyżka wejdzie w życie. Uwaga, dziś obiektywnie nie będzie. Z jakiej niby racji?! To blog o winie, i na pewno nie zamierzam cieszyć się z podwyżki akcyzy na nie. Tym bardziej, że argumenty o podwyżce brzmią znajomo, a właściwie jak zawsze – wiadomo, że tylko obrzydliwie bogaci piją taki trunek jak wino, tylko obrzydliwie bogaci jeżdżą wypasionymi brykami, a Ci co piją piwo i wódkę to degeneraci, więc wyjdzie im tylko na zdrowie. Kryzys spowodowali obrzydliwie bogaci do spółki z nieodpowiedzialnie zaciągającymi kredyty degeneratami – to niech teraz płacą, a co. A ja zamierzam kręcić nosem, bo choć obrzydliwie bogaty nie jestem (nawet zwyczajnie bogaty, psia kostka...), zdegenerowany zaś tylko troszeczkę, to na wino wydaję trochę. 

Ale nie tylko o to chodzi, bo choć podwyżka akcyzy na alkohol w przypadku wina jest procentowo największa (16,5%), to w wartościach realnych wydaje się niewielka (pewnie rzeczywiście koło 20 groszy na butelkę, jak przewidują). Mnie jednak chodzi o zasadę – zawsze twierdziłem i będę twierdzić, że wino powinno być traktowane wśród alkoholi wyjątkowo. Jeśli profil i kultura picia alkoholu w Polsce ma się zmieniać, to niech udział spożycia wina w ogólnym spożyciu alkoholu będzie jak największy! Społeczne skutki będą na pewno lepsze, niż te spowodowane przez dorzucanie kolejnych kamyczków podatkowych na wszystkie alkohole jak leci. Wbrew temu bowiem co twierdzić będzie PARPA, wierząca w zbawczą moc zakazów i ograniczania dostępności wszystkich alkoholi jak leci, jeśli alkohol w sklepie będzie za drogi, wzrost sprzedaży na targach i melinach szybko zrównoważy niedobór. A tam już nikt młodzieży o dowód pytać nie będzie. W statystyki wspomniane obroty też nie trafią, więc spadek sprzedaży będzie można wykazywać jako sukces walki o zmniejszanie spożycia spirytualiów w społeczeństwie... 

Czy naprawdę chcę się upierać, że wino powinno być traktowane specjalnie, w oderwaniu od innych rodzajów alkoholi? Właśnie tak! Jaki inny alkohol jest podejrzewany o właściwości pro-zdrowotne? Jaki inny alkohol tak bardzo nie pasuje do tradycji „picia na umór”, „picia do urwania filmu”? Jaki inny alkohol tak często jest pozytywnym składnikiem kultury? Przesadzam? A dlaczego oczywistym wydaje się nam, że małe winiarnie powinny mieć możliwość sprzedawania wina turystom i gościom, a odrzucamy myśl o legalizacji małych destylarni samogonu? 

Nie, nie każdy musi patrzeć na wino z zachwytem, jaki reprezentują fani tego trunku. Nie powinno się jednak negować, że wino w istocie jest specyficznym i wyjątkowym rodzajem alkoholu, i tak też powinno być traktowane. Sprzeciwiałem się zawsze działaniom, wypowiedziom i sugestiom, że wino to „taki sam alkohol jak każdy inny”, uznaję bowiem takie myślenie jako bezpośrednie zagrożenie dla mojego podniebienia. Takie rozumowanie doprowadziło np. do wycofania się niektórych sklepów internetowych z handlu winem (co odczułem osobiście). Poza tym wino jest w Polsce już i tak piekielnie drogie, w porównaniu do większości okolicznych krajów. 

Podniesienie akcyzy na wszystkie alkohole jak leci, największe właśnie w przypadku wina, traktuję jako symbol takiego myślenia. I błagam, nie trujcie, że to składka na solidarność społeczną, że Ojczyzna w potrzebie i takie tam głupoty. Podwyżka podatków, to podwyżka podatków, z pewnością nie jest ona racjonalizacją wydatków. Wino zaś to nie jest wóda. Kryzys minie, a sądzicie, że wtedy nastąpi obniżka akcyzy? Wielce ciekawym. Tyle mam dzisiaj do powiedzenia. Jakbyście nie mieli co robić, to proponuję okupację Ministerstwa Finansów albo jakiegoś innego rządowego budynku – mam wrażenie, że na ewolucję poglądów rządzących (kto by to nie był) wpływa to o niebo lepiej, niż wszelkie argumenty wysuwane na zimno... 

Wasze Zdrowie!

16:25, sofanes
Link Komentarze (4) »
niedziela, 30 listopada 2008

Dużo! Wszystkiego w tym winie za dużo. Potężna kwasowość, silne garbniki, mocny alkohol, intensywny ekstrakt. Agresywne i niezbyt poukładane. Powinno spędzić sporo czasu na półce; drugą ewentualnością jest dłuuuuuugie napowietrzanie w karafce. Powiem szczerze, że nie jest to wino, które mnie podbiło – dość drogie (koło 50 zł), reprezentuje klasę win „czyśćcowych” – lepsze niż stołowe, ale raczej bez szans na choćby zbliżenie się do win szlachetniejszych w smaku. Miałem nieodparte wrażenie, że jest to Carmenere robione na kształt Cabernet – nie wiem, czy brzmi to wystarczająco jasno, ale generalnie chodzi mi o nadreprezentację cech, o które często oskarża się wina z Nowego Świata (zresztą zupełnie niesłusznie, jeśli spojrzeć na całokształt) – pewna nadmierność wzmocniona alkoholem, atakująca kwasowość, etc. Nie, nie jesteśmy fanem tego typu nowoświatowości, my preciousss... 

Wino ciężkie, długie i pełne, dominują ciemne owoce  i nieśmiałe (szkoda, że aż tak bardzo), może nawet bardzo nieśmiałe nuty czekoladowo-skórzane. Gdyby te ostatnie były intensywniejsze, a wino bardziej zrównoważone – cóż, pewnie pisałbym zupełnie inną notkę. A tak ocena na 7,5, i to raczej miłosierna...

Santa Carolina Barrica Selection Carmenere, Rapel Valley, Chile, 2006

czwartek, 27 listopada 2008

...jeden dla zdrowotności. Tak, tak, Moi Drodzy, dzisiaj postanowiłem wrócić do tematu wina i zdrowia. Kiedyś już notkę na ten temat napisałem, jednak ostatnio pojawiły się nowe ciekawe wyniki sugerujące o pro-zdrowotnym działaniu wina (a właściwie jednym z jego składników, osławionym resveratrolu). Związek o tej trudnej do wymówienia i zapamiętania nazwie należy do klasy polifenoli, które w różnych postaciach i formach obficie występują w skórkach winogron i winie (polifenolami są także garbniki\taniny).
Resveratrol zrobił już sporą karierę, kiedy okazało się, że może on przedłużać życie np. nicieniom – należy on bowiem do grupy substancji aktywujących pewne geny ( tzw. geny SIR), których podwyższona aktywność (bądź sztuczne dodanie dodatkowych kopii) wydłużało czas życia drożdży, nicieni i muszek owocowych. Efekt wzmocnionego działania tychże genów przypomina stan  fizjologicznego „głodu” (dietary restriction), którego dobroczynny efekt wydłużania życia został już dawno dowiedziony.

O ile jednak każdy z nas chętnie żyłby parę lat dłużej, o tyle pozostawanie przez lata lekko głodnym to cena, przyznajmy, dość wygórowana. Tym większą uwagę naukowców przyciągają substancje, które mogą wywoływać podobny efekt fizjologiczny na poziomie komórkowym co ścisła dieta, pozwalając nam na zjedzenie od czasu do czasu kusoczka białego mięsa (znaczy się, słoniny...). No i tu powracamy do resveratrolu, który wydaje się być właśnie takim cudownym środkiem. W każdym bądź razie argumentów za taką tezą dostarcza wrześniowa praca z Cell Metabolism (bardzo szacownego czasopisma).
Badania, tym razem przeprowadzone na myszach, sugerują, iż pomimo tego, iż myszy nie żyły jakoś specjalnie dłużej, to ich stan fizjologiczny był sporo lepszy, niż u kuzynów nie mających szczęścia konsumować resveratrolu, zaś ekspresja genów pobudzanych przez ten związek bardzo podobna do tej wywoływanej przez dietę. Innymi słowy, coś jakby eliksir młodości (co nam w końcu po długim życiu, jak nie będziemy mogli samodzielnie otworzyć butelki z winem). Autorzy sugerują jednak, że to, iż życie myszy nie uległo wydłużeniu ma związek z faktem, iż w eksperymencie użyto myszy w dorosłych (zgadnijcie, dlaczego). Troszkę dokładniej pisze o tym New York Times, a jeśli macie zacięcie naukowe, popatrzeć możecie na oryginał artykułu tutaj.

Wyciągać na podstawie wyżej opisanych wyników zbyt daleko idących wniosków nie należy (dawki substancji w eksperymencie były bardzo wysokie), z pewnością nie można sugerować, by poić winem małe dzieci (by wydłużyć im życie), ale kieliszeczek wina do obiadu z pewnością nie zaszkodzi...

Wasze (a jakżeby inaczej) Zdrowie!

16:20, sofanes
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 listopada 2008

Witajcie!

Jak wiecie, czasem nachodzi mnie humor, by zająć się tematem który choć w małym stopniu łączy moje zainteresowania zawodowe z hobbystycznymi. Nie są to pewnie notki szczególnie ekscytujące dla większości zaglądających tu czytelników, ale wydaje mi się, że czasem warto napisać trochę na tematy, o których popularne przewodniki winiarskie wspominają rzadko lub wcale, a które mają większe lub mniejsze przełożenie na zawartość naszych kieliszków. Wiadomo, że pomimo całego rozwoju technologicznego, zarówno tego bio-, mikrobio- i innych, na samym początku jest...winorośl.

Celowo nie napisałem „winorośl właściwa” bądź „winorośl winna”, gdyż wino można robić także z innych jej gatunków. Pisałem już kiedyś troszeczkę o tym tutaj, zaś do tematu odmian pokrewnych, jak i hybrydowych\mieszańcowych pewnie jeszcze kiedyś wrócę. Dzisiaj jednak chciałbym skoncentrować się na pojęciach „klon”, „odmiana”, „szczep”. Kiedyś – ech, to były piękne czasy – wszystko było jasne. Ścisłe (no, nie do końca) definicje i jasność przekazu. A potem zaczęła się epoka badań molekularnych, i zrobił się koszmarny bałagan. Nie to, że zjawisko to dotknęło szczególnie winiarzy; w końcu największy nieporządek zrobił się w gruncie rzeczy we wszystkich pięknych i ustalonych systematykach, jednak pewna konfuzja wkradła się w wypowiedzi enologów, winotwórców i winopijców.

Konfuzja – dodajmy – w pełni uzasadniona. Jak bowiem podejść do faktu, że wszelkie dotychczasowe grupowania i podziały opierały się głównie na cechach morfologicznych i anatomicznych, czasem (poprzez metody pośrednie) także na cechach fizjologicznych, podczas gdy genetyczne podłoże tych zmian może być bardzo, ale to bardzo różne?
Żeby zanadto nie komplikować: czasami bardzo intensywne różnice mogą być spowodowane różnicą w działaniu np. jednego genu; innym zaś razem różnice w dziesiątkach genów mogą dawać bardzo skąpe „widzialne” skutki. Efekty mogą być bardzo ciekawe. Na przykład w przypadku odmiany Pinot Noir mamy do czynienia z sytuacją w której zróżnicowanie genetyczne obejmuje cały szereg klonów; a co zabawne, różnica pomiędzy niektórymi z „czarnych” klonów jest większa, niż pomiędzy częścią klonów Pinot Noir a „odmianami” na wino białe: Pinot Blanc i Pinot Gris.

Kiedy okazało się, że o kolorze gron może decydować właściwie jeden gen, stało się jasnym, że różnice w obrębie wielu klonów danej „odmiany” mogą być nawet bardzo duże (pomimo tego, iż definicja „odmiany” mówi o wyrównaniu i stabilności). Co ciekawe, coraz więcej wskazuje na to, że za wysoką skłonność winorośli do mutowania odpowiadają transpozony (tzw. geny skaczące). Znaczy to po prostu, że nowe klony winorośli powstają prawie wyłącznie poprzez przypadkowe mutacje prowadzące do wyłączania genów. Co i jak zostanie wyłączone, oczywiście leży poza naszą kontrolą.
Znaczy to także, że dany klon, przez lata rozmnażany wegetatywnie, „nagle” może rozwinąć nowe cechy (co dla doświadczonych winotwórców nie jest pewnie zaskoczeniem). Jeśli teraz zestawimy to z licznymi argumentami o unikalności i szlachetności Vitis vinifera i nieszlachetności innych gatunków; o gorszej „z natury” jakości odmian hybrydowych, o przeklętym GMO nawet nie wspominając, wnioski mogą być ciekawe, nieprawdaż?

Ale nie o tym chciałem. Do napisania dzisiejszego tekstu skłonił mnie bowiem dosyć stary już (ale niezwykle ciekawy) artykuł z portalu Wine Business, gdzie o różnych aspektach zmienności klonalnej i jej wpływie na poziom tanin wypowiada się profesor Douglas Adams z UC Davis (nie, to nie ten od Autostopem przez Galaktykę...). Myślę, że obserwacja, iż poziom tanin pomiędzy różnymi klonami Pinot Noir może różnić się nawet 33-krotnie, może działać na wyobraźnię. Wspomina on także, iż powszechnie akceptowana prawda, iż „z czasem taniny polimeryzują, przez co wino robi się łagodniejsze w smaku” może być, delikatnie mówiąc, nieprawdą. Warte przeczytania.

Na koniec jeszcze trochę dla porządku o nazewnictwie. Czemu właściwie używa się określenia „klon” dla nowych genotypów danej odmiany, nie wiadomo. Podejrzewam, że wszystko wzięło się od rozmnażania wegetatywnego, gdzie (teoretycznie) klony, a więc z definicji zduplikowane organizmy o identycznych cechach, miały zasiedlać kolejne winnice. Łatwość mutowania winorośli sprawiła jednak, że dziś „klon” odnosi się raczej do różnic w obrębie danej odmiany. Który to obręb, jak było wspomniane, mocno jest rozmyty ;-)

Wasze Zdrowie!

17:28, sofanes
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45