Kategorie: Wszystkie | Oceny
RSS
piątek, 21 listopada 2008

Witajcie! Czas na kolejne sprawozdanie dotyczące degustacji win organizowanej nieformalnie przez grupę znajomych z winiarskiego forum Gazety. Poprzednia została opisana tutaj (a dotyczyła wulkanów i niespodzianek), zaś ostatnie spotkanie unaocznić i przypomnieć miało o winach mających bliższe lub dalsze związki z najdroższymi, najlepszymi, najbardziej znanymi. Innymi słowy degustowane miały być np. tzw. podstawowe wina wielkich producentów. Niektórzy z uczestników nieco się wyłamali i przynieśli wina nie tyle ocierające się o swych bardziej szlachetnych kuzynów, ale po prostu samych klasyków, co pozwoliło na wyciąganie ciekawych wniosków, burzliwą dyskusję, i – co najważniejsze – wzbogacanie bazy doświadczeń.


Próbowane wina reprezentowały zupełnie różne kontynenty, style, odmiany, roczniki, aromaty i smaki – jednym słowem (właściwie dwoma...), odmienne charaktery. Trudno w takiej sytuacji wybierać wina „najlepsze”. Postanowiłem więc zastosować stary trick, i wybrać wina równiejsze od równych kierując się zasadą – które najlepiej (i możliwie pozytywnie) utkwiły mi w pamięci. Moją pierwszą trójkę otwiera Egon Müller Scharzhof Riesling 2006, Mosel-Saar-Ruwer – wino po prostu znakomite, za niecałe 70 zł bardzo warte polecenia. Świeże, kwasowe, o niskim alkoholu, pełne, o bliskiej ideału równowadze. Jeśli szukać klasycznego „ocierania się” o wielkość za niewielką cenę, tu można znaleźć dobry przykład. Kolejnym dwóm winom do wielkości bardzo niedaleko (jeśli wypada w ogóle dystans sugerować, bo nie jest to oczywiste), a są to  Il Pino Di Biserno 2005 (chyba jednak mój faworyt wieczoru) oraz Don Melchor 2004. Il Pino Di Biserno to wino stworzone przez braci Antinorich, Lodovico i Piero, i ma być drugim winem winnicy nowej winnicy Biserno (wino główne dopiero pojawi się na rynku). Co tu dużo mówić, ten blend odmian bordoskich (głównie Merlot i Cabernet Franc) świetnie kontynuuje tradycję włoskich super-toscanów, zaś wino główne – jeśli okaże się lepsze od tego, drugiego w kolejności (co nie jest oczywiste) wejdzie bez problemu na półkę z najlepszymi winami świata. Smaki delikatne, ciepłe, karmelowe, ale podbudowane czarną porzeczką i innymi owocami, pełna równowaga i spokojna solidność... och, długo by można pisać o tym winie.

Natomiast Don Melchor, sztandarowy produkt Conchy y Toro, kupaż Cabernet Sauvignon i Cabernet Franc, był, jest, i pewnie będzie winem świetnym. Trochę inny w stylu od wyżej opisanego toskańczyka, więcej w nim chyba skojarzeń tytoniowo-czekoladowych, ale ogólnie rzecz biorąc, wszystko właściwie – struktura, kwasowość, etc. Pozostaje pytanie, o cóż Don Melchor miał się ocierać, skoro to najważniejsze wino Muszli i Byka. Oba wyżej wymienione nie należą niestety do win tanich, jednak dla kogoś, kto chce wydać sporo pieniędzy na dobre wino i nie być zawiedzionym, może być pewny, że są to propozycje odpowiednie.

Kolejne trzy wina przebijające się w mej pamięci to Musar Cuvee Rogue, Bekaa Valley 2004, Qupe Syrah Central Coast 2006 oraz Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1997. Pierwsze z wymienionych, wino z Libanu (z winnicy której piwnice nie raz i nie dwa służyły jako schrony przeciwlotnicze...), było co najmniej intrygujące. Aromaty suszonych owoców, czy generalnie świątecznego suszu do kompotu; interesujące posmaki egzotycznych przypraw i świetna równowaga – bardzo, bardzo ciekawe i nietypowe wino, a przy tym po prostu niezłe. Chylę czoła przed wine-makerem, który potrafił skomponować tak trudny blend (Cabernet Sauvignon, Cinsaut, Carignan, Grenache i Mourvedre; przewaga Cinsaut), zachowując przy tym porządną strukturę (wino nie widziało beczki).

Drugie z wymienionych, Qupe Syrah to wbrew pozorom także blend, choć bazujący głównie na Syrah. Na blogu winobranie określono je mianem „przymilnego” i chyba trafiono w istotę rzeczy. Wreszcie ostatni z trójki, Château Sociando-Mallet Haut-Médoc 1997,  100% przedstawiciel Starego Świata i matuszki Francji, wino pod każdym względem znakomite, łączące ziemistość z owocem w sposób mistrzowski.

Było jeszcze kilka innych butelek, które niewiele ustępowały w moim odczuciu od tych wyżej wymienionych, np. La Massa Giorgio Primo 2003, Le Macchiole Bolgheri 2005 (ponoć korkowy, ale ja złożyłem zdanie odrębne, zaś po likwidacji nie było już możliwości ponownej weryfikacji), Château Doyac Haut-Médoc 2005, czy Riesling Spätlese Mosel-Saar-Ruwer 2005 Joh. Jos. Prum’a, które jednak nie wycisnęły wiecznego piętna w mojej pamięci.

Najbardziej chyba jednak przyjemną rzeczą podczas ostatniego kontrolowanego opilstwa były różnice zdań – nie ma nic nudniejszego, niż degustacja, w której wszyscy ze wszystkimi się zgadzają. Różnice, dodajmy, dotyczyły bardziej filozofii tego, czym jest, lub czym powinno być tzw. wielkie wino, bądź wino aspirujące do wielkości. Wiadomo, że o preferencjach indywidualnych nie ma sensu dyskutować, jednak o tym, jakimi „obiektywnymi” cechami powinno charakteryzować się wino o uznanej marce, rozmawiać można, a wręcz trzeba ;-)

Największe kontrowersje wzbudziły chyba dwa wina: słynne Château Cos d'Estournel Saint-Estéphe 1997 oraz nieco mniej słynne (ale zawsze) Artemis Napa Valley 2003 ze Stag's Leap Wine Cellars. Otóż, w moim skromnym odczuciu Cos był rozczarowujący – prawdą jest, że szybko się rozwijał, jednak jak na wino o takiej sławie spodziewałem się więcej. Dwa pozostałe wina z Bordeaux pasowały mi dużo bardziej. Nie jest wykluczone, że Cos otwarty był po prostu za wcześnie, a że i rocznik ponoć nie należał do udanych, efekt końcowy...był, jaki był. Może oceniam zbyt surowo, ale za cenę butelki Château Cos d'Estournel można kupić prawdopodobnie każde z dzisiaj opisanych win, niektórych wręcz kilka, i sam bym chyba tak zrobił. Co zaś tyczy się Artemisamoje pierwsze zetknięcie się ze stylem win Winiarskiego było dla mnie pewnym zaskoczeniem. Kiedy teraz spróbowałem Artemisa, uświadomiłem sobie, że to po prostu taki styl – ziemisty, dębowy, migdałowy i skórzany.

Podkreślę, że nie chcę bronić Artemisa, jednocześnie parę zdań wcześniej dokumentnie wyżywając się na Cos d'Estournel – dla mnie jednak wina ze Stag’s Leap chyba nie bardzo nadają się na szybkie degustacje. Myślę, że w pewien sposón szczególnie wymagają skupienia i koncentracji. Wciąż – wiem, narażam się na zarzuty niepoprawnego fana Nowego Świata w każdej postaci – minimalnie wyżej z tej pary postawiłbym Artemisa, który miał w sobie...więcej ukrytej siły, podskórnego potencjału...ech, brak mi słów, by się dobrze wyrazić. Wystarczy na dziś, bo notka jakaś długa się zrobiła. Aha, niezależną relację z tego samego wydarzenia możecie przeczytać tutaj.

Wasze Zdrowie!

15:00, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 listopada 2008

Aaaach, Kochani, jak ja lubię to sformułowanie! Spotkać je można właściwie każdego dnia, w gazetach, książkach, radiu, telewizji i sieci. W pewien sposób ucieleśnia ono bowiem ulotny ideał „dobrego wina” definiowanego jako to, które nam smakuje. Dlaczego tylko „w pewien sposób”? Ano, gdyż nie mogę się wyzbyć wątpliwości, że to właśnie w taki sposób rozumują Ci, którzy frazy tej powszechnie (nad)używają. Czytam więc PAPowskie notki: Pan Prezydent z Panem Premierem dyskutowali przy dobrym winie w cztery oczy przez tyle a tyle godzin. A skąd właściwie wiadomo, że przy dobrym...?
Może jeden zrobił drugiemu złośliwość i przyniósł jakiegoś sikacza..? O tym to nie, żadna agencja nie napisze. A to znacznie ciekawsze, niż kto komu nogę podstawił, albo napluł do zupy – przynajmniej dla mnie i pewnie paru innych winopijców. O tym, że wino może mieć całkiem sporo do polityki pisałem już kiedyś tutaj, a dziś jeszcze dodam, że tu może leżeć klucz do wyjaśnienia różnych dziwactw polskich polityków.

Wyobraźcie sobie – piastujecie ważną społecznie funkcję, od waszej decyzji zależy los dziadków, dziatek, sierot i innych obywateli. Musicie dobrze się namyślić, żeby rzecz podpisać albo i nie, rzec „pro” lub „contra”, nawiązać z kimś znajomość albo ją zerwać. Myślicie, wysilacie się, a żeby umysł jeszcze bardziej rozjaśnić zamawiacie z kancelarii kieliszek wina. I przynoszą, a tu proszę - wino zepsute, korkowe, albo po prostu niedobre. Wiadomo, że nie cena o wszystkim decyduje. I jak tu pracować pro publico bono w takich warunkach? Jak dogadywać się z przeciwnikami politycznymi, gdy do obiadu poda się coś niepijalnego?  A w prasie kolorowej i serwisach prasowych na pewno będzie: rozmawiano przy dobrym winie, podpisywano przy dobrym winie, porozumienie wykuwało się przy dobrym winie...guzik prawda. Prasa kłamie, ot co.

Ale zostawmy mało sympatyczny świat polityki.
Zauważyliście, że w każdej polskiej telenoweli czy komedii romantycznej, kiedy tylko mowa jest o kolacji\obiedzie który to posiłek służyć ma uwodzeniu, celebracji etc. musi paść nieśmiertelna fraza: „przygotowałem/am świece, przyrządziłam/em tu_nazwa_potrawy i podałam/em z dobrym winem”. No jaaaaak raaaanyyyyy...

Czemu to zawsze musi być „dobre wino”, a pod tu_nazwa_potrawy zawsze jest coś innego? Jak nie gęsie wątróbki, risotto con fungi i móżdżki kalmarów, to pieczona kaczka z kardamonem. Czemu wyobraźnia scenarzystów, tak zwykle rozbuchana, iż pozwalająca na tworzenie w każdym nowym odcinku niebywałych wręcz perypetii dotykających prostych, sympatycznych ludzi, ograniczona jest tak niebywale, gdy chodzi o wino? To niesprawiedliwe. Wyobraźmy sobie, że dany winopijca musi przysłuchiwać się lub nawet oglądać 765 odcinek Złotopolskiej Miłości na Plebanii. Dlaczego ktoś gustujący w wyrafinowanym jedzeniu może słuchać o nowych trendach w kuchni, daniach typu fusion i tak dalej, a miłośnik wina uraczony zostanie dobrym winem?

Czasem fraza „dobre wino” może zostać wzbogacona o krótki komentarz, zwykle brzmiący: „z Chile” (albo „z Argentyny”, lub „z Francji”, etc.). Komentarz ten, jak sądzę, ma rozproszyć ostatnie wątpliwości; w końcu „Dobre wino. Z Australii” musi przekonać ostatnich niedowiarków. Nie chodzi oczywiście o to, żeby stosować product placement, aktorzy wygłaszający tyrady o pochodzeniu babki danego wine makera to może być za dużo, ale istnieją w końcu np. rodzaje wina – jakże by było pięknie, jakby czasem padały słowa o Amarone, Chianti, czy Porto. Takie jedno słowo mogłoby pewnie zaintrygować niejednego oglądacza, a potem skłonić do dowiedzenia się, o co właściwie chodzi. Biernych podsłuchiwaczy i winopijców natomiast niezmiernie uradować. Takie jedno słowo więcej pewnie może zrobić dla promowania wiedzy o winie niż tysiąc blogów ;-)

Warto zauważyć, że w wielu zagranicznych filmach (ja, Proszę Pana, to szczególnie nie chodzę na filmy polskie, w ogóle...) bohaterowie mają jakieś pojęcie o winie – Bond gustuje w Dom Perignon (podczas dyskusji z Dr. No. Bond wyjawia, iż preferuje rocznik 53’), potem zdradzonego zresztą dla Bollingera;  pija też Sherry i Bordeux (Château Angélus). W najsłynniejszej (prawdopodobnie) scenie Milczenia Owiec padają słowa o wątróbce i Chianti (choć w książce jest mowa o Amarone). Nawet w Dumie i Uprzedzeniu wspomina się o Clarecie i Porto. W najsłynniejszym filmie świata (albo jednym z najsłynniejszych), Casablance, szampan leje się strumieniami. I tak dalej. A u nas? U nas wiadomo, do domu wrócimy, w piecu napalimy, i napijemy się dobrego wina...

Niniejszym, uprasza się entomologów...ehem, ehem. Uprasza się scenarzystów, by się na tę sprawę rzucili z szałem...

A my wypijemy Ich Zdrowie!

12:28, sofanes
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 listopada 2008

Dość nietypowo dzisiaj, znowu po przerwie, ale w ramach zadośćuczynienia od razu o dwóch winach ;-)

Oba kupione w popularnym supermarkecie, zgodnie z założeniami projektu rozpoznawania win obcych i nieznanych, z nadzieją napotkania prawdziwych gwiazd. Nadzieją najczęściej nieco płonną, co jednak nie jest dla mnie powodem jakiegoś głębokiego smutku. A to z prostego powodu - mimo tego, iż większość poznawanych w ten sposób win nie aspiruje do wielkości, można całkiem często natknąć się na wina o dobrej relacji ceny do jakości. I tak właśnie jest w przypadku obu dzisiejszych win. Urugwajski tannat, odmiana która chyba już na dobre zadomowiła się w tym kraju, to wino porządne i zaprzeczające stereotypowi tannata, jako odmiany z której powstają jedynie wina o garbnikowości fałdującej szkliwo na zębach. No ale cóż, jak się przyjmuje taką nazwę, to trzeba się liczyć z uprzedzeniami ;-)

Wracając jednak do meritum – wino solidne, ale w żadnym razie nie ciężkie, określiłbym jego ciężar na średni. Delikatne leśne owoce, właściwe garbniki...wino na 7,5. Aha, na skutek tragicznego zbiegu okoliczności butelka po nim wylądowała na śmietniku,  zanim została prawidłowo skatalogowana, przez co o ile smaki pamiętam dobrze, o tyle rocznika nie jestem pewny (co w tym przypadku nie ma właściwie znaczenia, ale wspominam dla porządku). 

Drugie dzisiejsze wino zakupiłem – przyznaję od razu – dla dwóch celów: uzyskania składnika nadającego się do zrobienia winno-cytrynowego sosu do kurczaka z brokułami i kaparami, oraz - dopiero w drugiej kolejności - towarzysza tejże kury w postaci bardziej szlachetnej (w kieliszku). Przyznaję, że byłem niesprawiedliwy – wino, kosztujące poniżej 20 zł, z godnością odnalazło się w obu rolach. Sięgnąłem po Chenin Blanc, gdyż miałem ochotę na wino o wyższej kwasowości, a ponieważ był to już rocznik 2008 liczyłem także na świeżość i silny owoc – sprawdziło się połowicznie (świeżość), co i tak jest w porządku, za taką cenę. Ocena 7. Generalnie, oba dzisiejsze wina warte polecenia jako wina do codziennego posiłku (czy też prawie codziennego).

Simonsvlei Premier Chenin Blanc, South Africa 2008

Wasze Zdrowie! 

12:35, sofanes , Oceny
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 listopada 2008

Witajcie!
Przepraszam za dłuższą pauzę, ale ostrzegałem niedawno, że regularność pojawiania się nowych notek może w najbliższych dwóch-trzech miesiącach ulec znaczącym zaburzeniom. Dziś świętujemy okrągłą rocznicę odzyskania niepodległości: niektórzy bawią się na świetnych galach, niektórzy podziwiają parady, inni słuchają muzyki na koncertach, a większość ogląda pewnie relacje z tych uroczystości w telewizji. Nastroje podniosłe, wszędzie słychać podekscytowanych reporterów, słoneczko przygrzewa jak rzadko o tej porze roku, jednym słowem – aż chce się sięgnąć po kieliszek wina, by zwilżyć ściśnięte wzruszeniem gardło...

No tak, ale jakie wino wybrać? Sięgnięcie po szampana, choć niewątpliwie jest to trunek celebracyjny (oraz celebrycki), wydaje się na pierwszy rzut oka właściwym. Ale zanim jeszcze zejdziemy z kanapy (nie mówiąc o dojściu do piwniczki) wstrzymać mogą nas napływające wątpliwości. Szampan, tak? No, ale jest to trunek który sam lubi być gwiazdą; nie bardzo nadaje się do konsumpcji towarzyszącej telewizyjnej relacji na żywo. Co innego, gdyby akurat wygrywał Kubica, tu akcenty patriotyczne wraz z bąbelkami komponują się znakomicie. Poza tym, ten Napoleon...niby był z nami, ale tak naprawdę wykorzystywał tylko nasze kobiety, a los Najjaśniejszej był dla niego sprawą trzeciorzędną...

Hmm, to może porto, wino także szlachetne, mocne jak polski patriotyzm, a przy tym słodkie jak mazowieckie pejzaże? Dobre porto nie jest złe, ale to (jak już kiedyś pisałem) ulubione wino angielskich dżentelmenów (tych samych, co razem z wspomnianymi wcześniej Francuzami nie chcieli umierać za Gdańsk).  Może więc trochę egzotyki? Portugalskie Vinho verde? Ale to zielony kolor, na patriotyczną okazję ni przypiął, ni przyłatał. Wina niemieckie, włoskie i austriackie odpadają z wiadomych względów. Może węgierskie? W czasie ostatniej wojny co prawda opowiedzieli się po złej stronie, ale dzielimy z bratankami kawał historii. Rzecz w tym, że aktualnie wina z Węgier w powszechnym odbiorze nie kojarzą się za dobrze, w sklepach wciąż króluje najgorszy możliwy Egri Bikaver. Poza tym, kto dzisiaj kojarzy patriotyczną pieśń Marsz Polonia, gdzie wprost znajduje się cytat:

Przejdziem Litwę, przejdziem Wolyń,
Popasiem w Kijowie.
Zima przy węgierskim winie
Staniemy w Krakowie.

Gdyby była to Pierwsza Brygada, albo chociaż Rota...ale tam nawiązań do wina nie ma. Ludzie z trudnością dwie zwrotki hymnu pamiętają, a co dopiero...
Węgry więc chyba odpadają. Co zostało? Czechy? Słowacja? Wina znajdzie się niezłe, ale są jakieś granice, w końcu kto jest najważniejszym krajem Grupy Wyszehradzkiej, hę?
To by było, wznosić toast w Dzień Niepodległości jakimś winem z kraju Szwejków...

Problem poważny, kombinuję dalej – USA? No nie, ile można podkreślać nasze odwieczne więzi przyjaźni i sojuszu. Chile? No tak, właściwie fajnie, w Chile niby mają dobre wina, ale...no jak, Chile? Co ma Chile do naszej niepodległości?! To samo z Argentyną, nie wspominając o tym, że to kraj w którym do dziś żyje i dobrze się ma cała zgraja byłych SS-manów. A jak się okaże, że któryś ma albo założył winnicę, a my teraz...toast...ech, zimny pot.

Słuchajcie, nie jest dobrze, została tylko Australia i Nowa Zelandia. Australia odpada, zestawienie misia koala i kangura z Białym Orłem jest po prostu nie na miejscu. Nowa Zelandia na pozór jest w porządku – żadnych związków z II wojną, idiotycznych zwierząt (no, może ptak kiwi, ale kto tam o nim słyszał), skojarzenia wyłącznie pozytywne. Ale zaraz, zaraz, czy aby nie za bardzo pozytywne...? Co drugi Polak jak się wkurzy, to marzy o emigracji do Nowej Zelandii. Nawiązanie do Nowej Zelandii może więc zabrzmieć co najmniej dziwacznie, sami rozumiecie. Lepiej darować sobie Nową Zelandię. No i co? Lista się wyczerpała, a ja wciąż nie wiem, co Wam doradzić. Nie chciałbym być w skórze dobierającego wina na dzisiejszy Słynny Bankiet.

Jedyne, co mi przychodzi na myśl, to otworzyć cokolwiek dobrego, przelać do karafek i nie zdradzając, co polano, wznieść jeden toast białym, a jednym czerwonym. Przynajmniej dobrze się napowietrzą, i będą lepiej smakować. A chyba w końcu o to dzisiaj chodzi, nie..?

Wasze Zdrowie!

14:36, sofanes
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 listopada 2008

Witajcie!
Czas na kolejny przegląd winiarskich ciekawostek sieciowych.

Dziś zacznę od naszych stron, gdyż mam wrażenie, że temat wina i winiarstwa jakby ostatnio częściej trafiał na strony Gazety, czemu mogę tylko przyklasnąć. Na pierwszej stronie gazetowego portalu widnieje wciąż link do informacji o zakończonym właśnie konkursie na nazwę wina z eksperymentalnej winnicy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jaka nazwa wygrała i dlaczego, dowiecie się po kliknięciu tutaj.

O polskim winie można przeczytać też w artykule z lokalnego dodatku do Gazety z Wrocławia. Na koniec jednak chciałbym szczególnie polecić kolejny świetny i bardzo interesujący tekst dotyczący historii polskich winnic napisany przez pana Wojciecha Włodarczyka, który ukazał się niedawno w Vinisferze. Czegóż więcej trzeba, żeby dowieść, iż Polska była, i może być w miarę normalnym winiarskim krajem?

Poza tym, znowu wygląda na to, że wyprorokowałem – dopiero co pisałem o tym, że rynek inwestowania w wino też może spotkać załamanie, a tu proszę, o czym donosi Reuters.

Z innych wiadomości - dość nieoczekiwanie nie doszło do odtrąbionej już sprzedaży historycznej Chateau Montelena  Francuzom, o czym doniósł wczoraj Decanter. Tam także można przeczytać o tym, iż wreszcie potwierdzono słynny efekt Sideways (w polsce film występował pod nazwą Bezdroża), który przejawił się gwałtownym wzrostem popytu na Pinot Noir i niewielkim spadkiem afektu dla Merlota. Efekt został potwierdzony, ale okazało się także, że było to tylko zjawisko przejściowe. No cóż, potęga Hollywood dotyka nawet branży winiarskiej, ale nie zostawia na niej trwałych odcisków. To chyba dobrze...

Wasze Zdrowie!

14:21, sofanes
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 listopada 2008


Witajcie!

Dziwne rzeczy dzieją się na świecie, przedziwne. A już zupełnie najdziwniejsze we Francji, skądinąd ojczyźnie wina. Przyglądałem i przyglądam się wydarzeniom winiarskim we Francji bez specjalnego wytężania uwagi, bardziej interesował (i interesuje) mnie bowiem Nowy Świat, ale to, co ostatnio dzieje się w kraju, który dał światu Szampana, Cabernet Sauvignon i (niestety...) system apelacyjny, po prostu wymaga komentarza.

W końcu to Francja była pierwszym krajem, który wyraźnie rozdzielał kategorie napitków z alkoholem – wino nigdy nie było wrzucane do jednego worka z mocnymi alkoholami, co tu i ówdzie na świecie nie było wcale takie oczywiste. Warto może powtórzyć (na tym blogu po raz już chyba en-ty), że takie rozgraniczenie jest nie dość, że racjonalne, to przede wszystkim niezwykle istotne dla każdego winopijcy. Jego podważenie, do czego dążą wszelkiej maści aktywiści walki o lepsze jutro, wojujący abstynenci i wszyscy ci, których mentalność pozwoliłem sobie kiedyś określić jako „inkwizycyjną”, grozi zamknięciem wszystkich nas w rezerwacie i pozbawieniem wielu przyjemności życia pod hasłami ochrony najbardziej zagrożonych, rozpijania nieletnich, etc. Wbrew pozorom, ja ani nie przesadzam, ani też nie doszukuję się niebezpieczeństw tam, gdzie ich nie ma. One są, niestety, i to bardzo realnie. Pierwszym przykładem jest wciąż aktualnie obowiązująca wykładnia, według której sprzedaż wina przez Internet nie jest dozwolona, gdyż „kurierzy nie są w stanie sprawdzić wieku zamawiających alkohol”.
O absurdzie tego wywodu wypowiadałem się nie raz, i nie czas teraz powtarzać starych argumentów; czas za to po raz kolejny podnieść larum (żeby nie powiedzieć: zagęgać).

Na naszych oczach bowiem dzieje się niedobre – coraz częściej kulturę picia wina, czyli kulturę od zawsze promującą umiarkowanie, rozsądek, samokontrolę – wrzuca się do jednego worka z niebezpieczeństwami związanymi z alkoholizmem, sprowadzaniem młodzieży na manowce, itp. itd. Jest cudem prawdziwym, że udało się przeforsować zmiany w polskim prawie pozwalające od tego roku na mało problemową (stosunkowo) sprzedaż wina przez niewielkie polskie winnice. Te zdobycze jednak łatwo mogą zniknąć, jeśli pod hasłami walki z alkoholizmem więcej do powiedzenia uzyskają „fundamentalni” aktywiści lobby „rozwiązywania problemów alkoholowych”. A to, co właśnie dzieje się we wspomnianej wyżej Francji może dostarczyć im amunicji.

4 dni temu odbyły się tam protesty przeciwko zmianom w prawie, które to zmiany mogą w efekcie doprowadzić do zakazu reklamy wina w Internecie, zakazu darmowych degustacji podczas wizyt w winnicach, częściowej cenzury w artykułach traktujących o winie (promowanie alkoholizmu!), oraz podniesienia podatku od wina (w obecnych – i tak szalenie trudnych dla francuskich winiarzy czasach to by chyba wykończyło ich już na amen). Te idiotyczne – jak je inaczej określić? – pomysły, jeśli zostaną zrealizowane, będą miały głębokie reperkusje, które mogą (teraz już nie gęgam, teraz kraczę) uderzyć w nasz (i nie tylko nasz) raczkujący winiarski rynek rykoszetem. Dlatego też rozwojowi sytuacji we Francji przygląda się cały winiarski świat.

Na koniec powtórzę się po raz kolejny – piszę i krytykuję podobne idee, bo jestem głęboko przekonany, że jeśli chodzi o szeroko pojmowane zdrowie publiczne, takie pomysły (ograniczania, zakazów, nakazów, etc.) jak wyżej opisane przynoszą więcej szkody, niż pożytku. Więcej i szerzej pisałem o tym w wyżej już zalikowanej notce. Przykre, że wśród winopijców i promujących kulturę wina i winiarstwa lobbyści antyalkoholowi widzą jedynie wrogów, a nie tych, z którymi warto dyskutować, jak np. wypracować sensowne kompromisy dotyczące handlu winem w Internecie. Winopijcy też nie chcą ginąć w wypadkach powodowanych przez pijanych kierowców, ani namawiać swoich żon na kieliszek wina, gdy te są w ciąży. Nie stoimy po żadnej ciemnej stronie mocy, do stu fur beczek...

Wasze Zdrowie!

13:38, sofanes
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45