Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
wtorek, 24 kwietnia 2007

Jedną z moich ulubionych winnic Nowego Świata jest chilijska Concha y Toro. Niezbyt to pewnie odkrywcze, popularna to winnica w świecie, ale powiedziałbym, że nie stało się tak bez powodu. (Zdaję się, że pierwszy raz kontakt z ich winami miałem dobrych parę lat temu, w restauracji Grill Chata przy Chmielnej w Warszawie). Concha y Toro produkuje dużo rodzajów win i wszystkie są dobre ;-) Nie próbowałem, niestety, słynnego Don Melchora, podobno zjawiskowego Cabernet Sauvignon; również do tej pory (głównie dlatego, że w mojej okolicy musiałbym zamówić wysyłkę, a jeszcze nie skończyłem przepatrywania oferty normalnych sklepów w sąsiedztwie) nie udało mi się posmakować Terrunyo; ale taki dzień nadejdzie...;-) Wiem, że w Polsce można kupić zarówno wspomnianego, wysoko ocenianego Don Melchora, jak i większość bardziej popularnych win z tej winnicy – Fronterę, Sunrise, Casillero del Diablo i Marquesa de Casa Concha, i to za całkiem przyzwoitą cenę (kosztują w kraju tyle, co tutaj – a w USA wina na ogół naprawdę są sporo tańsze, niż w Polsce...). Jeśli chodzi o Fronterę – to wino nie należy do moich ulubionych. Prawie za identyczną cenę można kupić wina z serii  Sunrise, w mojej skromnej ocenie znacząco lepsze. Znów oczko wyżej, cenowo (ale jakościowo chyba też) plasuje się Casillero del Diablo. (Szczególnie do Merlota z tej serii mam słabość...).

 Wybaczcie, że operuję dość ogólnymi sądami, ale akurat w przypadku Conchy y Toro mogę sobie na to pozwolić, ich winka pijam regularnie i mogę powiedzieć, że jakość utrzymuje się na naprawdę dobrym poziomie. W przypadku ostatniego z wymienionych przeze mnie win, Marquesa de Casa Concha, degustację Cabernet Sauvignon właśnie odbywam, i sam markiz naprowadził mnie na pomysł napisania dłuższej notki o winiarni, która ze wszech miar na to zasługuje; co do wyników degustacji wina, wypowiem się wkrótce krótko w osobnym poście. Aha, jeszcze jedno – namawiam do wizyty na stronie internetowej Muszli i Byka, adres: http://www.conchaytoro.cl/

Powiem tylko tyle, że tak powinna wyglądać strona każdej winiarni ;-) Szczególnie polecam wirtualną wycieczkę śladami Casillero del Diablo – sympatyczne animacje i nieskomplikowane quizy pozwalają nie tylko czegoś się dowiedzieć, ale i uśmiechnąć pod nosem. Uśmiechając się więc leciutko – Zdrowie Conchy y Toro!

17:02, sofanes
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 kwietnia 2007

 Witam ponownie; mam nadzieję, że nie czekaliście zbyt długo...? W razie czego, zawsze możecie nalać sobie trochę wirtualnego, nie pytając mnie o zdanie, dobrze...? O czym to ja miałem...a, o smakowaniu wina, właśnie. Jak głosi znane powiedzenie, na pewno nie uda się nam spełnić uroczego wieczoru z każdą kobietą, która jest w naszych oczach tego warta, oraz z na pewno nie napijemy się każdego z najlepszych win tego świata. Ale przecież warto spróbować! ;-) Nie jest to aż tak skomplikowane, jak może się wydawać (będę się trzymał tematu win), wystarczy nalać sobie kieliszek, a potem go wypić. Warto jednak przy tym pamiętać o kilku drobiazgach. Po pierwsze, użyjcie właściwego kieliszka - najważniejsze jest, by jego brzegi zwężały się ku górze; powoduje to „zagęszczenie” bukietu. Żeby sprawdzić, że nie jest to żadna przesada, polecam wykonanie małego testu – jeśli posiadacie w swoich zasobach także kieliszek do szampana, najlepiej taki szeroko otwarty, możecie nalać wina do obu. Wino użyte do testu powinno być świeżo otwarte; nie zdziwcie się też, że czasami następnego dnia smakuje i pachnie zupełnie inaczej, niż dzień wcześniej. W przypadku win cięższych i bardziej złożonych dłuższe napowietrzenie jest wręcz wskazane, by bukiet i smak w pełni się rozwinął („następny dzień” dotyczy tylko butelki w połowie opróżnionej i zakorkowanej po otwarciu, bądź karafki; wino w otwartym naczyniu po nocy smakuje najczęściej jak rozwodnione, zleżałe, nudne. Tematowi napowietrzania wina poświęcę pewnego dnia krótką osobną notkę). Następnie, moi drodzy, wąchamy, mieszając wino intensywnie (kręcąc nóżką kieliszka, by poruszała się zawartość, nie łyżeczką...). Różnica w bukiecie pomiędzy oboma typami kieliszków jest naprawdę znaczna, prawda..?

No tak, dobrze; ale jak opisać zapach wina? Na początku (potem też ;-) wydaje się to piekielnie trudne, szczególnie, że najczęściej jest to koktajl zapachów, wzajemnie się przenikających i atakujących nos jednocześnie. Zwykle jednak możliwe jest przynajmniej uchwycenie tych najważniejszych, wybijających się nut. Trening czyni mistrzem, moi drodzy, pamiętajcie o tym, i warto się nie zniechęcać. To samo dotyczy smakowania – spróbujcie pierwsze dwa – trzy łyczki wina zanim zaczniecie np. posiłek, maksymalnie się przy tym koncentrując na próbie opisania, z czym wam się smak tego wina kojarzy. Tutaj kolejna rada – żeby w miarę szybko zacząć zauważać różnice pomiędzy winami, na początku warto jest próbować win mocno różniących się charakterem. Najlepiej zaszaleć i przeprowadzić test w ciągu tygodnia – dziesięciu dni, próbując 3-4 różnych win.Dla przykładu – załóżcie, że Cabernet Sauvignon, Merlot albo Shiraz to wina o PODOBNYM charakterze (bardziej zaawansowani: obelgi proszę kierować na pocztę) i zakupcie na potrzeby testu jedną butelkę tego typu (najlepiej Cabernet Sauvignon z Nowego Świata, możliwie drogi :-). Po namyśle chyba będę doradzał wina NIE pochodzące z Kalifornii – w porównaniu (tako rzecze Google) z winami z Australii, bądź Chile, te pierwsze w Polsce są niespodziewanie drogie. Te o przystępnych cenach natomiast to chyba nie jest dobry pomysł...;-) Przyznam się, że nie rozumiem za bardzo, czemu akurat wina z USA są o tyle droższe, niż inne, i to chyba będzie wymagało także osobnej notki. Kupcie także Beaujolais Villages (wyjątek dla francuskiego wina, to w końcu test ;-) Aha, Boże Broń kupić Beaujolais Nouveau! Ma być Villages!!! No chyba, że chcecie się zrazić do wina na dobre). Trzecim doświadczeniem może być butelka Pinot Noir, też najlepiej z Nowego Świata (no chyba, że chcecie wydać majątek na burgunda). Może ktoś z Drogich Czytelników doradzi, gdzie można kupić dobre pinot noir  w Polsce..? Ze względów obiektywnych (przebywam na trochę innym kontynencie, niż Europa) trudno mi zaproponować konkretne wino...w sieci znalazłem Pinot Noir z Chile, z winiarni Concha y Toro, do której mam zaufanie...ale tego konkretnie wina nie piłem, więc się nie wypowiadam. Kolejnym testem może być butelka czerwonego Zinfandela...a jeszcze następnym...no, do tego czasu eksperymentowanie powinno Was już wciągnąć ;-)

Dzielcie się doświadczeniami, i rzecz jasna: Wasze Zdrowie, Drodzy Czytelnicy!
18:12, sofanes
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 kwietnia 2007

Witam, witam Drogich Czytelników! Wiosna w rozkwicie...? Może więc dzisiaj lampkę wirtualnego białego...? Proszę bardzo! Jak smakuje..? Trudno opisać..? Ano właśnie...Wciąż rozprawiam o sprawach ogólnych, zamiast przejść wreszcie do rzeczy i zająć się opisami konkretnych win. Ale powoli, powoli; pośpiech wskazany jest tylko przy łapaniu pcheł -  przy konsumpcji wina doradzane jest skupienie i (śladowa chociaż) koncentracja.Jak smakować wino..? That’s the question, Drodzy Czytelnicy! Z pewnością każdy z Was zetknął się z zatrważającymi obrazami skupionych fanatyków z błyskami wariactwa w oczach, wsadzających nos do kieliszka, oglądających go pod 23 kątami pod światło, groźnie bulgoczących i używających słów potocznie uznawanych za niezrozumiałe ;-) Jeśli przyszło Wam do głowy, że to banda snobów odstawiających teatr, to najprawdopodobniej...nie mieliście racji. Jeśli interesujecie się napojem Dionizosa dla niezrównanej przyjemności, jaką jest wypicie lampki dobrego wina, a nie po to, by imponować kobietom albo przechwalać się, za ile to najdroższe wino kiedykolwiek piliście, sami szybko przekonacie się, że jest to hobby jedno z najciekawszych i najbardziej wciągających. Snobów winnych można poznać łatwiej po tym, że z pogardą traktują początkujących, własne słowa uważają za jedynie słuszny osąd, wreszcie z uśmiechem pełnym politowania wysłuchają historii, że w małej winnicy w Chorwacji piliście jedno z najlepszych win w życiu. (Wiadomo, że najlepsze wino to akurat te, które ma ponad 90 punktów w klasyfikacji Wine Spectator; cała reszta może służyć jedynie do płukania zębów). Czas więc może przytoczyć najważniejszy Dogmat Amatora Wina; erhm,, erhm, przytaczam: DOBRE WINO TO TAKIE, KTÓRE CI SMAKUJE. Koniec cytatu. Warto o powyższym pamiętać w chwilach, gdy ktoś będzie krytykował wina, które Wy lubicie – nie jest wykluczone, że po prostu macie inne gusta, nie musi zaraz być tak, że tylko jeden z Was ma rację.

Rzecz jasna, w realnym świecie sprawy są nieco bardziej skomplikowane (ale nie aż tak bardzo). Dla przykładu, większość (tak mnie się wydaje) smakoszy wina ceni sobie trunki pełne, których smak po spróbowaniu nachodzi w kolejnych falach; wina te sprawiają wrażenie pewnego „bogactwa” na języku. Jednocześnie muszą mieć one w pewien sposób charakter zrównoważony, by nie przebijał się natychmiast i nie atakował np. smak kwaśny, albo gorzki. Jedni preferują wina o delikatnych, stonowanych owocowych posmakach, bo takie lepiej komponują im się do posiłków; jeszcze inni szczególnie cenią wina lekkie, owocowe, często o ostrych, korzennych posmakach. Wina różnią się od siebie nie tylko rodzajem winogron, z jakich zostały wykreowane, ale także setkami najprzeróżniejszych szczegółów, które miały znaczenie na różnych etapach produkcji. Próbując kieliszek wina od czasu do czasu u cioci na imieninach piekielnie trudno jest nauczyć się rozpoznawać mniej-więcej określone smaki. Nie stoi to w sprzeczności z tym, co napisałem powyżej; niketóre smaki i zapachy w winie dość często się powtarzają, i choć różnie czasem można je definiować, zwykle dwoje pijących może szybko z zaskoczeniem zauważyć, że rozpoznają te same główne nuty, choć różnie ja nazwali.

 

Dla przykładu, parę dni temu miałem przyjemność próbować z żoną kalifornijskiego Merlota, z  

winnicy Beaulieu, Coastal Estates:

 

BV Merlot (pralinkowo-czekoladowy ;-)

Było to wino ciekawe, poprawne,  aczkolwiek nie zrobiło na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia; najbardziej zaskakująca zaś była różnica pomiędzy bukietem, a smakiem – bukiet zdominowany był przez dość rzadko występującą nutę apetycznej, mlecznej czekolady (chociaż akurat „czekolada” jest, zdaje się, zgodna z Merlotem, tzw. zgodność z typem); smak zaś był raczej ziemisto-mineralny, z ziołowymi akcentami. Napisałem mlecznej czekolady...? Moja żona upierała się, że żadna tam czekolada, tylko...pralinki. Na miłość Boską, co za różnica...?! Ot, i macie przykład, że różnice w opisie smaku, czy zapachu będą występowały zawsze, i zawsze zależne też będą od tego, kto wino pije. Dlatego nie przejmujcie się, gdy ktoś będzie Was usilnie przekonywał, że to jednak pralinki (albo czekolada); w pewnym stopniu takie oceny muszą być subiektywne. Napisałem „w pewnym stopniu”, ponieważ jeśli pięciu Twoich kolegów wyczuje czerwone owoce, a Ty zbutwiałą skórę...no, trudno będzie Wam uzgodnić poglądy. Co zrobić, żeby takich sytuacji uniknąć..? Trenować, trenować, i jeszcze raz trenować! (Ostatecznie, można zmienić kolegów...). Trenować nos (nie pamiętam już gdzie przeczytałem radę, by np. podczas wizyty w supermarkecie wąchąć różne owoce i warzywa...szybko zobaczycie, jaka to frajda, a poza tym przyniesiecie do domu najsmaczniejsze pomidory), i oczywiście trenować smak. O tym, jak zacząć zwracać uwagę na różne niuansy w winie, już wkrótce.

A na razie – Na zdrowie!

17:45, sofanes
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 kwietnia 2007

Witam ponownie, moi Drodzy Czytelnicy! Napisałem poprzednio o tym, że mam pewną słabość do win pochodzących z Nowego Świata. To prawda, i może czas spróbować wyjaśnić, cóż legło u podstaw tej słabości.

Jednym z powodów (ale wcale nie najważniejszych)  jest fakt, że prowadzę ten blog jak najbardziej z terenu Nowego Świata, co pozwala mi na łatwy (i dużo tańszy niż w Polsce) dostęp do win nie pochodzących z Europy. (Właściwie, także większość win europejskich jest tu tańsza, niż w Polsce, ale mniejsza z tym). Dobrze więc, niech się przyznam – sam święcie wierzę w generalną, acz obrazoburczą regułę, że za niewielkie pieniądze dobre wino można kupić najczęściej poza terenem UE. Ujmując rzecz tak prosto, jak tylko można – jest wręcz generalną zasadą, że wina francuskie, nieco zaś w mniejszym stopniu włoskie i hiszpańskie, w przedziale cenowym do 50zł za butelkę mają doprawdy niewiele do zaoferowania. Za tę cenę, strzelając prawie w ciemno, wino kalifornijskie, chilijskie albo australijskie oferuje na ogół całkiem przyzwoitą jakość.

Rzecz jasna, jak to zwykle bywa, od tej zasady są chlubne (i niechlubne też, po stronie win z Nowego Świata) wyjątki; i również o nich postaram się też czasem napisać. Jeśli jednak, Drogi Czytelniku, Twoja wiedza o winie pozwala na niewiele więcej, niż odróżnienie, czy mamy do czynienia z winem czerwonym, czy też białym, za to pragniesz poświęcić trochę czasu i pieniędzy na naukę w trybie samokształceniowym – warto przyjąć zasadę: zacznijmy od podboju Nowego Świata. Gdyby kilka lat temu, gdy dopiero zaczynałem pogłębiać swoje zainteresowania z winem związane, ktoś przekazał mi taką radę – oszczędziłbym sobie wiele nerwów i zastanawiania się, czy coś ze mną nie tak, skoro wino z dobrą bordoską apelacją*, za dobre kilkadziesiąt złotych, przypomina mi w smaku wywar z trawy i starego buta. W odpowiedź najprostszą, że apelacja sama w sobie nie gwarantuje nic zgoła jeśli chodzi nam o JAKOŚĆ wina, było mi uwierzyć najtrudniej. Apelacja jednak (ogólnemu wyjaśnieniu, cóż to właściwie znaczy, poświęcę osobną notkę, na razie wystarczy stwierdzić, że to prostu gwarancja, iż wino wyprodukowano z winogron zebranych w określonym rejonie) zabezpiecza głównie interesy miejscowych winiarzy, w drugiej dopiero kolejności dbając o pewnie minimum „dobrych praktyk winiarskich”. Mówiąc krótko – zanim, drogi Czytelniku, staniesz się w miarę biegły w winiarskiej geografii Francji, by wybierać właściwe wina, może minąć dłuuugi czas, a koszty nieudanych eksperymentów mogą urosnąć do frustrujących rozmiarów.

Wina z Nowego Świata, co pewnie z pogardliwą satysfakcją podkreśli ten i ów snob, często systemowi klasyfikacji nie podlegają. A raczej, podlegają najlepszemu systemowi klasyfikacji, jaki dotąd wymyślono - ocenie klientów, którzy pozbawieni „pomocnych” wskazówek w postaci kolejnych piekielnych kręgów apelacyjnych skoncentrować się wreszcie mogą na tym, co jest najważniejsze – zawartości butelki. No dobrze, może troszeczkę się zapędziłem; system apelacji, mimo wszystko, nie jest najgorszym wynalazkiem winiarstwa i bywa pomocny, jeśli tylko nie traktować go jako fetyszu. (Najgorszym wynalazkiem jest najprawdopodobniej skrzydełkowy korkociąg). Ale dość już rozważań o wadach i zaletach kwalifikowania regionów winiarskich, bo nie tego miała dotyczyć ta notka (obiecuję, że do tematu jeszcze wrócę).

Oprócz tego, że wina amerykańskie, australijskie, południowo-amerykańskie i coraz częściej afrykańskie na ogół reprezentują znacznie lepszą relację jakości do ceny, niż te z Europy, przy ich zakupie znika praktycznie jeszcze jeden problem – wyboru właściwego rocznika. Dziwnym zbiegiem okoliczności, pogoda w Kalifornii, Oregonie, Maipo Valley czy w dolinie Barrosy jest bez porównania mniej chimeryczna, niż w dolinie Rodanu czy Bordeaux. Innymi słowy, wina te na ogół reprezentują powtarzalność, o którą często trudno w przypadku Europy. Podsumowując: Vivat Antypody!

 *apelacja – najkrócej rzecz ujmując „kwalifikowany region produkcji”

21:39, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2007

O...? Ależ zapraszam, zapraszam, bez obawy! Proszę, Drogi Czytelniku, proszę się rozgościć! Wielce prawdopodobne, żeś moim pierwszym gościem...spocznij sobie na wirtualnej pluszowej kanapce, a ja, pozwolisz, przyniosę wirtualną lampkę wina. Czerwone, czy białe...? Proszę...? Nie, ależ nie, to nie było pytanie polityczne; dobre sobie...Czytelnik za dużo na innych blogach gościł; nie, to było pytanie stricte wina dotyczące...proszę więc spróbować; prawda, że przyzwoite...? Ale co to ja miałem...ach, już pamiętam – niechże Czytelnik wygodnie się na kanapce usadowi! – i zapozna z moim skromnym blogiem. Tak; ja wiem, na razie niezbyt to imponująco wygląda; ot, kilka zakładek i wpis niniejszy; ale zapewniam, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, by powoli treści przybywało. Wirtualna kanapka wygodna...? Wytarta trochę, ja wiem; różne wykształciuchy i inne indywidua na niej zwykły przesiadywać, a ze skromnej pensji młodego naukowca na zakup nowej stać mnie będzie już za jakieś pięć do dziesięciu lat...wszak priorytetem pozostanie zakup butelki dobrego wina. Ano właśnie; do rzeczy, do rzeczy.Jest przynajmniej kilka powodów, dla których zdecydowałem się stworzyć niniejszy blog.

Trzeba dwóch lat, by się nauczyć mówić, a pięćdziesięciu – by nauczyć się milczeć, powiedział (bodajże) Ernest Hemingway. (Ponieważ wiek mój plasuje się w przedziale przez niego określonym, pewien ekshibicjonizm jest chyba usprawiedliwiony..?) Jeśli dodać do tego, że może moja pisanina komuś przyjemność sprawi, albo – jeszcze lepiej – pomoże w wyborze wina, pyszność moja zostanie w pełni nasycona. No dobrze; tak po prawdzie, nie tylko te szlachetne cele mi przyświecały...mam bowiem także nadzieję, że uda mi się dowiedzieć czegoś od miłych gości, którzy tu (przypadkiem najprawdopodobniej) trafią. Co jeszcze sprawiło, że blog ten powstał...? Może w pewnej mierze także to, że ku mojemu sporemu zaskoczeniu nie znalazłem w polskim Internecie zbyt wiele blogów o winie traktujących. Poza tym, jak gdzieś niedawno przeczytałem, na ogół jest tak, że 90% procent piszących o tym wspaniałym napoju opisuje przez 90% procent czasu wina, których 90% procent normalnych ludzi nie wypije (z najróżniejszych powodów, nie tylko finansowych). Blog niniejszy będzie więc koncentrował się głównie na podstawowych zagadnieniach winiarstwa (ze szczególnym uwzględnieniem aspektu konsumpcji ;-) zaś większość win, które będę opisywał, pochodzić będzie z półki średniej i średnio-wyższej, mierząc miarą zdecydowanie nie-snobistyczną.

Autor tego bloga nie jest także - co warte wyjaśnienia – sommelierem, bądź dyplomowanym enologiem, a jedynie amatorskim amatorem sfermentowanego soku z winogron. No, może amatorem średnio-zaawansowanym ;-) Nie znudził się jeszcze Drogi Czytelnik...? Jeszcze lampkę wirtualnego...? Długa ta notka, nudnawa, jak na pośpiech dnia dzisiejszego, zdaję sobie z tego sprawę; ale już, Moi Złoci, już kończę; tylko dwie rzeczy jeszcze wyjaśnię, żeby później nikt się nie dziwił nadmiernie... Pierwsza z nich jest taka, że mam ten komfort, że w żaden sposób nie jestem związany z żadnym sklepem, czasopismem i żadnym innym, jak to się teraz mówi w kraju, Układem ;-) Wszystkie oceny i rekomendacje wystawiane będą absolutnie nieobiektywnie i polegając tylko na moim prywatnym widzimisię. Inne informacje będą w miarę możliwości opierane na bardziej wiarygodnych źródłach ;-) A druga rzecz do wyjaśnienia – przyznam szczerze, że należę do grona amatorów win Nowego Świata, i prawdopodobnie więcej pisać będę właśnie o nich, zaniedbując Jedyną Prawdziwą i Bez Wątpienia Najwspanialszą Ojczyznę Wina, Aczkolwiek W Ostatnim Dwudziestoleciu Nieco Spoczywającą Na Laurach Podczas Gdy Świat Ucieka. Hmm, jak na pierwszą notkę, chyba wystarczy...na szczęście nie ma najmniejszych wątpliwości, jak powinna się ona zakończyć...dobrze więc, jak inaugurować, to inaugurować:

Na zdrowie!
04:24, sofanes
Link Dodaj komentarz »
1 ... 41 , 42 , 43 , 44 , 45